Kiedy książka trafiła do sprzedaży, świat zalała tęcza. Uspokajając – tym razem nie miała ona nic wspólnego z religią. Szturmem jednak wzięła polski Internet i Instagram wywołując dyskusję o ekologii. I choć kolorowa okładka Jak uratować świat? niesie pozytywny przekaz, zachęca do zainteresowania się tematem, o tyle wydźwięk samej książki nie nastraja nas wyłącznie w jasnych barwach. Bo czasu zostało nam niewiele. Już w pierwszych zdaniach wstępu autorka Areta Szpura cytuje sekretarza generalnego ONZ Antonio Guteressa, który publicznie ogłosił, że został nam rok. Rok, by wprowadzić radykalne zmiany ograniczające globalne ocieplenie. Tak, bo ono istnieje i prędzej czy poźniej przekona się o tym każdy i każda z nas, jeżeli jeszcze do tej pory nie zauważyliście jego oznak.

Ale ta książka jest też po to, by uświadomić nas, że dokonując codziennych prostych wyborów wpływamy na ogólną sytuację planety – pomagając jej lub szkodząc. Przez lata działania mające chronić nas chociażby przed zmianą klimatu były przekładane, zawsze istniało „później”. Areta wraz z ekspertami, którym oddała głos w swojej pierwszej (mamy nadzieję, że nie ostatniej!) bardzo potrzebnej książce, podkreśla, że to „później” właśnie nadeszło i nazywa się „teraz”. Już cztery lata temu Barack Obama zapowiadając działania mające powstrzymać zmiany klimatyczne powiedział: „Jesteśmy pierwszym pokoleniem, które jest świadome zmian klimatycznych, i ostatnim, które może coś zmienić.” I tu nie chodzi o ratowanie świata w pojedynkę, ale o postawienie pierwszego kroku, zaprowadzenie pierwszej, potem kolejnej zmiany w swoim życiu. Nie musi być wielka, nie musi być spektakularna. W końcu rezygnacja z foliowych siatek czy plastikowych słomek nie wymaga od nas nie wiadomo jakiego wysiłku. Ten każdy krok, każdy wykonany w tym kierunku ruch jednej osoby ma szasnę przerodzić się w grupowe, wspólne wprowadzanie zmian, które wtedy mogą zyskać prawdziwą siłę rażenia. Być może z czasem te kroki zaczną nabierać tempa i albo staną się sprintem, albo pokoleniową sztafetą. Bo dziś wydaje się, że tylko taka współpraca (zbudowana na indywidualnych decyzjach) ma szansę na zwycięstwo.


fot. Michaela Metesová

Patrząc na entuzjastyczne reakcje na publikację Jak uratować świat? można mieć nadzieję, że dzisiejsze pokolenie młodych ludzi, którzy uczą się w liceum, studiują, wchodzą właśnie na rynek pracy lub robią już na nim karierę, jest bardziej świadome zmian zachodzących na naszych oczach, niż ich rodzice i dziadkowie. Czytam komentarze, że ta książka była potrzebna, jest rzetelna, mądra, że zainspirowała kogoś do zmiany nawyków. To wiedza w pigułce, podana w sposób przyjazny, prosty, przyswajalny dla każdego. Jej niezaprzeczalnym plusem jest układ tematów i działów, bo nie zmusza do czytania od deski do deski, pozwala sięgnąć w każdej chwili po fragment, który nas najbardziej interesuje.

Eko piątek: Areta Szpura odpowiada dosadnie na pytanie „Jak kupować?”. DOBRZE.

To książka dla każdego, bez względu na wiek, miejsce zamieszkania, zaawansowanie wiedzy. W dodatku w pełni odzwierciedla podejście autorki do tematu. Wraz z wydawnictwem W.A.B. Areta zdecydowała, że książka będzie pozbawiona grzbietu, zostanie zszyta, nie będzie klejona. Docenili to jej fani, choć wielokrotnie musiała się tłumaczyć, że... to nie błąd w produkcji. Podobno w niektórych sklepach przez to nie chciano jej sprzedawać i odesłano całą partię jako wadliwą z powrotem. Ale dzięki takiemu zabiegowi nie tylko Jak uratować świat? jest bardziej eko, jest wygodniejsza w czytaniu (nie zamyka się, gdy odłożymy ją na moment!), a przy tym rzuca się w oczy i jest kolejnym dowodem na to, że Areta nie potrafi robić rzeczy zwyczajnych. Zresztą, ratowanie świata na pewno do nich nie należy.

