Reklama

Aleksytymia nie jest literacką metaforą, tylko konkretnym syndromem opisanym w psychologii. Dotyczy osób, które mają poważne trudności z rozpoznawaniem i nazywaniem własnych stanów emocjonalnych. Emocje dzieją się w nich jak u każdego, ale nie są „przechwytywane” przez świadomość. Zamiast „jest mi smutno” albo „czuję lęk”, pojawia się ból brzucha, kołatanie serca, sztywność karku. Ciało krzyczy, umysł nie podąża. Badania pokazują, że to nie jest rzadkość. W fińskich testach przesiewowych aleksytymię stwierdzono u około 10 procent kobiet i aż 17 procent mężczyzn. Polskie dane są zbliżone. Michael Huber z Instytutu Psychosomatyki i Psychoterapii Uniwersytetu w Kolonii podkreśla, że zjawisko to nie wybiera: pojawia się u osób młodych i starszych, z dyplomami uczelni i bez formalnego wykształcenia, u ludzi zamożnych i tych zmagających się z biedą. Jedyna wyraźna różnica to płeć – mężczyźni wypadają w tych statystykach wyraźnie częściej. Sama nazwa zdradza istotę problemu. Składa się z greckich elementów: „a” oznacza brak, „lexis” – słowo, „thymos” – uczucie. Aleksytymia to więc dosłownie „brak słów dla emocji”. Nie brak emocji.

Emocjonalny analfabetyzm: gdy uczucia są jak nieznany alfabet

Metafora analfabetyzmu bywa tu bardzo pomocna. Analfabeta nie jest pozbawiony inteligencji, ma sprawne oczy, funkcjonuje w świecie, ale nie umie czytać i pisać. Znaki istnieją, tylko nic mu nie mówią. Podobnie dzieje się w aleksytymii. Sygnały emocjonalne pojawiają się w ciele i psychice, lecz nie zostają nazwane ani zrozumiane. Z zewnątrz taki człowiek często sprawia wrażenie chłodnego, „lodowatego”, nadmiernie racjonalnego. Reaguje faktami, analizą, zadaniowością, zamiast mówić o tym, co czuje. Nie okazuje radości, nie pokazuje smutku, nie wyraża złości. Utrzymuje dystans, także wobec najbliższych. W środku narasta napięcie, które nie znajduje ujścia w rozmowie, płaczu, konstruktywnej złości, tylko zostaje „zapakowane” w ciało. Efektem są dolegliwości psychosomatyczne: bóle głowy, żołądka, problemy skórne, kołatania serca, napięciowe bóle mięśni. Emocje, których nie da się przeżyć na poziomie psychicznym, organizm próbuje „przepchnąć” systemem inną drogą. Aleksytymik w takiej sytuacji częściej trafi do internisty niż do psychologa. Nie dlatego, że udaje. Naprawdę odczuwa przede wszystkim fizyczny dyskomfort.

Bliskość jako wyzwanie, nie jako zasób

W relacjach prywatnych i zawodowych ten deficyt bywa wyjątkowo bolesny. Osoba z aleksytymią ma problem z budowaniem bliskości, bo trudno jej odnaleźć się w świecie emocjonalnych niuansów. Jest z partnerem, ale nie potrafi wejść w dialog o uczuciach. Pracuje w zespole, lecz woli trzymać się faktów i procedur niż wchodzić w miękkie obszary relacji. Bliscy odbierają to jako brak empatii, zobojętnienie, a czasem wręcz egoizm. „On nic nie czuje”, „ona jest jak z kamienia” – takie zdania pojawiają się w gabinetach terapeutycznych bardzo często. Tymczasem pod powierzchnią zwykle dzieje się coś odwrotnego: uczuć jest sporo, ale brak języka, by je uchwycić, i odwagi, by się z nimi skonfrontować.

Zamrożeni od dziecka: skąd bierze się aleksytymia?

