Enlightenment to immersyjne widowisko kolektywu artystycznego PROJEKTIL, które na świecie obejrzało już ponad 1,8 miliona osób. Od października 2026 roku można je zobaczyć w Warszawie, w Kościele Ewangelicko-Reformowanym przy alei Solidarności. To 30 minut, w których nie trzeba nic robić. I właśnie dlatego tak trudno o nich zapomnieć.

WIDEO…

player placeholder

Neogotyk i nasza mikrorada 

Kościół Ewangelicko-Reformowany przy alei Solidarności mijałam setki razy, zwykle w tramwaju i zwykle spóźniona. Tym razem weszłam do środka. Świątynię zaprojektował Adolf Loewe, budowa trwała czternaście lat, od 1866 do 1880 roku, a wysoka wieża była wzorowana na katedrze we Fryburgu Bryzgowijskim. To jeden z najpiękniejszych neogotyckich kościołów w Warszawie i – jak się okazuje – idealny ekran. Organizatorzy proszą, żeby przyjść 10–15 minut przed seansem, i warto ich posłuchać, bo miejsca zajmuje się w kolejności przybycia. Standardowe bilety to miejsca w kościelnych ławach, ale w samym środku czeka też strefa premium z pufami. Czułąm się tak, jakby ktoś zaprosił mnie na seans do salonu, tyle że salon ma sklepienie żebrowe. I teraz mała rada;: na miejscu nie ma toalet (nic dziwnego, w końcu to kościuł). Zaplanuj to wcześniej. Trzydzieści minut kontemplacji Vivaldiego z myślą „a może jednak trzeba było” to zupełnie inny rodzaj doświadczenia mistycznego.

Cztery pory roku, sześć rozdziałów, zero powiadomień

Światło gaśnie i przez chwilę nie dzieje się nic – co w 2026 roku samo w sobie jest doświadczeniem immersyjnym. A potem kościół zaczyna się... ruszać! PROJEKTIL to kolektyw artystów z Zurychu, który od 2017 roku tworzy pokazy w kościołach i zabytkowych budynkach. Na jedną instalację przypada od 8 do 16 projektorów, więc obraz nie leży na ścianie jak na kinowym ekranie. Wchodzi w architekturę: oplata kolumny, spływa po żebrach sklepienia, wypełnia okna. Przez pierwsze dwie minuty szukałam wzrokiem miejsca, w którym kończy się kościół, a zaczyna animacja. Potem przestałam szukać. Muzyka to Vivaldi, ale nie ten z infolinii. Twórcy na nowo zaaranżowali i nagrali „Cztery pory roku”, dokładając do barokowych smyczków współczesne brzmienia. Widowisko ma sześć rozdziałów: po wiośnie, lecie, jesieni i zimie przychodzą jeszcze Samsara i Nirwana, czyli – w tradycji buddyjskiej i hinduskiej – niekończący się cykl odrodzin i wyzwolenie z niego. Ambitny plan jak na pół godziny, przyznaję. Ale działa. Najmocniej wzięła mnie jesień, może dlatego, że ta prawdziwa czekała za drzwiami. Przy Nirwanie na moment zapomniałam, że mam w torebce telefon. Ktoś obok nagrywał (wolno, byle bez flesza), ktoś inny dyskretnie ocierał oczy. Ja po prostu siedziałam z zadartą głową i otwartymi ustami, jak dziecko, które pierwszy raz widzi fajerwerki. Wiem, jak to brzmi. Ale tak było.

Zobacz także:

Zachwyt na receptę? Co mówi nauka

To, co działo się ze mną pod tym sklepieniem, psychologowie nazywają zachwytem (ang. awe). Czujemy go wobec czegoś ogromnego, pięknego albo trudnego do ogarnięcia: gwiaździstego nieba, gór, katedry, muzyki, która wbija w fotel. Od lat bada go zespół Dachera Keltnera z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley. W 2015 roku psycholożka Jennifer Stellar, Keltner i współpracownicy opublikowali w piśmie „Emotion” badanie na ponad 200 studentach. Osoby, które częściej doświadczały pozytywnych emocji, miały niższy poziom interleukiny 6, białka napędzającego stan zapalny w organizmie. Spośród wszystkich badanych emocji najsilniej z niższym IL-6 wiązał się właśnie zachwyt. Badacze uczciwie zastrzegają, że nie wiadomo, co jest przyczyną, a co skutkiem: może zachwyt wycisza stan zapalny, a może zdrowszy organizm łatwiej się zachwyca. Ja ostatnio zachwycam się rzadziej, niż chodzę do dentysty. Dlatego zaczynam traktować takie wyjścia jak higienę, a nie fanaberię. Enlightenment nie jest zabiegiem relaksacyjnym w klasycznym sensie, ale działa podobnie, tylko szybciej. Trzydzieści minut da się wcisnąć w najbardziej zapchany kalendarz: między pracą a kolacją, zamiast kolejnego odcinka serialu. To dobry pomysł na randkę, wyjście z mamą albo z dziećmi – dwa pierwsze seanse w ciągu dnia organizatorzy oznaczają jako szczególnie przyjazne rodzinom. Jedno zastrzeżenie: pokaz nie jest odpowiedni dla osób ze światłowstrętem. Wyszłam na aleję Solidarności prosto w wieczorny korek. Klaksony, tramwaje, ktoś krzyczał do telefonu. A ja myślałam o Vivaldim. POwinni zabronic go na infoliniach.