O książce, eko wyborach, co dobrego możemy zrobić dla planety i o tym, dlaczego zdecydowała się na papierową książkę (przecież to takie nieekologiczne?!) rozmawiałam z nią dzień przed premierą.


To jak uratować ten świat?

Przeczytać książkę! (śmiech) A tak naprawdę... to nie ma na to pytanie jednej dobrej odpowiedzi, dlatego ta książka finalnie wyszła całkiem gruba. Każdy z nas jest inny, żyje w zupełnie inny sposób, przez co nie ma uniwersalnej odpowiedzi dla każdego. Ja dopiero patrząc na siebie z perspektywy czasu zobaczyłam i zrozumiałam, ile rzeczy zrobiłam źle, ze szkodą dla planety. To wynika też z ogólnego braku edukacji w tym temacie. Już nie mówiąc o tym, że rozwiązania, które wymyślimy dziś, za rok dwa mogą być bezużyteczne. Dzisiejsza sytuacja świata zmienia się błyskawicznie.


Zegar tyka, jak zaznaczyłaś we wstępie do książki.

Bo tak jest!


Zanim włączyłam dyktafon powiedziałaś mi, że ta książka jest taką, jaką ją sobie wymarzyłaś i że najbardziej jesteś ciekawa reakcji ludzi, czy im się przyda, spodoba, czy czegoś się z niej dowiedzą. Przed chwilą wspomniałaś o braku eko edukacji. Skąd więc powinniśmy taką wiedzę wynosić? Ze szkoły? Od rodziców?

Zewsząd! Wiadomo, że pokutuje teraz to, że praktycznie nie mamy żadnej edukacji w temacie ekologii w szkołach. Ale można usiąść i narzekać, jak mamy źle. Ale można też ruszyć tyłek i zacząć robić ekstra rzeczy. Nawet w takiej szkole mamy godziny wychowawcze czy grupy szkolne, klasowe i można to wykorzystać, zacząć w tym czasie edukować. Mamy strony, blogi, książki i mądrych ludzi. Najłatwiej jest usiąść i zwalać winę na innych i na system. Okej, jest tu dużo do poprawy i nikt nie jest idealny, ale wolę zawsze skupić się na tym, co jest dobre i co jest do zrobienia wokół, w obrębie mojej działalności. Choć dziś wiem, że nie zbawię całego świata, nie uratuję go. Wyleczyłam się z tego, bo wcześniej miałam takie pomysły.


Co okazało się lekarstwem?

Świadomość, że jest to niemożliwe do zrobienia w pojedynkę. Ale na przykład jeżeli będę mieć wokół siebie grupę ludzi, społeczność, która będzie wyznawać te same wartości i będzie chciała działać, to „never say never”. Ale wracając do tego, co powiedziałam Ci na początku, że ta książka jest taką, jaką ją sobie wymarzyłam. To prawda, ale miałam jeden podstawowy problem pracując nad nią. Podobno to kwestia dotycząca każdego autora, osoby publikującej książki, że kiedy już masz jakiś deadline, musisz oddać finalną wersję, dzień po nim budzisz się i nagle masz milion nowych pomysłów, co byś chciała jeszcze zrobić, co ulepszyć. Ja mogłabym ciągle coś dokładać.


Więc jest coś jeszcze, co chciałabyś dorzucić do tej książki?

Ja już mam tyle nowych rzeczy w głowie, że mogłabym dwie kolejne książki napisać (śmiech), bo tyle tego jest. Jak już raz wejdziesz na tę ścieżkę to ciągle docierają do ciebie nowe informacje, poznajesz nowe osoby, nowe tematy. Dzisiaj to jest żywy organizm, gorący temat, codziennie coś nowego pojawia się na świecie, co jest nowe, fajne i o czym wcześniej nie słyszałam.


Ta książka to jednak takie kompendium podstawowej wiedzy o ekologii: jak być bardziej eko w domu, w kuchni, w pracy i w życiu codziennym. Nie ma tu zaawansowanych informacji o zmianach klimatycznych, to celowe?

Tak, bo nie jestem naukowcem, ani żadnym specjalistą żeby pisać pogłębioną analizę sytuacji na świecie, a poza tym tego typu książki są już na rynku. Jeżeli ktoś będzie chciał zgłębić temat, to na końcu jest lista tytułów, które polecam. Mi chodziło o ten „Level 1”, podstawę, bo tego brakowało.


