Zanim wszyscy oszaleli na punkcie „Normalnych ludzi” – najpierw książki, potem serialu – były „Rozmowy z przyjaciółmi”. Właśnie tym tytułem na rynku wydawniczym zadebiutowała Sally Rooney, irlandzka pisarka, która obecnie uznawana jest za jedną z najzdolniejszych współczesnych autorek. To, z jaką trafnością i lekkością potrafi obserwować i opisywać rzeczywistość, a swoich bohaterów obdarowywać refleksjami, które nie są obce nam wszystkim, doceniają zarówno krytycy, jak i czytelnicy z całego świata. Nie znać jej książek, to jak nie wiedzieć, kto napisał „Buszującego w zbożu”. A porównanie to nie jest przypadkowe, bo Rooney określona została mianem Salingera epoki Snapchata. O Snapchacie nikt już nie pamięta. Nazwisko Rooney powinien zapamiętać każdy.

Zrecenzować „Rozmowy z przyjaciółmi” miały okazję również nasze czytelniczki. Czy literacki debiut Sally Rooney również ich zachwycił? Do jakich przemyśleń je zachęcił? Czy sięgnęłyby po tę lekturę raz jeszcze? Przekonajcie się sami.

A jeśli wy również chcecie recenzować dla nas nowości wydawnicze, obok których nie można przejść obojętnie, dołączcie do naszej grupy na Facebooku Glamour Girls Club, gdzie na bieżąco dzielimy się z wami interesującymi tytułami.

„Rozmowy z przyjaciółmi” Sally Rooney – recenzje czytelniczek Glamour.pl

RECENZJA AGNIESZKI

Nie miałam okazji przeczytać innej książki autorstwa Sally Rooney, dlatego nie wiedziałam, czego się spodziewać. Jedynym „światełkiem w tunelu” był fakt, że o „Normalnych ludziach" słyszałam wiele dobrych opinii. Z ogromną ciekawością stylu pisarki zaczęłam więc pochłaniać kolejne strony. Od razu uderzyła mnie prostota, zwięzłość i bezpośredniość pisanych słów. 

Czytałam więc o 20-letniej Frances, pasjonującej się literaturą i uwikłaną w skomplikowane relacje z właściwie każdym, kogo spotka na swojej drodze. Trudna relacja z ojcem alkoholikiem, zagmatwana z Bobbi – przyjaciółką i przez dłuższy czas współlokatorką, z którą do niedawna tworzyła udany związek oraz niespodziewany romans ze starszym, żonatym aktorem, Nickiem. Na dodatek jego żoną jest... nowa przyjaciółka Frances, a raczej Bobbi, bo główna bohaterka choć zdaje się mieć z nią mnóstwo wspólnego, nie pała na jej widok entuzjazmem. Z każdą przeczytaną stroną relacje te stają się jeszcze bardziej złożone i skomplikowane, a Frances zdaje się być nimi bardzo przytłoczona. 

Książkę czyta się szybko, a w moim przypadku z zapartym tchem. Spotkałam się z opiniami o zbyt prostych dialogach, irytujących bohaterkach, które same nie wiedzą, czego chcą i dziwnych relacjach międzyludzkich. Tylko czy ta pozycja nie jest po prostu... prawdziwa? Większość naszych rozmów z bliskimi wyglądają w podobny sposób! Przecież nie mówimy wciąż poetyckimi, złożonymi zdaniami, nie używany trudnych słów, a czasami tylko potwierdzająco mruczymy lub wzdychamy. Na domiar złego – często wolimy milczeć niż wyjaśnić nieporozumienie. Czy my same ciągle jesteśmy w dobrym nastroju i wszyscy nas lubią? Skądże! Nie znam osoby, która kiedykolwiek by mnie nie zirytowała, a wiem, że również ja potrafię zaleźć za skórę, być humorzasta i zmieniać zdanie pięciokrotnie w ciągu pięciu minut. Na domiar złego, mimo tego, co podpowie nam zdrowy rozsądek, często sami wplątujemy się w toksyczne relacje lub nie wiemy, jak zdefiniować te, w których już jesteśmy. Mało rozwinięty wątek choroby Frances także nie jest odrealniony. Wielu ludzi spycha zdrowie i niepokojące diagnozy na bok, bo „nie mają czasu".

Autorka wydaje się doskonałą obserwatorką, która opisuje otaczającą nas rzeczywistość bez oceniania. Choć jest to lekko napisana trudna historia, której sami raczej nie chcielibyśmy przeżyć, jest autentyczna! Książka często zmusza nas do przerwania lektury i rozpoczęcia refleksji nad naszym życiem. A zakończenie? Nie ukrywam, że nie lubię, kiedy autorka stawia kropkę, nie rozwiązując wątków lektury. Po zastanowieniu uznałam jednak, że każdy może sam dokończyć te historię. Dopowiedzieć to, co sam uważa za słuszne i przekonać się, czy nie pokusi się o ryzyko. Pandemia sprawiła, że wielu z nas ma pewne niedokończone historie, a dzięki tej książce możemy skończyć chociaż jedną. 

