Reklama

Rośnie liczba rozwodów - takie zdanie co chwila pojawia się w nagłówkach i dyskusjach. A zaraz po nim pojawia się dobrze znany komentarz: że kiedyś ludzie „naprawiali”, a dziś „wymieniają”, że kiedyś relacje były trwalsze, a teraz nie ma już „takich związków”. Tylko że to porównanie jest nieuczciwe. Bo jeśli zmienił się świat, zmieniły się też możliwości, oczekiwania i granice - a sama „trwałość” przestała być jedyną miarą sukcesu. W dodatku w stwierdzeniu, że kiedyś było lepiej, kryje się spore ryzyko idealizowania przeszłości. Łatwo zachwycić się stażem małżeństwa dziadków, trudniej zadać pytanie o cenę, jaką płaciły zwłaszcza kobiety. A jeszcze trudniej przyznać, że część dawnych związków nie była żadną romantyczną opowieścią, tylko systemem zależności, w którym odejście bywało luksusem.

Jak wyglądały relacje naszych babć i prababć, gdy wybór był przywilejem?

Warto wrócić myślami do życia kobiet sprzed około stu lat - szczególnie tych z polskich wsi, których historie długo były spychane na margines. Książka „Chłopki. Opowieść o naszych babkach” Joanny Kuciel-Frydryszak mocno wybrzmiała właśnie dlatego, że odsłoniła codzienność: małżeństwa z rozsądku, a częściej z przymusu, brak sprawczości i władza rodziny nad losem dziewczyn. W wielu domach córka nie była kimś, kto ma prawo do decyzji. Ojciec potrafił po prostu „oddać” ją mężowi, a od tego momentu całe jej życie zależało od tego, na jakiego człowieka trafi. Opisy zebrane przez autorkę pokazują też skalę przemocy - nie tylko fizycznej, lecz także psychicznej i ekonomicznej. I choć łatwo byłoby uznać takie historie za wyjątki, w rzeczywistości dla wielu kobiet była to norma. Nierzadko to doświadczenie mogło dotyczyć prababć, babć, a czasem nawet mam.

To właśnie ten kontekst tłumaczy, dlaczego dawniej tak dużo małżeństw trwało do końca życia. Nie dlatego, że relacje były zdrowsze, dojrzalsze i pełne wzajemnego szacunku, ale dlatego, że odejście było społecznie piętnowane, prawnie i ekonomicznie trudne, a w praktyce często niewykonalne. Trwanie w takiej relacji bywało strategią przetrwania.

Rozwód to wybór, a nie piętno: „Mama powiedziała, że zazdrości mi możliwości wyboru”

Przez lata rozstanie wielu osobom kojarzyło się z porażką, czymś wstydliwym, o czym lepiej nie mówić. Rozwód uchodził za ostateczność, a czasem za „dowód” życiowej nieudolności. Tyle że w tle zwykle stały bardzo konkretne bariery: brak własnych pieniędzy, brak mieszkania, zależność od partnera lub partnerki, lęk przed oceną rodziny, a także brak realnego wsparcia.

Jak się rozwiodłam, moja mama powiedziała, że zazdrości mi możliwości wyboru. Sama, z różnych powodów, nie mogła zdecydować się na ten krok, gdy była młoda
- przyznała jedna z moich koleżanek.

Ta jedna wypowiedź potrafi zmienić perspektywę. Bo jeśli ktoś zazdrości ci rozwodu, to znaczy, że w przeszłości nie chodziło o wcale miłość do końca, tylko o brak możliwości ucieczki. Dlatego tak mocno zapada mi w pamięć także zdanie mojej mamy o tym, że dla kobiety kluczowa jest niezależność finansowa i dostęp do własnych pieniędzy. Dopiero z czasem rozumie się, że to nie hasło, tylko rodzaj zabezpieczenia godności. A jednocześnie: tak, zdarzały się i zdarzają dobre, stabilne relacje na lata. Pary z długim stażem często mówią o uczuciu, szacunku i ogromie pracy włożonej w codzienność, a nie o „magii” dawnych czasów. Czasem przyznają też coś jeszcze: że ludzie po drodze się zmieniają.

Da się, ale oboje zmieniliśmy się w czasie trwania związku
- stwierdziła inna koleżanka, która żyje w małżeństwie od ponad 20. lat.

To ważne, bo pokazuje, że trwałość bywa efektem wspólnego dojrzewania - a nie przymusu.

Toksyczne związki nie zniknęły, ale rośnie odwaga, by ratować siebie

Postęp nie sprawił, że z dnia na dzień zniknęły wszystkie stare problemy. Wciąż istnieje przemoc ekonomiczna, kontrola, uzależnianie partnera od partnerki (i odwrotnie), a do tego dochodzą nowe mechanizmy: manipulacja, umniejszanie, podkopywanie pewności siebie. Nic dziwnego, że tak często pada dziś określenie „toksyczny związek” - szerokie, czasem nadużywane, ale opisujące realne cierpienie. Najtrudniejsze w takich relacjach jest to, że wyjście z nich rzadko wygląda jak szybka, logiczna decyzja. Zakończenie toksycznego związku potrafi wymagać ogromu siły, czasu i wsparcia - bliskich, ale często także specjalisty. To bywa walka o dobrostan psychiczny: o spokój, o zdrowie, o prawo do oddychania bez lęku.

Pamiętam, jak sama zakończyłam toksyczny związek i zaczęłam opowiadać o tym, co mnie spotkało. Usłyszałam wtedy pytania, dlaczego wytrzymałam tak długo. Tylko że osoba wciągnięta w taką dynamikę często nie widzi jej wyraźnie. Ja też nie widziałam: wierzyłam, że skoro jestem „nienormalna i głupia”, jak mi wmawiano, to powinnam dziękować, że ktoś w ogóle ze mną jest. Dopiero terapia pomogła mi odzyskać perspektywę - i była jedną z najlepszych decyzji w moim dorosłym życiu. Kiedy w końcu odeszłam, poczułam ulgę i lekkość, jakby wrócił oddech. Wiem, że to w pewnym sensie przywilej: mieć dostęp do pomocy, zasoby, możliwość podjęcia decyzji. Ale wierzę też, że rośnie społeczna uważność. Coraz częściej uczymy się, że miłość do siebie nie jest egoizmem, tylko fundamentem. A dopiero na nim da się zbudować relację, która jest dobra, bezpieczna i naprawdę dobrowolna.

Reklama
Reklama
Reklama