Kinga Nowicka/Glamour.pl: Na początku marca spotkałyśmy się na uroczystej premierze filmu „Sala samobójców. Hejter”. Aż trudno uwierzyć, jak świat zmienił się od tamtego momentu. Jak odnajdujesz się w tym niełatwym dla nas wszystkich czasie?


Vanessa Aleksander: Mam poczucie, że natura otrzymała w końcu długo oczekiwany oddech od ludzkości. A my uzmysłowiliśmy sobie, że nie jesteśmy tytaniczni. Przestajemy wierzyć w swoją nieśmiertelność, uświadamiamy sobie potęgę natury i naszą od niej zależność. To istotna, ale czasem  przynajmniej dla mnie – przytłaczająca obserwacja. Nie ma co mówić – jest to tragiczna i skrajnie trudna sytuacja. Staram się jednak zachować resztki optymizmu, dawkuję wiadomości i udostępniane w nich dane oraz próbuję czerpać maksimum pozytywnej energii z każdego dnia. Staram się cieszyć, że mogę nadrobić zaległości książkowo-filmowo-serialowe, pograć w planszówki z rodziną, zrobić porządki w szafach, zadzwonić do bliskich. Pod tym względem, tak czysto egoistycznie, bardzo ten czas doceniam. Na duchu podtrzymuje mnie nadzieja, że inni również podchodzą do restrykcji odpowiedzialnie.


W filmie „Sala samobójców. Hejter” wcielasz się w Gabi, pogubioną dziewczynę z dobrego domu. Czy zdążyłaś już złapać dystans do swojej postaci, która wymagała od Ciebie totalnego wyjścia ze strefy komfortu? Wiem, że Maciek Musiałowski musiał na chwilę wyjechać z kraju, zmienić otoczenie po zakończeniu zdjęć. Jak było w Twoim przypadku?


Ciężar tej roli, ale też trudność wyjścia z niej była dla mnie zaskoczeniem. Czymś zupełnie nowym i – jak się okazało – wymagającym. W trakcie realizacji zdjęć byłam na czwartym roku studiów, więc wyjazd za granicę nie był możliwy. Kilka razy w miesiącu grałam spektakl dyplomowy, symultanicznie miałam próby do sztuki w reżyserii Moniki Strzępki. Nie mogłam zniknąć z codziennej rzeczywistości. W wychodzeniu z postaci pomocne (i kluczowe!) były szczere rozmowy z moimi bliskimi. Nie bałam się im przyznać do tego, że pogubienie mojej bohaterki przeszło też na mnie. Z ich pomocą zaczęłam nazywać stany, które mi wtedy towarzyszyły. Dzięki wsparciu ze strony najbliższych wyszłam z tego w miarę bezkolizyjnie. Natomiast patrząc z perspektywy czasu, to pierwszym krokiem jaki bym podjęła na pewno byłaby współpraca z psychoterapeutą.


Maciej Musiałowski: Wszyscy chcemy żyć w dobrym kraju [WYWIAD] >>>

 

Vanessa Aleksander i Maciej Musiałowski, czyli Gabi i Tomala z filmu „Sala samobójców. Hejter” Jana Komasy, fot. Jarosław Sosiński


Dlaczego wtedy się na to nie zdecydowałaś?


Naprawdę nie wiem. Teraz takie posunięcie wydaje mi się oczywiste. Być może nie byłam świadoma jak cenna mogłaby być taka współpraca z terapeutą. Jak pisze Olga Tokarczuk „Bóg stworzył człowieka z oczami z przodu, a nie z tyłu głowy, co znaczy, że człowiek ma się zajmować tym co będzie, a nie tym co było”, nie ma zatem co gdybać. Wiem za to na pewno, że praca nad tą rolą uświadomiła mi, że dobra kondycja psychiczna jest kluczowa, by czerpać z codzienności i że o zdrowie trzeba dbać za wszelką cenę.