Żeby najpierw zdobyć wiedzę absolutnie podstawową, a następnie sięgnąć po bardziej zaawansowane publikacje?

Tak, bo ta książka jest odpowiedzią na to, że coraz więcej ludzi chce być eko, dobrym dla planety, ale nie wiedzą kompletnie od czego zacząć i ta Jak uratować świat? ma właśnie na celu dostarczenie im takiej podstawowej wiedzy. W każdym dziale są linki, odsyłacze do innych osób, książek, kont na Instagramie, filmów na Netflixie. Dla wszystkich, którzy chcą wejść dalej w temat. Po przeczytaniu tej książki z tym poradzą już sobie sami.


Zauważyłam właśnie, że dużo jest w niej odnośników, jest quiz. Ta książka jakkolwiek to brzmi, jest bardzo interaktywna.

O to chodziło, bo ja sama mam tak, że czytam dziesięć książek naraz i nie jestem w stanie skupić się na jednej. Więc jakbym dostała takiego klocka, a ta książka trochę tak wygląda, bo jest dosyć gruba, ale podkreślam – nie jest takim przerażającym klockiem (śmiech) – to zawiesiłabym się w połowie, gdyby była pisana „ciągiem”. Znudziłabym się. Dlatego te wszystkie linki, podziały, tematy, ilustracje, różnorodność tekstów i form ma za zadanie bawić nas, angażować, zainteresować.


Do książki zaprosiłaś zarówno ekspertów, którzy całe swoje życie poświęcili zagadnieniom związanym ze środowiskiem, ale też zwykłych ludzi, którzy żyją eko. W jaki sposób dobierałaś bohaterów? Najpierw była lista tematów i do niej szukałaś odpowiednich osób?

To był totalnie eksperyment. Nie miałam żadnego konkretnego planu! Na początku zrobiłam wstępną listę różnorodnych zagadnień, które wydawało mi się, że powinnam poruszyć. Zapanować na tym pomogła mi bardzo Ola Janiec, która wydała niedawno Tokyo Lifestyle Book. Znam ją od czasu mojego stażu w Glamour, ona wtedy była w magazynieViva Moda. Książkę wydała przede mną, więc jak się tylko o tym dowiedziałam zwróciłam się do niej jako doświadczonej koleżanki.


Żeby w ogóle wiedzieć od czego zacząć?

Jak się w ogóle robi prezentację dla wydawnictwa?! Ja nie miałam kompletnie o tym pojęcia, więc Ola usiadła ze mną i pomogła mi wszystko złożyć. Powiedziała mi też bardzo ważną rzecz, która później okazała się przydatna: żebym traktowała tę pierwszą prezentację jako punkt odniesienia. Bo im głębiej wchodzisz w temat, tym bardziej możesz niechcący popłynąć, odejść od tego, o co tak naprawdę chodziło na początku. Więc ten szkielet, który zrobiłam na wstępie, był dla mnie bazą, sprawdzałam czy to, co robię pokrywa się z tym, co założyłam. Wiadomo, że dałam sobie przestrzeń na zmiany, na to co przyniesie mi życie, kogo poznam, mogłam być elastyczna, ale nie chciałam żeby ta książka była o czymś zupełnie innym albo tylko o jednym temacie.

„Bez pasji życie nie ma sensu”, mówi Areta Szpura w cyklu #GirlsTalk Karoliny Cwaliny-Stępniak


Czyli raz do głowy wpadł ci jakiś ekspert, raz temat, innym razem znalazłaś jakieś zagadnienie?

Trochę miałam tak, że to działo się na bieżąco, sporo ludzi już znałam i wiedziałam, że będą idealni do książki, a część z nich wydarzyła się przypadkowo. Na przykład kiedy w grudniu byłam na COP 24 w Katowicach, na pokazie jednego z filmów poznałam Marcina Popkiewicza, bardzo znanego eksperta i działacza w temacie eko. Podeszłam do niego i zapytałam czy możemy porozmawiać, przedstawiłam mu pomysł na książkę. On sam napisał już ze trzy, tylko bardziej naukowe. Nie wiedziałam, co z tego będzie, a finalnie z tego spotkania wyszła fajna rozmowa, która okazała się świetnym zakończeniem książki. Ale muszę przyznać, że układanie tych puzzli, części książki w całość, żeby trzymały się jakoś siebie, też było fajne. Ciągle musiałam mieć otwartą głowę.

