Jesteś dla siebie czuła?
Od pewnego czasu staram się być coraz bardziej. Gdybyś zapytała mnie o to trzy lata temu, powiedziałabym, że nie. I nie wiedziałabym w ogóle, czym jest czułość wobec swojego ciała. Odkryłam ją przy moim chłopaku. Odnalazłam przy nim spokój i zrozumienie dla swojego ciała. Dotarło do mnie wreszcie, że nie muszę się katować kolejnymi dietami. A robiłam to przez większość mojego życia.

Dlaczego tak się działo?
Jako dziecko miałam nadwagę i czułam ogromną presję, by mieć szczupłe ciało.

Skąd się ta presja wzięła?
Sama ją sobie narzuciłam. Porównywałam się do innych dziewczyn. Najpierw w szkole, na studiach, a potem przyszła praca na scenie i zauważyłam, że też porównywałam się do innych wokalistek. Od samego początku czułam zgrzyt, jeśli chodzi o moje ciało, ale na szczęście już tak nie jest. W dużej mierze dzięki Dawidowi.

I tak po prostu mu uwierzyłaś?
Na początku nie do końca. Ale przyzwyczajałam się do tego, co słyszę. Zaczęłam chłonąć jego słowa. Gdy się poznaliśmy, byłam na maksa wkręcona w siłownię, w podnoszenie ciężarów. Mimo że chodziłam tam cztery razy w tygodniu, to nadal byłam niezadowolona z tego, jak wyglądam. Po czasie zauważyłam, że ten rodzaj wysiłku mi w ogóle nie służy. Potrzebowałam spokoju i sportu, który mnie wyciszy i wyciągnie moje ciało, a nie będzie je pompować. Spotkałam na swojej drodze osoby, które nauczyły mnie czułości. Jedną z nich jest moja przyjaciółka, która jest stylistką i joginką. Zauważyła, że jestem zestresowana. Chociaż ja tego nie pokazuję, ani w wywiadach, ani na scenie. Raczej staram się zakładać maskę silnej kobiety, a ona zobaczyła we mnie stres i zaproponowała sesję jogi. Pokazała mi ćwiczenia, które pomagają się wyciszyć, uspokoić i sprawiają, że lepiej śpię. Joga jest też dla mnie terapeutyczna, zdarzało mi się wzruszać w trakcie sesji. Z natury jestem introwertyczką, nie przed każdym potrafię się otworzyć. Jednocześnie jestem niezwykle emocjonalna. 

Jak to się stało, że taki wrażliwiec jak Ty chce stanąć na scenie? Sama przed tłumem. To jest jednak obnażające.
Nie mam pojęcia, skąd znalazłam w sobie taką odwagę. Od dziecka miałam kontakty ze sceną, bo chodziłam do muzycznej podstawówki. Bardzo cierpiałam, gdy musiałam grać przed publicznością. Przez sześć lat jakoś dźwigałam tę szkołę, ale potem stwierdziłam, że to dla mnie za dużo. Jednak muzyka była zawsze przy mnie, jeździłam na różnego rodzaju konkursy i próbowałam przezwyciężyć strach przed występowaniem. Kiedy pojawił się internet, to mi bardzo pomogło, bo można było śpiewać do kamery. Nagle przyszedł odzew od ludzi, że podoba im się to, co robię. Poczułam wsparcie i nadzieję, że mam szansę. Pierwszy koncert zagrałam w Poznaniu. Nie byłam w stanie się ruszyć na scenie, byłam totalnie sparaliżowana. Dojście do tego, by poczuć się swobodnie podczas koncertów, zajęło mi chyba dwa lata.

To co Cię do niej tak ciągnęło, skoro wiązała się z tak trudnymi emocjami?
Śpiewanie było moim marzeniem, od dziecka mówiłam mamie, że będę wokalistką, i bardzo wierzyłam w swoje możliwości. Kiedy patrzyłam na moich idoli, jak na koncertach publiczność śpiewa razem z nimi ich utwory, chciałam poczuć to samo, co oni. Dowiedzieć się, jakie to uczucie. 