No właśnie, a zdrowie psychiczne Twojej bohaterki niestety nie jest w zbyt dobrym stanie. Gabi jest pod ogromną presją rozpieszczonych i bogatych znajomych oraz rodziców. Ma w związku z tym stany depresyjne, cierpi na zaburzenia odżywiania. Czy przygotowując się do roli, znałaś przykłady z życia wzięte? Spotkałaś na swojej drodze takie dziewczyny jak Gabrysia?


Jednym z pierwszych kroków, jakie wykonałam w tracie budowania tej postaci, było zwrócenie się do psychiatrów, którzy na codzień pracują z dziewczynami, które mierzą się z podobnymi problemami. Spotkałam się zarówno ze specjalistką od zaburzeń odżywiania, jak i od zaburzeń lękowo-depresyjnych. Rozmowy te otworzyły mi kopułę na nowe przestrzenie i uruchomiły myślenie o bohaterce. Ale niestety, muszę uczciwie powiedzieć, że wiele czerpałam ze swoich znajomych. Skończyłam dobre liceum z wymagającym profilem. Masa moich kolegów wpadła w dziwną pułapkę realizowania odgórnie narzucanego planu tylko po to, by wpisać się w ten elitarny sznyt, często wyciszając swoje wewnętrzne instynkty i ignorując pragnienia. Sporo też siedzieliśmy z Jankiem (Komasa – przyp.red) i Maćkiem (Musiałowskim – przyp.red.) na mieście, przyglądając się różnym typom osobowości. Obserwowaliśmy również profile na Instagramie, których właścicielki wpisywały się w charakter postaci.


„Sala samobójców. Hejter” Jana Komasy to film, którego nie da się zapomnieć. Dlaczego musicie go zobaczyć? >>>


Patointeligencja” – tak określiłaś Gabi, kiedy rozmawiałyśmy chwilę na uroczystej premierze filmu „Sala samobójców. Hejter”, przywołując głośny utwór Maty. Chodziłaś do tego samego liceum co Michał Matczak. Jaka była Twoja reakcja, kiedy pierwszy raz usłyszałaś jego kawałek oraz na to, jak ludzie zaczęli postrzegać szkołę? Internet oszalał, pojawiały się opinie, że utwór przedstawia szkołę w bardzo złym świetle.


Byłam porażona. Słuchałam utworu wiele razy, często do niego wracam. Bardzo mnie dotknął. Michał w bolesny sposób opowiada nie tylko o uczniach Batorego, ale o całej grupie społecznej, o dzieciakach podobnych właśnie do Gabrysi – pochodzących z zamożnych domów, gdzie jest ogromna presja, kosmicznie wysokie oczekiwania, którym nie każdy potrafi sprostać. Uważam, że ten kawałek był (i jest) szalenie potrzeby. Chcę jednocześnie podkreślić, że z mojego doświadczenia wynika, iż liceum im. Stefana Batorego w Warszawie jest świetnym miejscem. I jeżeli miałabym jeszcze raz podjąć decyzję, do jakiego liceum się wybrać, to bez sekundy zastanowienia powiedziałabym, że będzie to Batory. To szkoła w której spotkałam się ze wspaniałymi, ambitnymi, kreatywnymi, mądrymi i błyskotliwymi ludźmi. Zresztą jak się przyjrzy profilowi Maty, to on też był mocno wsiąknięty w życie szkoły. Brał udział w festiwalach czy imprezach sportowych w niej organizowanych. Myślę, że „Patointeligencja” nie miała być dissem wycelowanym w nasze liceum. Dla mnie to manifest niezgody, apel do rodziców, nauczycieli, rówieśników.
 


Rozumiem, że miło wspominasz czasy liceum?


