W Polsce wśród osób zajmujących kierownicze stanowiska zaledwie 17% stanowią kobiety, choć zarówno w naszym kraju, jak i w całej Europie, dyplom wyższej uczelni posiada co trzecia kobieta i tylko co piąty mężczyzna. Ale niestety, eksperci nie pozostawiają złudzeń - wyższe wykształcenie nie gwarantuje równości szans na rynku pracy i związane jest to ze stereotypowymi rolami społecznymi. - Kobiety wciąż postrzegane są jako te odpowiedzialne za opiekę nad domem, dziećmi, członkami rodziny i osobami starszymi - mówi Anna Górska, wicedyrektorka Research Centre for Women and Diversity in Organizations, pracowniczka naukowa Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie. W oparciu o dowodu empiryczne z Niemiec, Szwajcarii i Austrii wykazano, że kobiety są dyskryminowane w przypadku ubiegania się o pracę w niepełnym wymiarze godzin, jeżeli zasygnalizują, że nie wykluczają możliwości posiadania dzieci. Istnieje praktycznie 100-procentowe prawdopodobieństwo, że gdyby podobne bania przeprowadzono w Polsce, efekt byłby z pewnością taki sam.

Jak na problem nierówności płac oraz dyskryminacji ze względu na płeć na rynku pracy zapatrują się w Polsce rządzący? Ostatnie wybory parlamentarne nakreśliły nieco ten problem. O likwidacji luki płacowej i emerytalnej w swoim programie mówiła Koalicja Europejska. O parytecie płci we władzach publicznych Lewica. Równość płac obiecywało też Prawo i Sprawiedliwość, skupiając się jednak na kontynuacji swojego projektu 500+, i rozszerzeniu go poprzez wsparciu rodzin bez względu na ilość potomstwa. Skutki tego programu, wprowadzonego podczas poprzedniej kadencji Prawa i Sprawiedliwości rządzącego samodzielnie, były natychmiastowe. Doprowadził on do tego, że 250 tysięcy kobiet zrezygnowało z pracy, za aktywność zawodowa młodych kobiet w Polsce spadła do najniższego poziomu od co najmniej 19 lat. Co ciekawe, z zupełnej opozycji do tych badań były dane państwowej instytucji, czyli Głównego Urzędu Statystycznego z początku tego roku, według których program 500 plus bardziej zachęca niż zniechęca do pracy.

Zobacz także: PiS przegłosował ustawę o zakazie edukacji seksualnej. Projekt trafił do komisji. Co to oznacza?

Poseł PiS: „Jak się pierwsze dziecko rodzi w wieku 30 lat, to ile tych dzieci można urodzić?”

Wracając jednak do tematu równości płac i sytuacji kobiet na rynku pracy, dowód na to, jak bardzo PiS "zależy" na tych kwestiach, dowód dał jeden z posłów-elektów. Podczas niedawnej konferencji na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Przemysław Czarnek, sprawujący również funkcję wojewody lubelskiego, w swoim wystąpieniu komentował, jaki w jego opinii jest skutek angażowania się kobiet przed 30. w życie zawodowe.

- Idź i pracuj, jeździj na traktorze, na kombajnie, ucz się, rób karierę. Kariera w pierwszej kolejności, a później może dziecko. Prowadzi to do tragicznych konsekwencji. Pierwsze dziecko rodzi się nie w wieku 20-25 lat, tylko w wieku 30 lat. Jak się pierwsze dziecko rodzi w wieku 30 lat, to ile tych dzieci można urodzić? To są konsekwencje tłumaczenia kobiecie, że nie musi robić tego, do czego została przez pana Boga powołana – przemawiał z mównicy Czarnek podczas wykładu, którego tematem przewodnim spotkania był „Kościół i państwo w służbie rodziny”.

W jego toku rozumowania to feminizm oraz ideologia neomarksistowska odpowiedzialne są za zapaść demograficzną. Poseł PiS poszedł o krok dalej niż Jarosław Kaczyński, który na jednej z przedwyborczych konwencji mówił o idealnym modelu rodziny - zdaniem prezesa jest to kobieta, mężczyzna i dzieci. Czarnek uważa, że najważniejszą funkcją rodziny jest posiadanie potomstwa. - Zwierzęta to widzą dziki to wiedzą, a my nie wiemy. My zatraciliśmy instynkt samozachowawczy jako gatunek, już nie mówię, jako chrześcijanie – tłumaczył wojewoda lubelski.

Przemysław Czarnek znany jest też ze swojego wrogiego nastawienia wobec społeczności LGBT. Za jego wypowiedzi o „zboczeniach” i „dewiacjach” w kontekście homoseksualizmu wytoczono mu proces sądowy za niesławienie. Ewidentnie nie zamierza jednak rezygnować ze szkalowania osób o odmiennej orientacji seksualnej, bo na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim wyraźnie podkreślił, co myśli o związkach jednopłciowych. - To jest dokładnie jak kałuża sucha albo morze suche. Albo jest kałuża, albo jej nie ma. Jak nie ma wody, to już nie jest kałuża. I tak samo jest małżeństwem. To związek kobiety i mężczyzny – powiedział poseł. stając jednocześnie w obronie arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, nazywającego członków społeczności LGBT „tęczową zarazą”.Czarnek z mównicy w KULu nawoływał także do zakazania organizacji marszów równości, określanych przez niego „homoparadami”.

Zobacz także: Jak wygląda sytuacja kobiet w Polsce po wyborach parlamentarnych? Oto, co musicie wiedzieć!