Reklama

Stała obecność telefonu w zasięgu ręki stała się dla wielu osób tak oczywista, że niemal niewidzialna. Przejście z aplikacji do aplikacji, szybkie sprawdzenie skrzynki mailowej, przesunięcie ekranu w dół, żeby zobaczyć nowe posty i wiadomości – to rytuały, które wypełniają przestrzeń między jednym zadaniem a drugim. Dają wrażenie czujności i kontroli nad tym, co się dzieje, ale równocześnie podtrzymują nieustanny stan napięcia: jeśli na chwilę odłożymy telefon, może nam umknąć coś potencjalnie ważnego.

Ten lęk przed wypadnięciem z obiegu opisuje się jako FOMO, czyli Fear Of Missing Out. Nie jest to zjawisko nowe, ale dopiero erupcja mediów społecznościowych sprawiła, że stało się tak masowe i tak intensywnie przeżywane. W odpowiedzi na ten sposób funkcjonowania pojawiło się inne pojęcie – JOMO, Joy Of Missing Out. Oznacza ono świadome przyzwolenie na to, że nie będziemy wszędzie, nie sprawdzimy wszystkiego i nie odpowiemy natychmiast. To nie ucieczka od świata, lecz wybór innego tempa i innego rodzaju uwagi.

FOMO: niepokój napędzany ekranem

Badania pokazują, że w ciągu doby potrafimy sięgać po telefon kilkadziesiąt, a nawet kilkaset razy. Jeśli odliczyć godziny snu, oznacza to, że co kilka–kilkanaście minut kierujemy wzrok w stronę ekranu. Za każdym razem włącza się ten sam mechanizm: krótki zastrzyk informacji, poczucie bycia „na bieżąco” i obawa, że jeśli przestaniemy sprawdzać, coś umknie. U części osób ten styl funkcjonowania przybiera formę nawyku, z którego trudno się wyplątać. Gdy brakuje zasięgu albo bateria się wyczerpie, pojawia się niepokój nieproporcjonalny do samej sytuacji. Ten stan napięcia, związany z lękiem przed przegapieniem czegokolwiek – wiadomości, okazji, zaproszenia – określany jest mianem FOMO. Opisywano go już w latach 90., jeszcze przed eksplozją smartfonów, dziś jednak przybrał skalę, która realnie wpływa na jakość odpoczynku, koncentrację i relacje z innymi.

JOMO: świadoma zgoda na „bycie poza”

W odpowiedzi na kulturę ciągłego śledzenia, porównywania i natychmiastowego reagowania zaczęło się pojawiać inne podejście. JOMO, Joy Of Missing Out, zakłada, że można czerpać satysfakcję z przegapiania części wydarzeń, informacji czy zaproszeń. Nie chodzi o wycofanie się ze świata, ale o rezygnację z iluzji, że da się uczestniczyć we wszystkim i wiedzieć wszystko. JOMO przesuwa punkt ciężkości z tego, co dzieje się „gdzie indziej” – na to, gdzie faktycznie jesteśmy tu i teraz. W centrum znajduje się zadowolenie z własnego miejsca w życiu, własnego rytmu, własnych wyborów, bez nieustannego porównywania się z innymi. Praktykowanie JOMO wiąże się z ćwiczeniem zgody na to, że część rzeczy odbędzie się bez naszego udziału, i że jest to w porządku.

Od blogowego wpisu do stylu życia

Sam termin JOMO pojawił się w dyskursie internetowym m.in. za sprawą wpisu Anila Dasha, amerykańskiego blogera z branży technologicznej. Zwrócił on uwagę, że choć lubi życie towarzyskie i dostęp do niezliczonych możliwości, coraz częściej woli pozostawać w domu, odmawiając kolejnym propozycjom uczestniczenia w wydarzeniach czy spotkaniach. Zauważył, że rezygnacja z części zaproszeń nie oznacza utraty życia towarzyskiego, lecz daje mu więcej przestrzeni na to, co naprawdę jest dla niego ważne. JOMO stało się nazwą dla takiej postawy: świadomego wybierania mniejszej liczby bodźców i aktywności, bez poczucia, że każda odmowa jest stratą.