I jakie to uczucie?
Nie do opisania. Za każdym razem, kiedy słyszę śpiewających ze mną ludzi, trochę nie dowierzam. Nie sądziłam, choć jednocześnie miałam na to nadzieję, że tylu ludzi będzie chciało mnie słuchać. Kiedy stoję na scenie, to jestem bardzo wdzięczna mojej publiczności, a jednocześnie czuję przed nią respekt. Bardzo doceniam, że są to osoby, które przychodzą na mój koncert, są tam dla mnie.

Scena przestała Cię paraliżować?
Tak. To się stało na festiwalu Up To Date w 2017 r. To niesamowite, ale doskonale pamiętam wszystkie elementy, które wpłynęły na to, że poczułam się dobrze na scenie. Przede wszystkim ze względu na miejsce. To był stadion, ale przestrzeń została zaaranżowana bardzo kameralnie. Klimat był dość mroczny, undergroundowy i poczułam się cool. Miałam swoich ludzi wokół siebie. Miałam okulary na twarzy. To był też pierwszy koncert, na którym zdjęłam bluzę. Brzmi, jakby to nie był wielki wyczyn, ale do tamtej pory chowałam się w kapturach. A tam pokazałam ciało i poczułam się silna. Do dziś mam w pamięci moment, kiedy zdjęłam bluzę i usłyszałam gwizdanie. To było gwizdanie aplauz, że jest wow. I poczułam: OK, jestem tutaj, szanują mnie, mogę to robić dalej. 

Szacunek publiczności okazał się przełomowy?
Tak. Tworzę muzykę dla siebie, z potrzeby, ale robię ją przede wszystkim dla ludzi. I bardzo mi zależy, by moja muzyka się podobała. Zresztą wszyscy teraz tak trochę funkcjonujemy – chcemy lajków, komentarzy, udostępnień. W ostatnim roku najbardziej brakowało mi koncertów. Bo dla mnie media społecznościowe miały sens tylko wtedy, gdy były dodatkiem. Tworzę po to, by śpiewać na scenie. To jest niesamowite, bo często po koncertach przychodzą do mnie dziewczyny i mówią, że podziwiają mnie za siłę, za kobiecość, za to, że ładuję je energią.

Czujesz w sobie tę moc?
Ona się rodzi razem z tymi spotkaniami. Nie miałam jej od samego początku. Chowałam się w za dużych rzeczach, czapkach, w okularach, na scenie nie byłam kobieca. Ja się dopiero taka staję. Zaczęłam dojrzewać razem z moją muzyką, zaczęłam czuć się swobodnie, zaczęłam poruszać się swobodnie, zaczęłam sobie pozwalać na zagadywanie ludzi podczas koncertów, na żartowanie. I wiesz, ja chyba też dlatego tak bardzo lubię swoją pracę. Bo ja się w niej dobrze czuję, ja w niej lubię siebie. Chciałabym być taką osobą na co dzień, jaką jestem na scenie.

A czego Ci na co dzień brakuje z tej Rosalie. ze sceny?
Jakiegoś rodzaju uśmiechu. Na co dzień nie uśmiecham się tyle. To na scenie osiągam maksimum. Nie jest tak, że normalnie jestem smutna. Ale na pewno dużo rozmyślam, analizuję, podważam. Wydaje mi się, że czasami jestem po prostu zbyt poważna, zbyt wiele myślę i przeżywam. Płytą „Ideal” stwierdziłam, że trzeba z tym skończyć.

No właśnie. „Ideal” to według mnie opowieść o dziewczynie, która bierze życie w swoje ręce. I żyje tak, jak chce.
Tak właśnie było. Stwierdziłam, że nie ma co rozbudzać w sobie wspomnień i emocji, które ciążą. A raczej warto naładować się pozytywną energią. Chcę przekazywać ludziom emocje. Kiedy ktoś mnie pyta: „O czym jest ten tekst?”, zawsze odpowiadam: „A co on w tobie wywołuje?”.

Autoterapia i terapia grupowa poprzez muzykę?
Totalnie!

A dużo jeszcze masz rzeczy do przepracowania?
Myślę, że tak. W tym roku stawiam na siebie. Nie tylko pod względem muzycznym. Będę robić rzeczy, które sprawiają mi przyjemność.

