Już 83 proc. kawoszy pije kawę codziennie w domu, a w polskich kuchniach wyrastają małe kawowe laboratoria. Młynek żarnowy, waga i drip to dziś dla pokolenia Z to samo, co dla Millenialsów była mata do jogi.Jeszcze dekadę temu „dobra kawa” znaczyła tyle, co „nie z automatu na korytarzu”. Dziś dwudziestolatka potrafi przez kwadrans opowiadać o palarni z Poznania, obróbce naturalnej i o tym, dlaczego jej młynek ma żarna stożkowe, a nie płaskie. Kawa przestała być paliwem, a stała się językiem. Kto go zna, ten należy do klubu. Ktoś kiedyś zaproponował, żeby pokolenia dzielić nie według metryki, lecz według filiżanki. W tej kawowej typologii obok pokolenia kawy sypanej, rozpuszczalnej „neski” i espresso wyrosło pokolenie dripa, chemexu i aeropressu, dla którego kubki z sieciówki są równie obciachowe, jak dla starszych neska zalewana z plastikowego czajnika. Brzmi jak żart, ale w dużej mierze się sprawdza.
WIDEO…
Rytuał zamiast rozruchu
Najbardziej zmieniłą się funkcja. Dla generacji Z kawa to już nie tylko kofeina, ale drobny rytuał przyjemności, element stylu życia i sposób wyrażania siebie. Jest w tym i pewien paradoks. Z jednej strony młodzi chętnie sięgają po kolorowe, słodkie napoje. Z drugiej badania pokazują, że inwestują w rytuały self-care, a ręczne parzenie kawy wpisuje się w trend świadomego zwalniania tempa. Poranny przelew stał się dla wielu tym, czym dla millenialsów była joga: kwadransem, w którym telefon leży ekranem do blatu. Dla millenialsów kawa specialty była przede wszystkim świadomym wyborem ziaren od konkretnych producentów i doświadczeniem przeżywanym w skupieniu. Zetki traktują tę samą kulturę inaczej: całe „bycie w kawiarni” jest dla nich równie ważne jak zawartość filiżanki. Millenialsi odkryli specialty. Zetki uczyniły z niej styl życia.
Kuchnia jako laboratorium
Najciekawsze dzieje się jednak nie w kawiarniach, tylko w domach. Według sondaży Specialty Coffee Association na początku 2020 roku codziennie w domu kawę piło około 79 proc. kawoszy, a cztery lata po pandemii już 83 proc. Lockdown nauczył nas piec chleb na zakwasie. Kawowy odpowiednik tej lekcji okazał się trwalszy. Polskie mieszkania coraz częściej zamieniają się w małe kawowe laboratoria, w których każdy może zostać baristą. Na blacie stoi waga z dokładnością do 0,1 grama, czajnik z gęsim dzióbkiem, drip i on, bohater nowego pokolenia: młynek żarnowy. Dlaczego akurat on? Bo koneserka wie to, co każdy barista powtarza na pierwszym szkoleniu. Młynek nożowy nie mieli, tylko siecze: produkuje jednocześnie pył, który od razu się przeparza i daje gorycz, oraz duże kawałki, które zostają niedoparzone i wnoszą kwasowość. W efekcie kawa smakuje naraz gorzko i kwaśno. Żarnowy miażdży ziarno na powtarzalną grubość, a o drobności przemiału decyduje odległość między dwoma pierścieniami. Zetki kochają też profesjonlane ekspresy do kawy (ale dopasowane do ich budżetu of course) i piękne filiżanki na każdą okazję.
Jasne, średnie, ciemne - nowy dress code
Kolejny poziom wtajemniczenia to stopień palenia. Supermarketowa „mocna, aromatyczna” mieszanka dla młodej koneserki brzmi mniej więcej jak „wino czerwone, stołowe”. Rzemieślnicze palarnie przekonują, że ciemne palenie przemysłowe nie jest przypadkiem, lecz sposobem na ukrycie wad i wieku ziarna, bo kawa po wypaleniu traci aromaty niemal od razu. Stąd moda na paczki z datą palenia, subskrypcje i kawy palone na zamówienie.
Jasne palenie to z kolei terytorium metod alternatywnych: V60, chemexu, aeropressu. Twarde, jasno palone ziarna wymagają młynka z solidną przekładnią, a dobrze zaprojektowane żarna mają wydobyć z kaw specialty subtelne nuty, które umknęłyby przy gorszym sprzęcie. Średnie palenie wygrywa w mlecznych kawach, ciemniejsze zostaje dla klasycznego espresso. Każda paczka to trochę inna osobowość. A zetki uwielbiają testy osobowości. Według Wiadomości Handlowych w Polsce rosną segmenty specialty espresso i kawy bezkofeinowej, a konsumenci sięgają też po drip bagi i cold brew. Po latach dominacji słodkich kaw mlecznych coraz więcej osób wraca do klasycznego espresso specialty i chce poznać naturalny smak ziarna, bez syropów. Nawet decaf przeszedł rebranding: świat specialty szuka metod dekofeinizacji, które nie odbierają kawie smaku, a bezkofeinowa kawa ma być wreszcie naprawdę pyszna, a nie tylko „dobra jak na decaf”.