RECENZJA KINGI

Najpierw przyznam, że nie czytałam „Normalnych ludzi” autorstwa Sally Rooney. Nie oglądałam też hitowego serialu, powstałego na podstawie tej powieści. Do lektury „Rozmów z przyjaciółmi” zasiadłam więc bez wyśrubowanych oczekiwań. A do jej recenzji -bez potrzeby, czy też mimowolnego odruchu porównywania jej z tytułem, który skradł serca kinomanów i bibliofili na całym świecie. A czy ja po lekturze „Rozmów z przyjaciółmi” mogę uznać, że zeszłoroczny hype na literaturę Sally Rooney był zasłużony?  Czy raczej moja przygoda z tą autorką, mimo że zaczęła się z poślizgiem, to zakończy się w ekspresowym tempie? 

Otóż zdecydowanie dołączam do grona fanów Rooney! Chyba jedyne, co nieszczególnie podobało mi się w jej debiutanckiej powieści to to, że jeden z bohaterów – 33-letni Nick, był tam przedstawiany jako nieco podstarzały już człowiek. A Nick jest o kilka lat młodszy ode mnie! Tak, tak – wśród czytelniczek Glamour znajdują się też osoby 35+, bo styl, ciekawość świata, zaangażowanie społeczne i kobiecość nie mają wieku ;) Przejdźmy już jednak do „Rozmów z przyjaciółmi” i tego, co mnie w tej książce szczególnie urzekło. Każda kolejna strona udowadniała, że Sally Rooney jest baczną, a zarazem empatyczną i wrażliwą obserwatorką ludzkich emocji. I mimo iż wykreowanym przez autorkę postaciom nie brakuje charakterności, a sama fabuła potrafi momentami zaskoczyć,  to jednak właśnie uczucia i emocje grają tu pierwsze skrzypce. Są głównymi bohaterami, narratorami i nieodzownymi składnikami tej historii. 

Wędrówka po stanach emocjonalnych głównej bohaterki – 21-letniej Frances - ekscytuje i potrafi wciągnąć bez reszty. I zdaję sobie sprawę, że wiele osób może teraz pomyśleć, że świat uczuć obcej - mało tego! – fikcyjnej osoby, to nie jest miejsce, w którym da się odnaleźć czy czerpać przyjemność z jego eksploracji. Dlatego tego typu literatura często z automatu trafia do szufladki opisanej jako „SNUJE”. I pewnie nieraz w pełni zasłużenie, ale w przypadku „Rozmów z przyjaciółmi” jest inaczej. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że każdy odnajdzie tu cząstkę lub wspomnienie siebie. I to niezależnie od tego, czy nasze losy pokrywają się z ukutym przez Rooney życiem bohaterów powieści, czy też nie. 

Ta książka to lustro uczuć, emocji i przemyśleń związanych z relacjami międzyludzkimi. A przecież wszyscy, w bardziej lub mniej udany sposób, budujemy je z innymi: z rodziną, przyjaciółmi czy też napotkanymi przypadkiem na naszej drodze ludźmi, którzy z czasem stają się nam bliscy, a kiedy indziej pozostają jedynie rozblurowanym wspomnieniem. Te relacje często pulsują emocjami.  Nie zawsze tymi pozytywnymi. W kontaktach z innymi, nawet – a może szczególnie – tymi, których znamy najlepiej i kochamy najbardziej, możemy czuć się zagubieni, zobojętniali, źli, rozczarowani sobą lub drugą stroną, etc. Możemy bać się okazywać uczucia, mniej lub bardziej intencjonalnie krzywdzić innych, żeby potem, w samotności to odchorowywać. Czasem w dosłownym, fizycznym tego słowa znaczeniu. Właśnie tak, jak Frances. 

Gdyby do książek można było tworzyć trailery,  będące kompilacją różnych cytatów, na pewno umieściłabym tam zapis internetowej rozmowy Frances z jej przyjaciółką – Bobbi:
Bobbi: ty raczej nie mówisz o swoich uczuciach
Ja: a ty żyjesz w przeświadczeniu
Ja: że ukrywam przed światem swoje życie uczuciowe
Ja: podczas gdy ja po prostu jestem mało uczuciowa
Ja: nie mówię o nich, bo nie ma o czym
Bobbi: nie wiem, czy człowiek może być „nieuczuciowy”
Bobbi: to tak jakby powiedzieć, że nie ma żadnych myśli

I jak wam się wydaje: jesteście #TeamBobbi czy #TeamFrances?

A teraz przeczytajcie tę książkę i odpowiedzcie na to pytanie raz jeszcze. Obiecuję, że będzie ciekawie! :)