Co to są za rzeczy?
Na przykład tenis. To świetny sport na wyrzucenie z siebie emocji. Chcę też wrócić do jazdy konnej. Jako dziecko bardzo dużo jeździłam konno. Kontakt ze zwierzęciem i sport w jednym to jest dla mnie coś magicznego. I przede wszystkim wracam do gry na pianinie. Ta chęć jest dla mnie bardzo szokująca. Na samą myśl o tym mam dreszcze. Od podstawówki nie usiadłam do pianina. To była dla mnie trauma. Pianino w domu wzbudzało we mnie złość, może nawet nienawiść. Ale spróbuję przełamać ten lęk. Tak, to będzie rok pokonywania lęków, które pozostały mi z dawnych lat. Na szczęście dużo ich już nie zostało.

Kiedy spytałam Cię o czułość wobec siebie, od razu powiedziałaś o ciele. Dlaczego?
Bo czułość kojarzy mi się z przytuleniem, z bliskością drugiej osoby. Byłam dzieckiem, które przytulało się non stop. Doświadczam w życiu dużo bliskości, ale czułość wobec siebie jest najtrudniejsza. Wciąż uczę się rozumieć swoje potrzeby. 

Czy potrafisz już czułość wobec ciała przełożyć na czułość wobec siebie?
Myślę, że mam przed sobą jeszcze dość długą drogę, by to poczuć. Już doceniam swoje ciało, a to bardzo ważny krok. Kiedy patrzę na siebie, mówię, że jest w porządku. I to jest nowość w moim życiu.

Gdybyś miała powiedzieć, dlaczego Rosalie. jest cool…
Bo jest szczera, naturalna, prawdziwa. Nie stwarza bariery. Kiedy ktoś mi pisze w komentarzach: „Jesteś piękna”, to zawsze odpowiadam: „Ty też jesteś piękna”. Takich dziewczyn, które przypominają mnie sprzed kilku lat, jest mnóstwo. Niezadowolonych z siebie, porównujących się z innymi. Dlatego tak bardzo staram się być naturalna na Instagramie. Wiem i czuję, że mogę mieć wpływ na moich odbiorców. I chcę to odpowiedzialnie wykorzystać. 

To ważne, żeby mieć się na kim wzorować?
Od dziecka byłam zakochana w Beyoncé. Do dziś zresztą uważam ją za wielką postać. To ona zbudowała we mnie poczucie, że kobiety mogą zrobić coś wielkiego w muzyce. Jej band składał się z kobiet. Na każdym koncercie mówiła, że bycie kobietą jest czymś wyjątkowym i trzeba pokazywać swoją siłę.

Wierzyłaś jej?
Totalnie. Jadłam każde jej słowo. To na pewno mnie ukształtowało. Teraz mam podobną misję – pokazać, że w Polsce można robić świetną, jakościową muzykę. I że warto lubić siebie i nie porównywać się z innymi.

Czego byś chciała dla nas, kobiet?
Poczucia pewności siebie i wspólnoty. Żebyśmy w walce z dominującym parytetem nie zapominały o naszej wewnętrznej sile.

Dawid wie, jak wielką rolę odegrał w Twojej przemianie?
Mam nadzieję. Bardzo często mu za to dziękuję. Ale widzę, że to nie jest jeszcze koniec, że jeszcze wiele mam do zrobienia w temacie samoakceptacji i samospełnienia. Chciałabym odnaleźć w życiu prywatnym luz, który mam na scenie, i jeszcze nie wiem, jak to zrobić. 

Jakie jeszcze masz marzenia?
Zagrać na Coachelli albo innym zagranicznym festiwalu, współpracować z Blood Orange, nagrać album z Chloe Martini, który dotrze również do zagranicznej publiki, i więcej podróżować. Wiem, że ciężką pracą i przy odrobinie szczęścia mogę osiągnąć wszystko. 

Wierzysz już, że jesteś wyjątkowa?
Wyjątkowa jak każda z nas (śmiech). Jeszcze nie do końca. Ale może to dobrze? Bo pewnie wtedy zniknęłyby te emocje i chęć dalszego rozwoju. W tym roku na pewno zaskoczę muzycznie. Nagrałam przełomowy utwór, który jest spełnieniem moich marzeń. Już nie mogę się doczekać jego premiery. A to tylko jedna z wielu nowości ode mnie w tym roku. I skupiam się na muzyce. Najszczęśliwsza będę, kiedy wrócę z nią na scenę. 

Wywiad ukazał się pierwotnie w lutowym wydaniu magazynu Glamour (nr 2/2021) dostępnym na stronie kultowy.pl.