Oczywiście kpimy. Bo w głowie nie mieści nam się nie to, że nie wpadłyśmy do tej pory na to, że można dotykać swoich narządów płciowych i środków menstruacyjnych przez jednorazowe rękawiczki (pewnie, Matka Ziemia za mało jest zaśmiecona), ale to, że w XXI wieku wciąż okres wydaje się części osób czymś wstydliwym i obrzydliwym. To raz. A dwa – że wciąż w tym samym XXI wieku wciąż nie bierze się pod uwagę realnych potrzeb osób z macicami. Wciąż mężczyznom, zwłaszcza tym białym i heteroseksualnym, wydaje się, że lepiej wiedzą, czego nam trzeba, objaśniają nam świat i projektują go zgodnie ze swoim widzimisię.

Pinky Gloves, czyli rękawiczki menstruacyjne

Kilka dni temu świat obiegła informacja o różowych rękawiczkach – niby innowacyjnym pomyśle, nad którym męscy założyciele Pinky Gloves, Andre Ritterswuerden i Eugen Raimkulow, pracowali ponoć od 2019 roku. Otóż wpadli oni na genialny ich zdaniem plan, by opatentować i wyprodukować jednorazowe, różowe rękawiczki (tak, takie, jakich często zaczęłyśmy używać – w różnych kolorach w zależności od indywidualnego gustu – w pandemicznych czasach). Pinky Gloves miały chronić miesiączkujące osoby przed bezpośrednim kontaktem z własną krwią menstruacyjną, jak i zużytymi tamponami, podpaskami, kubeczkami, które są naturalnym elementem podczas kilu dni pojawiającej się cyklicznie miesiączki.

Od razu warto podkreślić, że nasza krew menstruacyjna nie jest w żaden sposób brudna, niebezpieczna itp. Kontakt z nią nie grozi niczym groźnym. To krew jak każda inna. Choć oczywiście ztabuizowana i teraz wykonujemy mozolną pracę, by odczarować ją, oswoić się z nią, przypominamy choćby tak podstawowe fakty, że okres to naturalna sprawa. Co więcej, kobiety miesiączkują od zarania dziejów i od kontaktu z miesięczną krwią nic im się do tej pory nie stało, choć środki menstruacyjne pojawiły się stosunkowo niedawno. Gatunek przetrwał. Po co więc takie rękawiczki?!

Według wynalazców nie tylko po to, by nie zetknąć się z naturalną wydzieliną naszego ciała, ale by też móc w rękawiczkach ukryć zużyty tampon czy podpaskę, by ktoś przypadkiem nie zobaczył krwi. A kiedy krwią epatują filmy, reklamy, gry komputerowe, promując w dodatku przemoc, to oczywiście jest w porządku.

W sieci wybuchło, słuszne w sumie, oburzenie w związku z produktem Pinky Gloves. Na początku rękawiczki stały się przede wszystkim obiektem żartów (pojawiały się historie, że może czas na rękawiczki, przez które mężczyźni będą mogli bezpiecznie dotykać swoich penisów). Twórcy wkrótce jednak spotkali się też z hejtem – dostają ponoć nawet groźby śmierci, co oczywiście zasługuje już na potępienie. Wobec tego wszystkiego Andre Ritterswuerden i Eugen Raimkulow wystosowali oświadczenie, w którym napisali, że w żaden sposób nie chcieli zasugerować, że menstruacja jest czymś obrzydliwym. „Zdajemy sobie sprawę, że nie uwzględniliśmy w pełni różnych poglądów na ten temat”, zaznaczyli również. Wstrzymali też sprzedaż swojego „wynalazku”, który okazał się nikomu niepotrzebny i totalnie nieekologiczny jak na współczesne czasy również.

Trzeba też zaznaczyć, że rękawiczki okresowe kosztowały o wiele, wiele więcej niż przeciętne tego typu cienkie lateksowe rękawiczki. Pinky Gloves sprzedawano za 3 euro za 12 par lub 12 euro za 24 sztuki. To też podsyciło oburzenie, że próbuje się wcisnąć kobietom niepotrzebny produkt w dodatku za wygórowaną cenę.

Jaki płynie morał z tej historii? Jak zwykle – wypada zapytać zainteresowane osoby, czego im naprawdę trzeba, a nie ze swojej uprzywilejowanej pozycji zbawiać je na siłę.