 


fot. Michaela Metesová


Dlaczego w ogóle zdecydowałaś się na napisanie książki?

Na początku, kiedy dostałam tę propozycję kompletnie nie byłam przekonana do tego pomysłu. Moja pierwsza myśl? Że żadna ze mnie pisarka. Nigdy nie lubiłam wypracowań z polskiego, to nie był mój konik.


Wyślesz książkę swojej polonistce? (śmiech)

Zaniosę jej! (śmiech) Ale tak zupełnie na poważnie, to w ogóle nie sądziłam, że się do tego nadaję. Na pierwszym spotkaniu z wydawnictwem powiedziałam im, że pomysł fajny, ale to nie ten adres. To oni dopiero wytłumaczyli mi, że to działa zupełnie inaczej, a ja zrozumiałam, że to nie musi być dzieło mojego życia i najbardziej poetycka rzecz jaką stworzę. Dla nich najważniejsza była moja wiedza i pomysł na to, powiedzieli, że z resztą mi pomogą. Przecież jest jeszcze redaktor, korekta. To nie jest książka naukowa, a wiedza o byciu eko w pigułce, którą dzielą się z czytelnikami eksperci i pasjonaci tematu.


Ale od samego początku chciałaś żeby to było przystępne, bardzo praktyczne.

Zrobiłam rozeznanie rynku, sprawdziłam co już mamy, bo robienie czegoś dla samego robienia jest mało ekologiczne. I zobaczyłam, że są bardzo naukowe książki, albo tylko takie o zero waste. Nie było nic pomiędzy. Przez ostatnie lata dzieliłam się z obserwatorami różnymi wskazówkami, linkami, poradami, a przecież nie każdy wchodzi codziennie na Instagrama. W dodatku ze wszystkich stron jesteśmy bombardowani informacjami, nie jesteśmy w stanie wszystkiego zapamiętać, dlatego często zadawano mi te same pytania. Dojrzałam więc do tego żeby zebrać tę wiedzę poszerzoną o nowe rzeczy w jednym miejscu, nawet jeżeli dotrze ona tylko do osób, które mnie obserwują. Poza tym żyjemy z telefonem w ręku. Chciałam żeby ludzie mogli odpocząć od tego, w spokoju poczytać w łóżku lub wygodnym fotelu i czegoś się dowiedzieć. A przy tym mieć jeszcze fajny prezent dla kogoś, kogo chce się nawrócić (śmiech) albo komu chcemy pomóc w tej nowej ścieżce. Zależało mi żeby ta wiedza była w jakiś sposób ograniczona, bo jak wchodzisz w Internet to nie masz pewności, że pierwszy link będzie dobry.

Gdzie wyrzucić soczewki kontaktowe, aby nie szkodzić środowisku?


I nie masz szans dokopać się do końca.

I bardzo często to ludzi zniechęca. Albo jak szukają w Google jakiegoś zagadnienia, a trafiają na zaawansowane blogi dotyczące ekologii i stwierdzają, że to nie jest dla nich.


Już nie mówiąc o tym, że w języku polskim literatury o eko wciąż jest niewiele.

Co ciekawe, ludzie pytają mnie, czy Jak uratować świat? będzie wydana po angielsku. (śmiech)


Będzie?

Miałam kiedyś taki plan, ale stwierdziłam, że powinniśmy dać innym ludziom przestrzeń. To wszystko, co się w niej znajduje jest jednak lokalne, a każdy kraj ma swoje inne podejście, własną historię, produkty. Wiadomo, że wiele rzeczy i spraw jest uniwersalnych, ale jednak dużo większe przełożenie ma taka wiedza lokalna. I tutaj między innymi pojawiło się to moje odpuszczenie, że wcale nie muszę ratować całego świata, ale mogę zacząć od swojej okolicy, dzielnicy, miasta, kraju.


Wiele osób zarzucało ci, że skoro jesteś taka eko, to dlaczego wydałaś ją w wersji papierowej?