Zimna, ale z klasą
Żeby nie było zbyt purystycznie: wielu przedstawicieli pokolenia Z zaczęło swoją kawową przygodę od kubka z lodem. W Ameryce Północnej połowa Zetek wypiła swój pierwszy napój z kofeiną właśnie w wersji na zimno, a globalny rynek cold brew ma w 2026 roku osiągnąć niemal 4 mld dolarów i do 2031 roku się podwoić. Polska nie odstaje. Z danych IPSOS dla Nestlé Polska wynika, że ponad 40 proc. osób pijących kawę na zimno ma mniej niż 35 lat, a co piąta z nich pije wyłącznie taką. Koneserstwo nie wyklucza tu zabawy. Raczej ją podkręca. Według Innova Market Insights 64 proc. przedstawicieli pokoleń Z i Alfa preferuje intensywne profile smakowe, a 58 proc. szuka nowych, nieoczywistych połączeń. Ta sama osoba rano mierzy temperaturę wody pod przelew, a po południu zamawia espresso tonic z rozmarynem. Nie ma w tym sprzeczności, jest za to ciekawość.
Barista jako mentor
Najbardziej „zetkowe” w tym wszystkim jest chyba to, że młodzi nie udają, że wiedzą. Uczą się. Chodzą na cuppingi, warsztaty z metod alternatywnych i szkolenia z latte artu, a baristów pytają o parametry tak, jak ich rodzice pytali lekarza o wyniki. Badania Agaty Niemczyk i Magdaleny Wawoczny z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, opublikowane w „Coffee & Tea Marketing Journal”, pokazują, że to właśnie młodzi mają największy potencjał rozwoju turystyki kawowej: interesują ich wizyty na plantacjach, warsztaty z baristami i lokalne targi, na których kawa gra główną rolę. Pokolenie Z traktuje kawę jako część tożsamości i codziennego rytuału, także w podróży. Wiedza przestała być elitarna.
Przepis na idealny przelew leży dziś na TikToku obok tutorialu na makijaż „no makeup”.
I jedno, i drugie wymaga precyzji, cierpliwości i dobrego światła.
Na koniec: impreza, na której kac to tylko nadmiar kofeiny
Skoro kawa stała się językiem wspólnoty, było tylko kwestią czasu, zanim ktoś postawi obok ekspresu konsolę DJ-a. Coffee rave to wydarzenie, podczas którego kawiarnia na kilka godzin zamienia się w coś na kształt klubu: za konsoletą staje DJ, najczęściej grający house, deep house, organic house albo downtempo, a goście zamawiają kawę, matchę i napoje bezalkoholowe. Najczęściej odbywa się w weekendowe poranki, między 9:00 a 13:00. Choć brzmi jak wynalazek ostatniego sezonu, ma swoją historię. Już w maju 2013 roku w londyńskim Hackney ruszyły imprezy Morning Gloryville z DJ-ami, smoothie i kawą zamiast drinków, a w grudniu tego samego roku w Nowym Jorku wystartował Daybreaker: joga o szóstej rano, potem trzeźwy rave przy muzyce na żywo i mrożona kawa. Prawdziwy wysyp kawowych imprez przyniósł jednak przełom 2024 i 2025 roku. Do Polski trend dotarł szybko. TVN Warszawa relacjonował „śniadaniowe rave'y”, na których zamiast piwa większość uczestników wybiera kawę. W Krakowie formułę z imprezą startującą o 9 rano testował Body Espresso Bar, a w menu zamiast tequili pojawiały się szoty espresso i drip z lodem. Na kawowe imprezy można dziś trafić w każdym większym mieście w Polsce, a trend idzie w parze z ruchem NoLo, czyli świadomym ograniczaniem alkoholu lub rezygnacją z niego. Jedna z uczestniczek ujęła to krótko: „nie trzeba zarywać nocy, żeby potańczyć”. Za tym trendem stoi coś więcej niż moda. ZCoffee parties łączą dwie rzeczy, które zetki cenią najbardziej: świadome życie i ekspresję siebie, a przy okazji są odpowiedzią na realia ekonomiczne. Kawa specialty kosztuje, ale wciąż mniej niż runda drinków w klubie. A niedziela bez kaca to waluta, której wartość zna każdy, kto choć raz stracił cały weekend przez jedną sobotę.