Licealne miłości mają wiele twarzy. Niektóre są skąpane głównie w błogości towarzyszącej pierwszemu poważnemu uczuciu i wiążą się co najwyżej z perspektywą szaleństw na studniówce oraz (ewentualnie) wspólnej nauki do matury. Inne są beztroskie i raczej mało poważne. Wystarczy pierwszy poważny sprawdzian, choćby w postaci przeskoczenia z etapu szkoły średniej na studia, i już tworzy się przepaść. Często nie do pokonania (wiem, co piszę). Aż w końcu licealne miłości mogą mieć poważny wyraz, objawiający się w zaangażowaniu, zaufaniu, wspieraniu się i snuciu planów na przyszłość. Jaka ona będzie, to i tak zweryfikuje życie. Ale związki, które zaczynają się w liceum i trwają potem kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat, są możliwe.

Mój licealny związek był tak samo niedojrzały, jak wówczas ja oraz mój partner, więc za niepowodzenie tej relacji nie ma kogo obwiniać. Mnie wydawało się, że nasze uczucie jest odpowiedzią na wszystko. A on, że na pytanie: „dlaczego to koniec?” odpowiedzi w zasadzie być nie musi. Myślałam kiedyś, jak potoczyłoby się moje życie, gdybyśmy jednak ciągle byli razem. Czy miałabym już dziecko? Czy spełniałabym się zawodowo? Gdybanie nic oczywiście nie zmieni, aczkolwiek to ciekawa analiza decyzji, jakie podjęliśmy, lub ktoś podjął je za nas – to też czasami może wyjść nam na dobre. Zaczęłam więc zastanawiać się, czy moje rówieśniczki (+/-), które są w wieloletnich związkach, a ich geneza sięga właśnie szkoły średniej, również lubią skusić się na takie teoretyzowanie: „co by było gdyby...”. Czy takim kobietom nie brakuje seksualnych doznań z innymi partnerami, czy nie tęsknią za chodzeniem na randki z różnymi facetami, czy nie mają wrażenia, że za szybko i może nie do końca świadomie przywykły do pewnych schematów dnia codziennego?


Zobacz także: Czy można znaleźć prawdziwą miłość w internecie? Pytamy ekspertów!
 

Pytam czytelniczki o ich dystanse i niektóre są imponujące! Pięć lat, siedem, dziesięć… Wśród odpowiedzi są historie o zaręczynach, ślubie, ale też o rozstaniach. W kontekście tych ostatnich w wypowiedziach, jakie przeczytałam, nie ma na szczęście miejsca na rozgoryczenie, a na wyciągnięcie wniosków. Każda, zwłaszcza tak angażująca już w młodym wieku relacja, to okazja do refleksji nad naszymi potrzebami. Dziewczyny jednak niechętnie mówią o tym, co jest dla nich największym wyzwaniem w ich długich związkach. Pytam więc o to psychologa i psychoterapeutę, Katarzynę Kucewicz. - To uniknięcie wejścia w tzw. friendzone, czyli przeistoczenia się relacji damsko-męskiej w bardziej przyjacielską – mówi. - Czasami takie związki zatracają też namiętność, ponieważ znajomość siebie aż tak dobrze może zniwelować elementy niepewności potrzebne w podtrzymaniu żaru między osobami – dodaje. Kucewicz wskazuje również na inną ciekawą rzecz, która może być charakterystyczna dla licealnych długodystansowców. To nierównowaga w rozwoju osobistym. - Przypomina mi się pewna para. Oboje chodzili razem do klasy, jeździli na Woodstock, ale ona z czasem została dziewczyną z korporacji, a on dalej chciał wieść szalone życie hippisa. Trudno mu było zrozumieć, że kobieta wyrosła już z tamtych nastoletnich przygód. Ona zaś nie mogła przeboleć, że on się tak zatrzymał i nie ma większych ambicji finansowych.

Niełatwym orzechem do zgryzienia w związkach budowanych od lat może być też sytuacja zupełnie inna, a mianowicie pęd, któremu poddają się ona i on. Czyli kiedy oboje są chcą się rozwijać i zarabiać na wspólne życie. To była dość istotna kwestia dla Zosi, lat 27, która opowiada mi o swoim 10-letnim związku. - W momencie rozpoczęcia dorosłego życia i kariery zawodowej, musieliśmy nauczyć się szanować siebie nawzajem. Każdy z nas miał przed dobą wiele wyzwań, oboje jesteśmy ambitni i chcieliśmy za wszelka cenę im sprostać, dlatego okazało się, że międzyczasie zapomnieliśmy o sobie nawzajem. Choć wówczas przyszło mi to z wielkim trudnem, musiałam postawić sprawę na ostrzu noża i dać wybór – albo zwalniamy i w tym szaleństwie poświęcamy czas również na związek, albo każdy idzie w swoją stronę. Wybraliśmy pierwszą opcję – mówi.