Emocje nie pojawiają się nagle w dorosłości. Są z nami od pierwszych dni. Niemowlę czuje napięcie, ulgę, spokój, przerażenie, zanim cokolwiek zrozumie. Jego mózg i ciało chłoną stany emocjonalne jak gąbka. Dopiero później, dzięki dorosłym, uczy się, co znaczy „boję się”, „jest mi przykro”, „cieszę się”, „wkurzyłem się”. Jeśli ten etap przebiega w miarę bezpiecznie, z czasem powstaje wewnętrzny słownik emocji. W aleksytymii ten proces zostaje przerwany lub poważnie zaburzony. Najczęściej w dzieciństwie. Kluczowa jest atmosfera domu i sposób reagowania opiekunów. Jeżeli dziecko słyszy regularnie „nie becz”, „weź się w garść”, „nie histeryzuj”, „nie przesadzaj”, to emocje zaczynają być kojarzone z czymś wstydliwym, kłopotliwym, niepożądanym. Czasem wystarczy komunikat „chłopcy nie płaczą”, aby wrażliwość zaczęła być łączona ze słabością i „niemęskością”.

Z drugiej strony nadmierne rozpieszczanie, wyręczanie i natychmiastowe gaszenie każdej frustracji też nie uczy dziecka radzenia sobie z trudnymi uczuciami. Jeśli rodzice robią wszystko, by ich dziecko nigdy nie musiało spotkać się z własnym gniewem, bezradnością, rozczarowaniem, to odbierają mu szansę na oswojenie tych stanów. Gdy potem w dorosłym życiu treści te się pojawią, będą obce i przerażające.

Jest jeszcze trzeci, najtrudniejszy scenariusz: przemoc i chroniczne zagrożenie. Gdy dziecko żyje w domu, gdzie jest bite, wyśmiewane, upokarzane albo stale zastraszane, jego system emocjonalny działa w trybie przetrwania. Carolyn Saarni, badaczka kompetencji emocjonalnych, opisuje kilka warunków, które szczególnie sprzyjają takim zaburzeniom. To m.in. ciągłe narażenie na niebezpieczeństwo bez możliwości odreagowania napięcia, poczucie braku kontroli, samotność w traumie, brak wsparcia i brak realnej drogi ucieczki z przemocowego środowiska. W takiej sytuacji dziecko uczy się „zamrażać” emocje, bo ich odczuwanie byłoby zbyt bolesne i paraliżujące. System nerwowy robi to, co potrafi najlepiej: odcina nadmiar bodźców, spłaszcza uczuciowe życie, tłumi przeżycia, które mogłyby rozsadzić od środka. To adaptacja konieczna, by przeżyć. Problem pojawia się później, kiedy to „zamrożenie” nie znika samo z siebie.

Co właściwie składa się na kompetencje emocjonalne?

Carolyn Saarni opisuje kompetencje emocjonalne jako cały zestaw zdolności. To między innymi świadomość tego, co się czuje; umiejętność rozróżniania różnych stanów (np. złość od lęku, smutek od wstydu); język do nazywania przeżyć; możliwość refleksji nad tym, skąd one się biorą; zdolność przywoływania w pamięci dawnych epizodów emocjonalnych; wreszcie – pewien poziom wpływu na to, jak się reaguje. Dla osoby, która wychowała się w miarę stabilnych warunkach, opanowanie tych umiejętności jest wyzwaniem, ale w zasięgu. Dla kogoś po doświadczeniach przemocy psychicznej lub fizycznej to bywa prawie nieosiągalne bez profesjonalnej pomocy. Jeśli jedynym sposobem na przetrwanie było chroniczne odcinanie się od własnych uczuć, powrót do nich wymaga ogromnej odwagi i wsparcia terapeutycznego.

Niedostępne emocje, dostępne objawy

Typowy obraz aleksytymii to osoba, która nie kojarzy swoich stanów fizycznych z emocjami. Klasyczny przykład to „kłucie w brzuchu”, „ściśnięte gardło”, „ucisk w klatce piersiowej” w sytuacjach lękowych czy stresowych. Ktoś bez treningu emocjonalnego automatycznie myśli o chorobie: wrzodach, sercu, infekcji. Wpadanie w spiralę badań medycznych jest zrozumiałe: ciało daje realne sygnały, tylko nikt nie podpowiedział, że mogą być komunikatem psychicznym. Podobnie dzieje się z objawami radości czy ekscytacji. Przyspieszone tętno, pobudzenie, rumieniec, drżenie rąk – to naturalne elementy wielu emocji. Aleksytymik często nie łączy ich z przyjemnością czy wzruszeniem, tylko traktuje jako „coś dziwnego”, co należałoby jak najszybciej wyciszyć. Z zewnątrz takie osoby często wydają się „spokojne”, „zrównoważone”, „niezruszone”. W środku panuje jednak duże napięcie, które nie znajduje wyrazu w słowach ani łzach. Z czasem organizm przestaje to wytrzymywać. Ciało przejmuje rolę nośnika tego wszystkiego, co zostało psychicznie zamrożone.