Dla mnie zdecydowanie jest to miejsce, które w przeciągu całego życia, rozwinęło mnie najbardziej. Mam wspaniałych i przemądrych kolegów i koleżanki z klasy. Regularnie się spotykamy, na przykład z okazji Wielkanocy, Bożego Narodzenia lub tak po prostu. Wielu z nich studiuje na elitarnych uczelniach w różnych zakątkach świata, wiec częste meetingi niestety nie wchodzą w grę. Natomiast każda szansa na reunion wiąże się z dużą radością. Bardzo się lubimy.


Wracając jeszcze do Gabi. Twoje bohaterka pozostaje w cieniu swojej starszej siostry, bo to ona pod każdym względem jest spełnieniem aspiracji rodziców. Ty będąc aktorką też musisz spełniać czyjeś oczekiwania i jesteś wystawiona na ciągłą ocenę – najpierw tych, u których starasz się o rolę, a potem widzów. Jak sobie z tym radzisz?


Ostatnio na zajęciach z profesorem Andrzejem Domalikiem – u którego aktualnie jestem na asystenturze  podjęliśmy ze studentami temat oceniania w naszym zawodzie. Szybko doszliśmy do wniosku, że aktorstwo to przedłużenie szkolnego siedzenia w ławce. Skala oceniania jest zmienna, natomiast sam fakt jej występowania - już nie. Zawsze stawia się nam plusy bądź minusy. Bezlitośnie ocenia i wymaga od nas, by się z tą ewaluacją liczyć. By zawsze ją tolerować. Myślę, że do momentu ukończenia czwartego roku, dopóki w pełni nie weszłam w struktury zawodowe, nie uświadamiałam sobie, jak bardzo kosztowne i bolesne potrafi być to nieustanne ocenianie. Opinie – często nieuczciwe – potrafią determinować naszą wartość. Czy określą cię mianem najlepszego, czy najgorszego. Ile nagród dostaniesz, czy w ogóle o tobie nie wspomną. Pierwszy raz zderzyłam się z tym, jak byłam na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi, na którym, nomen omen, ja zostałam nagrodzona. To było dla mnie bardzo dużym zaskoczeniem, zupełnie się tego nie spodziewałam.


Dlaczego?


Przez cały tydzień trwania tego wydarzenia byłam codziennie na kilku spektaklach. Widziałam w przedstawieniach mnóstwo osób, które naprawdę zwróciły moją uwagę. Każdy biorący udział w konkursie student zaprezentował się z interesującej strony i miał coś do zaoferowania. Zatem, tak naprawdę, nazwanie kogoś mianem najlepszego czy najlepszej skupiało się na bardzo subiektywnej ocenie kilku osób z jury. I tak jest zawsze.


Od razu przypomina mi się przemowa Joaquina Phoenixa z tegorocznych Złotych Globów, kiedy odbierając nagrodę za najlepszą role męską w filmie „Joker”, zwrócił się do swoich konkurentów i powiedział, że „wszyscy doskonale wiemy, że nie ma czegoś takiego jak pie***ony najlepszy aktor”. 


Absolutnie – na pułapie Złotej, wyselekcjonowanej Globowej piątki trudno mówić o podium. Ale niełatwo wierzyć w te hasła, gdy jest się aktorem początkującym i gdy usłyszy się kilka negatywnych słów na swój temat. Bądź w sytuacji, w której twoja praca jest pominięta, a włożyłeś w nią masę wysiłku. Dlatego uważam, i powiem rzecz banalną, że jest to bardzo trudny zawód i szczerze mówiąc ja nie wykształciłam jeszcze sposobu na to, jak sobie radzić z tą ciągłą krytyką. To zjawisko jest wciąż dla mnie bardzo nowe. I tak jak próbuje wkładać wysiłek w to, by porażki mnie nie zamykały tylko dawały mi lekcję na przyszłość, tak nie zawsze jest to... proste, klarowne. Zatem, jeśli miałabym powiedzieć co mi pomaga, to znowu wspomnę o rozmowach z najbliższymi. Staram się korzystać z wiedzy osób, które są obiektywne i potrafią rzucić światło na codzienne sprawy. One wprowadzają jasność, której ja, mając gorszy moment, nie jestem w stanie dostrzec.