To była też moja pierwsza myśl, ale jak zaczęłam zgłębiać temat i przeczytałam taką wspaniałą książkę Cradle to Cradle, czyli Od kołyski do kołyski, która opowiada o ekonomii, podejściu cyrkularnym do produkcji i projektowania rzeczy. Okazuje się, że na przykład papier z recyklingu a nowy papier z dobrych źródeł – żaden nie jest lepszy od drugiego. Żeby poddać papier recyklingowi musisz zużyć ogromne ilości wody i chemikaliów. Ostatecznie nie do wszystkiego się on nadaje. Gdybym zdecydowała się wydać na nim książkę musiałabym zrezygnować z kolorowych ilustracji, nie byłaby taka przyjemna, a nie chciałam żeby była szarą breją. (śmiech) Na pewno są już takie technologie, które pozwalają nam lepiej pozyskiwać ten surowiec, ale wciąż się tego uczymy. Mogłam czekać na ogólnodostępne rozwiązania, ale wtedy ta książka mogłaby wyjść dopiero za dwa lata i kosztowałaby nie wiadomo ile. Musiałam pójść na kompromis. Osoby zarzucające mi, że nie wydałam tylko e-booka nie mają być może wiedzy, w jaki sposób są one produkowane, z czego my pozyskujemy energię w naszym kraju, ile jej potrzeba by utrzymać serwery i ile wody żeby je chłodzić. To wszystko jest tak złożonym procesem, że nie ma jednego dobrego rozwiązania.


Czyli kompromisem było zrezygnowanie chociażby z klejonego grzbietu?

Tak, zdecydowałam się na takie małe „baby steps”, bo mimo wszystko chciałam żeby ta książka była przyjemna, zachęcała ludzi do spędzania czasu poza ekranem, żeby mogli po przeczytaniu podać ją dalej. Żeby krążyła, mogła być pożyczona mamie, siostrze, babci, cioci, sąsiadce czy sąsiadowi. Żeby maksymalnie dobrze ją wykorzystać.


Dużo osób śledzi Cię w social mediach, uważa za guru, słucha, oznacza. Czułaś tę odpowiedzialność przygotowując książkę? Że jednak masz duży wpływ?

Przyznam, że nie myślałam o tym za dużo. Najczęściej jest tak, że ludzie piszą do mnie, że tutaj coś jest źle, że ta restauracja ma plastikowe sztućce. Kiedyś bardzo się w to wkręcałam, walczyłam, reagowałam. Teraz odpisuję, że jeżeli jest problem, to napisz im to, zrób coś. A nie zostawiaj wszystkiego mi.


Dla wielu osób łatwiej było napisać, czy Ty możesz pomóc, niż pójść i zacząć działać?

Ale to nie jest ich wina. Trochę żyjemy w takim przeświadczeniu, że co ja jeden mały szary człowieczek mogę zrobić, więc to nie było na zasadzie, że dorzucimy coś Arecie, na pewno nie ma nic do roboty. Ludzie zwyczajnie czują, że mam większe przełożenie. Im w życiu nie przeszłoby przez głowę, że oni bez 30 tysięcy followersów mogą coś zrobić, że ktoś ich posłucha. Okazuje się, że w większości przypadków te małe historie mają takie samo przełożenie. Jeżeli ktoś pisze 30 razy i oznacza na Facebooku daną firmę lub miejsce, a to nic nie daje – to wtedy oczywiście pomogę. Ale też zachęcam do własnego działania. To poczucie sprawczości, które może się dzięki temu wytworzyć jest bezcenne.


Chcesz, żeby ludzie po przeczytaniu tej książki właśnie w ten sposób wzięli sprawy w swoje ręce? Co chciałabyś żeby się wydarzyło?

Żeby zrobili jakąkolwiek rzecz w tym kierunku, żeby zaczęli, żeby nie czekali aż nie wiadomo co się zmieni: ustrój, sklepy, bo to nie wiadomo kiedy nastąpi. Jasne, trzeba naciskać na władzę, ale jest tyle rzeczy, które my możemy zrobić w codziennym życiu, które nie powodują utraty naszego codziennego komfortu ani nie robią szkody, nie są wymagające.


W takim razie przychodzi do Ciebie osoba, która mówi, że chce zacząć być eko, ale nie wie od czego. Co najprostszego może w pierwszej kolejności zrobić?