Zobacz także: Jak social media wpływają na nasze relacje? Pytamy psychoterapeutkę, czy i jak media społecznościowe zmieniają związki
 

Pytam Zosię, czym jej zdanem relacja, którą nawiązuje się w weku 17 lat różni się o tej, na którą decydujemy się w okolicach trzydziestki. - W naszym związku nie ma pośpiechu. W liceum nie idzie się do łóżka na pierwszej randce, a na wspólne mieszkanie czeka się dobrych kilka lat, więc emocje są dozowane. Dorastamy razem, przeżywamy wiele pierwszych razy wspólnie, uczymy siebie. Oczywiście różnica jest też taka, że czas szaleństwa randkowego, który przeżywają znajomi, mija nas bokiem, bo ostatni raz na pierwszej randce byliśmy dziesięć lat temu (śmiech). A co w takim razie z seksem? Czy młoda kobieta, która miała lub ciągle ma tylko jednego partnera seksualnego, z nim pierwszy raz współżyła, odkryła nowe pozycje i generalnie ciężko jej sobie wyobrazić, że mogłoby kiedyś być inaczej, jest w stanie otworzyć na kogoś innego, jeśli przyjdzie taka konieczność? - Z pewnością posiadanie większej ilości partnerów poszerza nasz wachlarz doświadczeń, ale to nie jest tak, że mając jednego partnera, coś tracimy – mówi psycholog. - Są pary, które dopasowały się w okresie nastoletniości i do dziś tworzą fantastyczne relacje – mimo, ze nie mają pojęcia, jak to jest być z kimś innym. Paradoksalnie, to wcale nie jest tak, że im więcej mamy związków i partnerów, tym lepiej wyłapujemy niefajnych facetów, toksyczność.

Ciągnę jednak mojego eksperta za język i dopytuję, co mimo wszystko może stanowić trudność w nawiązywaniu nowych kontaktów, jeśli pojawi się taka okazja? - Będąc w długim związku, para zaczyna się porozumiewać własnym metajęzykiem, ma swoje powiedzonka, ukryte znaczenia w słowach. Z nową osobą nie ma nigdy takiego przepływu, co może być frustrujące i wywołujące tęsknotę za tamym związkiem. Jestem też ciekawa, jak to wygląda z innej, męskiej perspektywy. Czy 29-letni Mikołaj związałby się ze swoją rówieśniczką, która ma na koncie długi związek i jednego partnera? Obawy czuję na kilometr, choć dzieli nas od siebie dobrych kilkadziesiąt. Mówi, że miałby sporo wątpliwości, że jej bagaż doświadczeń będzie zbyt ciężki do udźwignięcia. I dodaje też, że niekoniecznie chciałby być tym pierwszym, który natrafi na taką dziewczynę. Tu, zdaniem psychologa, warto też wspomnieć o niskiej samoocenie, bo to przez nią, zdaniem Katarzyny Kucewicz może być dopiero ciężko. - Jeśli nowi partnerzy mają problem z niską samooceną, to faktycznie mogą się lękać, że ten pierwszy partner zawsze będzie traktowany jako sentymentalne, miłe wspomnienie a to bywa bardzo niebezpieczne dla osób zazdrosnych, nieufnych. Lęk o swoją pozycję może również wiązać się z przekonaniem, że ktoś swoje najlepsze lata przeżył z inną osobą niż my, że tam jest wiele wspomnień, które mogą się któregoś dnia obudzić. Poza tym bagaż z eksem, nawet ciężki, i tak jest bagażem mniej dotkliwym, niż np. trudne doświadczenia z dzieciństwa. Negatywne schematy z wczesnych lat mogę zdecydowanie więcej namieszać w naszych związkach niż poprzedni partner – zwraca uwagę ekspert.


Zobacz także: Dlaczego najbardziej zależy nam na akceptacji tych, którzy nas odrzucają?
 

Próbuję wyobrazić sobie, jak to jest być kilka, kilkanaście lat w związku. Największy podziw wzbudza we mnie chyba fakt, że osoby decydujące się na bycie razem tak bardzo burzliwym okresie jakim jest czas wchodzenia w dorosłość, kiedy raczej nie wiemy kim chcemy być i co chcemy robić, jakoś znajdują w tym wszystkim jeszcze miejsce dla kogoś innego. Nurtuje mnie jeszcze jeden fakt i porównuję to do mojego singielstwa. Bo choć przyzwyczaiłam się już do tego, że jestem sama i dobrze mi z tym, a facet w moim życiu być może, ale nie musi, to kiedy już się pojawi, pewnie ciężko będzie zaadoptować siebie i jego do nowej rzeczywistości (nie mylić z podporządkowywaniem czegokolwiek, bo tego bynajmniej nie mam w planach). Wracam więc do wątku trudności w znalezieniu nowego partnera w przypadku 30-letniej singielki, ale z 10-letnim związkiem na koncie. I pytam psychologa, czy może być tak, że problem w znalezieniu kogoś może przyczynić się do tego, że zaliczając jedną porażkę po drugiej, w końcu pojawi się inna próba – powrotu do eks. I to pewnych standardów, poczucia bezpieczeństwa, wygody. Istnieje takie ryzyko?- Czasami ludzie faktycznie schodzą się z byłymi partnerami, bo nie potrafią cierpliwie budować nowych więzi. Do tego trzeba zapału i czasu, a z wiekiem człowiek chciałby, żeby wszystko od razu było ułożone tak, by nie musieć się docierać. Często nowa osoba drażni nas tym, że nie czyta nam w myślach, nie łapie w mig, o co nam chodzi. Tak, jakbyśmy zapominali, że zanim eks zaczął nas rozumieć, też przecież potrzebował czasu na nauczenie się, jacy jesteśmy. Niechęć przed budowaniem więzi od nowa często sprawia, że tkwimy w toksycznych związkach, które wiele nie wnoszą do naszego życia – tłumaczy Katarzyna Kucewicz.

Szacun! Jeśli o mnie chodzi, to jedyne i uważam, że absolutnie właściwe słowo, a zarazem postawa wobec długodystansowców. Być z kimś przez wiele lat, podejmując próby wspólnego odnalezienia się w wielu – mniej i bardziej komfortowych sytuacjach, to zjawisko godne podziwu. Zresztą, tak sobie myślę, jak każdy inny związek. Bo każdy, bez względu na długość, uczy nas tego – o nas samych i innych – czego być może nigdy byśmy się nie dowiedzieli. 


Zobacz także: Randkowanie w czasie pandemii – mission (im)possible?