Do roli Gabi musiałaś schudnąć 10 kg. W jednym z wywiadów powiedziałaś, że „nie ma nic lepszego niż oszpecić się do roli”. A jest coś, czego na pewno nie poświęciłabyś dla roli?


Na pewno nie podjęłabym się uprawiania prawdziwego seksu, tak jak aktorzy Gaspara Noé w filmie „Love”. Nie zdecydowałabym się na faktyczne zbliżenie seksualne. Nigdy nie poświęciłabym takiej intymności dla roli. Natomiast jeśli chodzi o zmiany w wyglądzie – nie mam z tym najmniejszego problemu. Co więcej, metamorfozy mnie ekscytują. Niestety w polskim show-bizie aktorstwo to zawód, w którym w bardzo łatwy sposób wrzuca się ludzi do szuflad, nakleja się im etykiety. Możliwość walki z tym i przełamywania schematów kręci mnie najbardziej. Dlatego dla dobrej roli i dla dobrego scenariusza jestem gotowa przytyć, ponownie schudnąć czy ogolić głowę. Ostatnio rozmawiałam o pewnym projekcie, gdzie była szansa, żeby wstrzyknąć sobie kwas hialuronowy, który po kilku miesiącach od zaaplikowania znika, byłby to zabieg niezagrażający zdrowiu. To była dla mnie ogromna zachęta, żeby tę pracę podjąć. Możliwość wcielenia się w kogoś innego i odklejenia od siebie jest czymś niesamowitym.


Skoro rozmawiamy o tym, co kręci Cię aktorsko, to do tej pory zagrałaś m.in. w dwóch serialach kostiumowych: „Wojenne dziewczyny” oraz „Belle Epoque”. „Sala samobójców. Hejter” jest z kolei bardzo aktualny. Co dla Ciebie jako aktorki jest bardziej fascynujące, a zarazem większym wyzwaniem do grania – przeszłość czy teraźniejszość?


Myślę, że jednak bardziej wymagająca jest przeszłość, bo żeby ją autentycznie odwzorować, trzeba wykonać naprawdę gargantuiczną pracę, zrobić ogromny research. A opowiadając o tym, co dzieje się tu i teraz, wystarczy w skrócie  być po prostu uczciwym obserwatorem i mieć oczy dookoła głowy. Co jest bardziej atrakcyjne? Dla mnie atrakcyjność projektu wyznacza scenariusz i potencjalna współpraca z kimś ciekawym. A czy to będzie historia osadzona dwadzieścia lat wcześniej, dwadzieścia lat później czy tu i teraz – nie jest już dla mnie najistotniejsze.

 

Vanessa Aleksander i Paweł Małaszyński w serialu „Belle Epoque”, fot. TVN


A jak to się w ogóle stało, że zostałaś aktorką? Twoi rodzice są łyżwiarzami rewiowymi, nie myślałaś nigdy, żeby iść w ich ślady?


Oczywiście, myślałam o tym, żeby kontynuować rodzinną tradycję. Natomiast „Przodki”, wiedząc z czym mierzą się łyżwiarze w naszym kraju, bardzo mocno mi to odradzali. Lecz, trzeba im przyznać, zawsze zostawiali otwartą furtkę. „Jeśli naprawdę tego chcesz, proszę bardzo, podbijaj taflę” mówili. Ale miałam silniejsze, większe marzenia. Koncentrowałam się na innych pasjach – plastyce, jeździe konnej, śpiewie czy tańcu. Na łyżwy oczywiście też chodziłam i nadal chętnie na nich jeżdżę rekreacyjnie. A dlaczego zostałam aktorką? Dorastałam oglądając rodziców i ich lodowe spektakle, co być może miało wpływ na moją fascynację sceną, publicznością, światłami, atmosferą przed rozpoczęciem przestawienia. Sądzę też, że aktorstwo wydawało mi się najuczciwsze ze wszystkich nurtów sztuki, których się łapałam, bo jest sfokusowane na ludziach.