Nie ma jednej uniwersalnej rzeczy, wszystko zależy od tego, gdzie ten człowiek mieszka, gdzie pracuje, jak spędza każdy dzień. Dlatego pierwszą rzeczą, którą polecam każdemu, kto chce wprowadzić jakieś zmiany, jest zrobienie audytu swojego życia. Można zacząć nawet od swoich śmieci, to taka najprostsza rzecz. Zobaczyć, jakie mamy tam opakowania, ile tego jest i co jest niezbędne, bo nie mamy zamiennika, a kiedy używamy czegoś zupełnie bezsensownie. Warto też zorientować się, czy zamiast chodzić na zakupy do supermarketu, mam na przykład w okolicy warzywniak, gdzie kupuje się produkty bez plastiku. Albo idąc codziennie do pracy zamiast brać kawę na wynos w kubku z kawiarni mogę przychodzić ze swoim wielorazowego użytku. Mogę też spróbować jeździć nie taksówkami, ale tramwajem jak się da, albo zacząć eliminować ilość mięsa w swojej diecie, czy w ogóle ilość rzeczy, które kupuję, a które są na raz i później je wyrzucam. Jest milion takich kroków, które wydają się banalne, ale chodzi o to żeby wybrać jakąś jedną czynność, coś dla siebie, coś co naturalnie stanie się integralną częścią naszego życia. Na sam początek fajnie jest wybrać coś, co będzie w miarę łatwe. Tak żebyśmy poczuli też satysfakcję, że powiedzmy po miesiącu tego nowego nawyku widzimy te efekty, ilość zaoszczędzonego czasu, kasy, środowiska i to nas motywuje do kolejnych zmian.

Książki kucharskie dla wegan i wegetarian, czyli pierwsze kroki w kuchni roślinnej, bez mięsa i produktów pochodzenia zwierzęcego


A Ty pamiętasz od czego zaczęłaś?

Wydaje mi się, że od butelki na wodę, ale kompletnie przypadkowo. Nie myślałam o tym z perspektywy eko, ale z perspektywy praktycznej. Byłam wtedy w Kalifornii i plastikowe butelki gotowały się w aucie. Koleżanka na plaży wyciągnęła wodę z lodem w wielorazowej butelce i dla mnie to była nowa jakość życia. Pamiętam, że pierwsze co zrobiłam to zamówiłam sobie taką butelkę i zaczęłam z nią chodzić. A później przyszło przerażenie, w jak bardzo tragicznej sytuacji jesteśmy jako społeczeństwo, planeta, jak wszystko wokół jest złe. Następnie zaczęło się o tym dużo mówić w mediach, skala problemu okazała się ogromna, a później do codziennego obiegu weszła opcja zero waste, słomki, kubki... i tak się to wszystko potoczyło.


Kilkakrotnie w czasie naszej rozmowy przewijał się temat mody. Tam początek ma Twoja kariera. Co więc świat mody może dziś zrobić?

Ma przed sobą nie lada wyzwanie. To już nie jest kwestia utylizacji tego, co już powstało, recyklingu. To dziś kwestia niewytwarzania takiej ilości towarów. Przerzucanie się nagle na kupowanie rzeczy zrobionych z butelek też nie ma sensu, bo gdybym miała teraz wyrzucić to, co posiadam i zacząć kupować wszystko z zielonymi etykietami i certyfikatami, to byłoby to absurdalne. Problem z ciuchami jest taki, że doprowadziliśmy do takiego momentu, kiedy nie kupujemy czegoś, bo potrzebujemy – majtek czy skarpetek, co rozumiem – ale dlatego, że po prostu chcemy. Na przykład widzimy bluzkę za 20-30 złotych, która w sumie jest fajna, pokazywała ją blogerka, w dodatku mamy gorszy dzień, kupimy sobie na pocieszenie i nawet jej nie mierzymy. Potem w domu rzucamy ją w kąt, zapominamy o niej albo zakładamy raz i okazuje się, że średnio wygląda, ale nie chce nam się jej zwrócić, albo po jednym założeniu wygląda jak szmata, bo okazuje, że jest najgorszej jakości, ale w sumie czemu się dziwić, skoro tyle kosztowała. Nie myślimy. Co z tego, że coś jest tanie, ale nie myślimy o tym w szerszej perspektywie. Skoro jeden ciuch średnio musi przejść ponad 100 par rąk żeby do nas dotrzeć, od ludzi, którzy uprawiają bawełnę, tkają, farbują, transportują, projektują, produkują itd., to to są jakieś ułamki centów i raczej to nie są dobre warunki pracy ani dobra jakość.


W ubiegłym roku wyprodukowano 100 miliardów sztuk odzieży. Na świecie żyje 7 miliardów ludzi, co oznacza, że na jedną osobę przypada 14 sztuk.