„Chłopcy nie płaczą” i inne zakazy, które zostają na całe życie

Jedno zdanie powtarzane dziecku przez lata potrafi zmienić całe jego dorosłe funkcjonowanie. „Chłopcy nie płaczą” to klasyka. Taki komunikat uczy, że łzy oznaczają słabość, że wyrażanie smutku czy lęku jest zagrożeniem dla tożsamości. W efekcie wielu mężczyzn dorasta z przekonaniem, że okazywanie jakiejkolwiek kruchości jest czymś gorszącym. Zamyka się więc nie tylko na ból, ale też na radość, wzruszenie, czułość. Kategorie „męski/nijaki/niemęski” zaczynają obejmować całe życie uczuciowe. Z czasem przestaje chodzić tylko o płacz. Trudniej mówić o przyjemności, satysfakcji, wdzięczności. Trudniej prosić, przyjmować, pokazywać zależność. Emocje utożsamiane z „byciem miękkim” zostają wypchnięte. Pozostaje racjonalność, działanie, dystans. Na zewnątrz może to wyglądać jak siła. W praktyce często jest to jedynie skomplikowana forma obrony.

Jak rodzi się uczuciowy ślepiec?

Zlepek opisanych wyżej czynników – kult racjonalności w domu, zakazy okazywania emocji, przemoc, brak wsparcia – tworzy często grunt pod aleksytymię. Dziecko uczy się, że emocje są albo niebezpieczne, albo zbędne, albo po prostu niewidoczne. Nie ma modelu, który pokazywałby, jak można o nich mówić, jak się z nimi obchodzić, jak je regulować. W dorosłości pojawia się więc człowiek, który „nie ma słów dla emocji”. Nie dlatego, że jest mniej wrażliwy, ale dlatego, że system nauki emocjonalnej został kiedyś brutalnie przerwany. Z czasem ten brak zaczyna boleć. W związkach, gdzie partner lub partnerka oczekują zaangażowania i komunikacji. W pracy, gdzie trzeba współpracować, uwzględniając czyjeś reakcje. W ciele, które coraz mocniej manifestuje zatrzymane napięcie.

Dlaczego częściej cierpią partnerzy niż sam aleksytymik

Osoba z aleksytymią przez długi czas wcale nie musi przeżywać swojego stanu jako problemu. Funkcjonuje „zadaniowo”, skupia się na działaniu, nie grzebie w uczuciach. To otoczenie zaczyna bić na alarm. Partner czy partnerka widzą brak reakcji emocjonalnych, „martwą” mimikę, brak czułości, nieobecność w ważnych momentach. Słyszą w kółko „nie wiem, co czuję”, „po co o tym gadać”, „przecież wszystko jest OK”. Dlatego w gabinetach terapeutycznych najpierw zwykle pojawia się osoba, która żyje obok aleksytymika, a nie on sam. To ona opowiada o samotności w związku, o braku rezonansu, o poczuciu odrzucenia. Ostatecznie, często pod silną presją bliskich albo lekarzy, na terapię trafia również „uczuciowy ślepiec”. Psychoterapia nie jest tu luksusem, lecz w praktyce jedyną realną drogą uczenia się emocjonalnego alfabetu. Chodzi nie tylko o nadanie nazw uczuciom, ale też o stopniowe rozmrażanie systemu, który przez lata nauczył się przetrwania poprzez odcięcie. Proces bywa długi i nie zawsze spektakularny z zewnątrz, ale dla osoby z aleksytymią każdy krok, zauważone napięcie, nazwany lęk, wypowiedziany smutek, to często skok cywilizacyjny w jej wewnętrznym świecie.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...