Ta furtka jest w sumie cały czas otwarta. Może kiedyś będziesz miała okazję zagrać łyżwiarkę!


Bardzo bym chciała. Jeżeli tylko ktoś będzie planował taki projekt, to jestem pierwsza w kolejce na casting!


Skoro już rozmawiamy o Twoich przyszłych rolach. Nie ukrywasz, że praca z Janem Komasą była dla Ciebie spełnieniem marzeń. Jakie są kolejne, które chciałabyś zrealizować?


Czekam, choć nie wiem czy kiedykolwiek to dojdzie do skutku, żeby zagrać pełnokrwistą dresiarę. Jest to moje największe marzenie. Taki klimat rodem z Masłowskiej. Albo współpraca z Kubą Czekajem czy Agnieszką Smoczyńską. Jakiś taki... wykręcony, wielowymiarowy, kolorowy świat. Uwielbiam twórców, którzy myślą odważnie i angażują całe serca w swoje projekty. Po cichu też marzy mi się podróż za ocean i możliwość roboty z np. Damianem Chazelle.
 



Trzymam kciuki! A już wkrótce będziemy mogli Cię oglądać w kolejnej, 4. już części najpopularniejszej polskiej komedii romantycznej „Listy do M.”. Kogo tam grasz?


Wcielam się w postać Moniki, funkcjonariuszki policji. Monia jest osobą do bólu poważną, działającą zawsze według reguł i zasad. Jest bardzo sztywna i rzadko ujawnia swoje (wątłe) poczucie humoru (śmiech). Zagranie tej postaci było dla mnie wyzwaniem – musiałam energię, która na co dzień mnie rozpiera, zahamować. Wiedziałam, że na planie będzie mi partnerować Borys Szyc. Jest to jeden z aktorów, których szanuję najbardziej. Uwielbiam jego role oraz odwagę, z jaką wchodzi w każdy kolejny projekt, jego uczciwość – zawodową i prywatną. Niesamowicie doceniam, że mówi szczerze o swojej walce z uzależnieniem i jest przykładem dla innych. Uważam, że jest wspaniałym, wielowymiarowym aktorem, a dzięki doświadczeniu pracy z nim mogę też powiedzieć, że jest świetnym partnerem.


Możliwość współpracy z nim było jednym z powodów, dla których przyjęłaś tę propozycję?


Tak, ale oczywiście nie tylko. Moja mama jest wielką fanką „Listów do M”. Choć warto nadmienić, że ze względu na Słowackie pochodzenie zamiast mówić „Listy do M.”, nazywa produkcję „Listami do Magdy M.” (śmiech). I zawsze, jak w telewizji lecą powtórki „Listów do Magdy M.” to u nas w domu jest święto, organizujemy wspólne oglądanie. Fajnie, że teraz i ja będę ich częścią! Do tej pory nie zdecydowałam się na żadną komedię romantyczną, bo raczej takie propozycje z góry odrzucam. Jednak z uwagi na to, że jest to kultowa produkcja, a akcja filmu rozgrywa się w święta Bożego Narodzenia, które lubię szczególnie – uznałam, że będzie to nie tylko bardzo przyjemne, ale i też cenne rozwojowo doświadczenie.


Borys Szyc powiedział, że jest pod wielkim wrażeniem Twojego talentu i charyzmy. A co Ty najbardziej w sobie cenisz?


Na pewno uczciwość. Jestem do bólu uczciwa. I chyba uważność. Zwracam uwagę na to, co dzieje się wokół mnie i przez swoją skrajnie rozbudowaną empatię jestem z innymi w ich wzlotach i upadkach.