Tu nawet nie chodzi wyłącznie o ograniczenie produkcji, ale o zmianę całego systemu biznesowego. My z jakości i z pomysłów na modę przeszliśmy na ilość i to nas zgubiło. W tym momencie każdy z nas ma szafę z której wypadają ciuchy, tworzymy ciągle nowe trendy. Mało kto w naszym otoczeniu kupuje, bo musi. Kupuje, bo ma na to ochotę. Idziesz ulicą w dużym mieście i w czasie wolnym zachodzisz do sklepu. Zresztą dziś nie musisz wychodzić nawet z domu żeby kupować, a jak odwiedzisz jakąś stronę to potem jesteś bombardowana non stop reklamami, aż czegoś w końcu nie kupisz. I w pewnym momencie ulegasz. Masz zły dzień, dostajesz wypłatę, więc czemu nie. W końcu nie po to harujesz cały miesiąc. Zobaczysz koleżankę w czymś fajnym i masz poczucie, że ty ciągle chodzisz w tym samym. To my kreujemy sobie tę potrzebę posiadania.


fot. Michaela Metesová


Rozmawiałyśmy o osobach, które chcą zacząć być eko, a co z tymi, które mówią „dzięki, ale to nie dla mnie”. Co im mówisz?

Że okej, nie używam argumentów, że to ostatni moment żeby coś zrobić, bo siłą, taką presją nigdy nic nie zdziałasz. Każdy musi w swoim tempie dojrzeć do tego, że będzie chciał coś zmienić i dać coś od siebie. Dlatego tak lubię to w całym tym ruchu skupionym wokół ekologii, który dzieje się na naszych oczach, że cel jest jeden, ale my wszyscy wchodzimy na tę ścieżkę zupełnie inaczej, z różnych jej odnóg. Niektórych bardziej rusza ich zdrowie, innych portfel, niektórych zwierzęta, a jeszcze innych planeta.


Czyli wszyscy się na niej spotkamy?

Mam taką nadzieję i to mnie trzyma przy życiu. Wiadomo, że myślę o tym, że zupełnie nie wiem co będzie, co się stanie z tym wszystkim, ale mam x godzin dziennie, które mogę jakoś wykorzystać. Dziś nie wyobrażam sobie robienia innych rzeczy. Cieszę się, że nie tylko sprawiają mi przyjemność, ale są też jednocześnie przydatne innym ludziom i pomocne w jakimś sensie. Przyszłość będzie taka, jaką sami sobie stworzymy, więc jeżeli teraz każdy zacznie robić wokół siebie tyle ile może, to jutro już mielibyśmy odczuwalną zmianę.


W idealnym świecie jaka czeka nas przyszłość?

Taka, w której przestajemy traktować ziemię, rzeczy, zasoby jako coś co nam się należy i przestajemy brać wszystko bezkarnie. Taka, w której mamy tę świadomość, że jesteśmy częścią ekosystemu i wszystko jest ograniczone, gdzie podstawą społeczeństwa nie jest wzrost, gdzie nie robi się więcej, lepiej, nie robi się wykresów, gdzie porównuje się kraje pod względem GDP (produkt krajowy brutto – przy.red.). Ta ciągła pogoń nie prowadzi do niczego dobrego. Mimo tego całego dobrobytu, ułatwienia i tej ilości wolnego czasu, bo przecież nie musimy zbierać w lesie jedzenia i polować, prać wyłącznie ręcznie, mimo wszystko wydaje się, że jesteśmy mniej zadowoleni z naszego życia niż nasi przodkowie. Więc wymaga to totalnej zmiany w naszej głowie, powrócenia do natury, zakumplowania się z nią na nowo, bo zupełnie się od niej odcięliśmy betonem i weszliśmy w swoje tabelki w Excelu. Teraz wielkim odkryciem naukowym jest fakt, że zwierzęta mają emocje, że rośliny odczuwają, że istnieje plant intelligence, coś co nasi przodkowie wiedzieli i było dla nich oczywiste. Boję się natomiast takiego przejścia, które może wydarzyć się niebawem, że z kapitalizmu przerzucimy się na eko kapitalizm i będziemy ciągle kupować i kupować, ale rzeczy eko.


Ostatnio rozmawiałam o tym ze znajomymi. To jedna z kwestii, która najbardziej mnie martwi, bo napędzamy kolejne potrzeby, kupujemy żeby być eko. Druga kwestia – że dziś to taki trend, którym wszyscy się zachłysnęli, bo fajnie mieć kawę we własnym kubku.

