W zeszłym tygodniu sąd w Stanach Zjednoczonych odrzucił wniosek Britney Spears o uwolnienie spod kurateli ojca. Gwiazda od 13 latu nie ma prawa decydować o sobie, zarabianych przez siebie pieniądzach, o swoich prawach reprodukcyjnych (nie może zrezygnować z antykoncepcji), o swojej fryzurze...

Niemal w tym samym czasie, również w środę 30 czerwca, sąd najwyższy w Pensylwanii unieważnił wyrok skazujący Billa Cosby'ego za dopuszczenie się seksualnej napaści z powodu uchybień w trakcie procesu. Komik został wobec tego zwolniony z więzienia. 

To teoretycznie dwie różne sprawy. Ale obie odnoszą się do tego, jak traktowane są kobiety w naszym społeczeństwie. Jak odnosi się do ich głosów, świadectw. Do podwójnych standardów w zależności od płci. Mija tydzień, a my wciąż nie możemy się otrząsnąć. Bo to świetnie pokazuje, że jako kobiety wciąż nie możemy czuć się bezpiecznie, liczyć na sprawiedliwość.

Koszmar Britney Spears trwa. Dowiadujemy się coraz więcej na jego temat. Już jej mowa przed sądem była szokująca. Teraz w rozmowie z magazynem „The New Yorker” Jacqueline Butcher ujawniła, że Jamie Spears miał stosować wobec córki także przemoc werbalną. Nazywanie jej „grubą”, „okropną matką” czy „dziwką to nie odosobnione przypadki.  Jamie nie wahał się także szantażować Britney, strasząc, że jesli nie będzie mu posłuszna, to nie zobaczy więcej swoich synków.

Sprawa Britney pokazuje też, że wystarczy kryzys psychiczny, by stać się wariatką, by zamiast pomocy ktoś przejął nad tobą całkowitą kontrolę, by zamiast pomocy otrzymać "opiekę" toksycznego "tatusia". I sąd ma to gdzieś. Ale seksualnego drapieżcę wypuszcza na wolność. I to nie dlatego, że jest on niewinny. Jedynie dlatego, że są zastrzeżenia co do przeprowadzenia procesu... Czy to nie policzek dla wszystkich ofiar przemocy, zwłaszcza seksualnej? Czy to nie kolejna cegiełka gruntująca patriarchat zamiast luzować ten mur, który dawno powinien runąć?!

Chcę, żeby to się skończyło. Chcę odzyskać swoje życie” – słowa Britney wciąż dźwięczą nam w uszach.

Britney od 13 lat jest wykorzystywana, zastraszana i pozbawiona nawet odrobiny prywatności. Nie może spać i codziennie płacze. Jej codzienność to koszmar. 

Cosby'ego o molestowanie oskarżyło ponad 50 kobiet. Nawet w grupie głos kobiet nie ma takiej siły jak pojedynczego mężczyzny. To doskonale przypomina procesy o czary, których ofiarami padały głównie kobiety. Wystarczyło oskarżenie mężczyzny, by niewinną kobietę spalić na stosie. Tak faceci pozbywali się niwygodnych kochanek, niechcianych żon, nielubianych teściowych... Nienawiść wobec kobiet i traktowanie ich gorzej wciąż ma miejsce. Może teraz bardziej subtelnie, może nie płoną stosy, ale wciąż bywamy torturowane.

Wydawało się, że wyrok skazujący wobec Cosby'ego, który zapadł w  w 2018 r. to przełomowa sytuacja. Że zaczyna się nowa era, że zaczyna się wierzyć kobietom, nie szuka w nich winy, że to one są odpowiedzialne za to, że ktoś je skrzywdził. Że wreszcie można opowiedzieć o swoich traumach i domagać się sprawiedliwości. Że XXI wiek i nowoczesność się zaczynają. Niestety w 2021 roku mamy mroczny powrót do przeszłości i twarde zderzenie z ziemią. Ruch #MeToo jak widać niewiele zmienił. Wciąż ofiary przemocy są lekceważone. Wyroki wobec przestępców seksualnych są śmieszne albo w ogóle nie zapadają. Dlatego nie zgłaszamy tych spraw, zagryzamy wargi, zostajemy z tym same, bo widzimy, że nie warto, że powiedzenie głośno o tym, co nas spotkało to tylko dodatkowa trauma. Tak być nie powinno. Taki świat nie jest dla kobiet. Jest nas masa, ale w tej masie milczymy. A to milczenie sprawia, że przemoc wciąż ma się dobrze. Bez wątpienia chcemy jednak jak Britney, aby TO się skończyło. Chcemy być słyszane. Chcemy sprawiedliwości. Bo nie może być tak, że połowa społeczeństwa jest lekceważona i narażona na przemoc. Taki świat to przeżytek, który trzeszczy w posadach. I prędzej czy później musi runąć z hukiem.