Zmiana perspektywy: od porównywania do bycia u siebie

Kultura oparta na mediach społecznościowych sprzyja porównywaniu własnego życia z fragmentami rzeczywistości innych ludzi. Przeglądając relacje i zdjęcia, można łatwo dojść do wniosku, że wszyscy gdzieś są, czegoś doświadczają, w czymś uczestniczą, podczas gdy my akurat siedzimy w domu czy wykonujemy codzienne obowiązki. JOMO odwraca tę logikę: proponuje, by zamiast ciągle zestawiać swoje wybory z cudzymi, zatrzymać się przy tym, co jest realnie obecne w naszym dniu. Oznacza to zgodę na to, że nasz czas i energia są ograniczone, a więc wartościowe. Decyzja, by nie brać udziału w kolejnym wydarzeniu i spędzić wieczór w sposób mniej spektakularny, nie musi być rozumiana jako „gorsza opcja”, lecz jako wybór zgodny z aktualnymi potrzebami.

Odłączenie od sieci jako praktyka

Jednym z podstawowych elementów JOMO jest celowe ograniczanie obecności online. Może to przyjmować formę stałych reguł: godzin bez telefonu, weekendów z wyłączonymi powiadomieniami, konkretnych przestrzeni w domu wolnych od ekranów. Zamiast w wolnej chwili automatycznie sięgać po smartfon, osoby praktykujące JOMO próbują wybierać inne aktywności: spacer, lekturę, odpoczynek bez bodźców czy cichy czas tylko dla siebie. Tego typu „mikroodłączenia” pozwalają odzyskać kontakt z własnym tempem, z ciałem, z najbliższym otoczeniem. Z biegiem czasu obniżają też poziom stałego pobudzenia, wynikającego z bycia podłączonym do strumienia informacji przez większość dnia.

Sztuka mówienia „nie” bez poczucia winy

Praktykowanie JOMO wiąże się także z rozwojem asertywności. Oznacza to przyznanie sobie prawa do odmawiania udziału w wydarzeniach, na które nie mamy przestrzeni, oraz do nieodpowiadania natychmiast na każdy sygnał z zewnątrz. W tym ujęciu odmowa nie jest przejawem lenistwa czy braku lojalności, lecz formą dbania o własne granice. Kluczowym elementem jest tu rezygnacja z późniejszego obwiniania się za podjętą decyzję. Jeśli po „nie” następuje długie rozpamiętywanie i wyobrażanie sobie wszystkiego, co nas ominęło, trudno mówić o wewnętrznym spokoju. JOMO zakłada stopniowe budowanie wewnętrznej zgody na to, że nie da się być obecnym wszędzie i że świadome ograniczanie zaangażowania jest naturalną konsekwencją troski o siebie.

Świadome wycofanie jako sposób na odzyskanie priorytetów

Zauważalne jest, że całkowite zaangażowanie we wszystkie podsuwane przez świat możliwości rzadko bywa realne. Stałe uczestnictwo w życiu towarzyskim, natychmiastowe reagowanie na maile, obecność w wielu wirtualnych przestrzeniach naraz – to wszystko pochłania czas i energię, często rozpraszając uwagę. Świadome ograniczenie tego udziału może stać się sposobem na odzyskanie jasności, co jest dla nas naprawdę istotne. Rezygnacja z części aktywności tworzy przestrzeń na weryfikację własnych priorytetów i bardziej selektywne inwestowanie uwagi. Z perspektywy JOMO nie chodzi więc o rezygnację „dla zasady”, lecz o wybranie tych doświadczeń, które rzeczywiście są zgodne z naszymi potrzebami, zamiast reagowania na każdy impuls płynący z zewnątrz.

Radość z niewiedzy i przerwania ciągłego „czuwania”

Elementem wyróżniającym JOMO jest również zgoda na to, by nie wiedzieć wszystkiego w czasie rzeczywistym. Świadome przejście w tryb offline oznacza zaakceptowanie, że w tym czasie pojawią się nowe treści, wiadomości czy dyskusje, do których nie będziemy mieli natychmiastowego dostępu. Zamiast wzmacniać lęk, może to przynosić ulgę – maleje bowiem presja stałego czuwania i natychmiastowej reakcji. Odpuszczenie sobie konieczności bycia zawsze dostępnym i doinformowanym często przekłada się na większe poczucie spokoju oraz możliwość głębszego skupienia na tym, co odbywa się tuż obok: rozmowie z kimś bliskim, wykonywanym zadaniu, odpoczynku. W tym sensie JOMO staje się nie tyle przeciwieństwem nowoczesności, ile sposobem na bardziej świadome korzystanie z niej.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...