Ludzie bez zmiany tego w głowie będą sobie tłumaczyć, że kupowanie nie jest takie złe, bo jestem przecież eko. Dlatego tak ważne jest kwestionowanie tego, żeby nie dać się nabić w butelkę. Ale swoją drogą, prawdą jest, że zainwestowanie w jedną butelkę jest tańsze, nie potrzebujesz jednej szklanej, drugiej metalowej czy dodatkowo słomki. Nie dajmy się zwariować.

Butelkomaty w Warszawie: Mieszkańcy stolicy otrzymają zniżki na kawę lub bilety do kina w zamian za butelki i puszki


Na samym początku powiedziałaś, że ta książka to zebrana podstawowa wiedza w temacie eko. A było coś, co ciebie samą zaskoczyło podczas pracy nad książką i pomyślałaś super, tego nie wiedziałam?

Tipy o sprzątaniu! Non stop odkrywam, co jeszcze można zrobić z octu. (śmiech) Bardzo ciekawe były dla mnie porad Mead Ladies, jak zrobić lekarstwo z tego, co znajdziesz w lesie. To taka wiedza, którą bardzo chciabym posiadać na wypadek, gdybym znalazła się w lesie i zaczęłoby się coś dziać. Mieć tę świadomość, że dam sobie radę w najróżniejszych warunkach, żebym nie była takim totalnym mieszczuchem. Dopóki nie poznałam Marcina Tischnera, który napisał cały dział o jedzeniu i o efektywnym altruzimie, wiedziałam o temacie, ale nie wiedziałam, że istnieje już organizacja, która robi już rzeczy. Internet sprawił, że żyjemy we własnych bańkach i dopiero kontakt z drugą osobą, rozmowa z nią otwierają przed nami nowe drzwi wiedzy. Więc każda z tych osób była dla mnie odkrywcza.


A sama praca nad książką, poza trzymaniem się terminów i lepszą organizacją? (śmiech)

Była dla mnie nauką współpracy. Nie wyszłam z założenia, że sama wszystkiego się dowiem i to spiszę, ale stwierdziłam, że są na świecie ludzie mądrzejsi ode mnie, dlatego poprosiłam o głos specjalistów, którzy w tym siedzą. Ja byłam w tym brakującym ogniwem, czymś co to wszystko zespoiło. I to było dla mnie najfajniejsze, że żyjemy w kulturze ja ja i ja, że praca w grupie nigdy nam się dobrze nie kojarzy, a to właśnie ta współpraca jest podstawą. Jest takie powiedzenie, że jeśli chcesz iść szybko, idź sam, ale jeśli chcesz dojść daleko, idźcie razem. Zbiorowa mądrość jest nieporównywalna z niczym innym.


I na tę siłę grupy liczysz też po premierze tej książki?

Mam nadzieję, że będzie coraz więcej ludzi, którzy dołączą do tej grupy i będą ratować świat. Mam wrażenie, że to już się dzieje. I całe szczęście! Bo ja już nie myślę codziennie o plastikach, jestem już kilka poziomów wyżej, myślę o tym, co dalej, co robić i czym dzielić się z ludźmi.


Więc co dalej?

Teraz skupiam się na promocji Jak uratować świat?, ale gdzieś tam w głowie jestem już na nowych torach, tak jak mówiłam mam tematy na dwie kolejne książki. Ale miałam taki moment, że czułam, że doszłam do ściany. I nie wiedziałam, co będzie dalej. A teraz uczę się tego zachowania równowagi, że okej ratowanie świata, ale z drugiej strony dbanie o siebie. Że jak się wypalę i zaniedbam, to nie uratuję świata, nawet z pomocą innych.


Chcielibyście przeczytać książkę Arety Szpury? Zajrzyjcie na naszą grupę Glamour Girls Club na Facebooku. Tam czeka na Was pytanie konkursowe i trzy egzemplarze „Jak uratować świat?” do zgarnięcia!

Przy okazji przypominamy, że dziś kolejny Młodzieżowy Strajk Klimatyczny. W Warszawie start o 11:00 przy Rondzie ONZ. Sprawdźcie, co dzieje się w Waszych miastach. Warto wesprzeć tę inicjatywę i zrobić pierwsze „baby steps” dla planety.


Za to w poniedziałek rusza pierwsza w Polsce Poradnia Ekologiczna! Areta Szpura, autorka książki „Jak uratować świat?” zaprasza na spotkania z ekospecjalistami.