„Droga do łóżka wiedzie przez żołądek” – piszą w książce Sex & cook. Miłość od kuchni seksuolog kliniczny Robert Kowalczyk i kucharz Michał Toczyłowski. „Jest to zasada, którą jako ludzie odkryliśmy setki, jeśli nie tysiące lat temu”. Nie da się zaprzeczyć, że związek jedzenia z seksem odkryliśmy dawno, dawno temu. Co więcej, wiele osób spędzało życie na próbach stworzenia eliksiru miłosnego, który miał ożywiać serce i ciało, wywoływać miłość i pożądanie. Różnych mikstur próbowano z lepszym lub gorszym skutkiem.

Dziś w sukurs alchemikom przychodzi nauka i podpowiada, które substancje odżywcze mają pozytywny wpływ na ludzki organizm, a co za tym idzie, także na nasze libido czy seksualną sprawność. Autorzy wspomnianej publikacji podają, że słynny kochanek Casanova zajadał się na przykład ostrygami. Oczywiście nie miał pewnie pojęcia, że zawierają one cynk, który wspomaga produkcję testosteronu i progesteronu. Bez wątpienia jednak dziś ostrygi są jedną z pierwszych pozycji na liście afrodyzjaków. Już sam sposób ich jedzenia jest mocno erotyczny – zarówno dla jedzącej osoby, jak i tej, która się tej czynności przygląda. W słowiańskim repertuarze substancji miłosnych z kolei wymieniany często jest lubczyk ogrodowy, z którego wywar miał sprzyjać zakochiwaniu się. A bez wątpienia podkręca smak potraw.

Afrodyzjak – co to takiego?

Piękna bogini Afrodyta użyczyła swego imienia substancjom mającym wzbudzać miłość u wybranki czy wybranka serca i/lub potęgować seksualne doznania, wspomagać płodność. Dziś można spotkać się z poglądami, że afrodyzjaki nie działają, że to co najwyżej placebo. Zwykle uznaje się za nie produkty naturalnego pochodzenia. Jednak wydaje się, że z afrodyzjakami wszystko zależy od kontekstu i indywidualnych predyspozycji czy upodobań. Jak najbardziej można je wykorzystać w erotycznym wymiarze, ale oczywiście nie ma co po nich oczekiwać cudów, czyli właśnie tego, że po zażyciu odpowiedniej substancji ktoś się w nas zakocha lub poczuje niepohamowaną ochotę na seks z nami tak po prostu.

Niemniej jednak afrodyzjaki mogą urozmaicić nasze życie erotyczne i dostarczyć przyjemności, pobudzić nasze zmysły. A faktycznie niektóre substancje mniej lub bardziej bezpośrednio mogą sprzyjać odczuwaniu rozkoszy, bo na przykład rozszerzają naczynia krwionośne, a więc w naszym ciele jest lepszy przepływ krwi, czujemy się pobudzeni, nasza skóra jest bardziej reaktywna. Pobudza również sam widok potrawy, jej smak, faktura, zapach, sposób jej jedzenia. Coś pysznego w naszym odczuciu może wzbudzić w nas euforię, nastroić pozytywnie, obudzić podniecenie, które może, ale nie musi być ukierunkowane na seks.

Dieta dla kochanków

Nie można jednak pominąć tego, że nasz sposób odżywiania się ma istotny wpływ na nasze życie seksualne. Ochota na seks pojawia się u nas na bazie wielu różnych, mniej lub bardziej istotnych czynników, z których składa się nasze życie. Więc kiedy dobrze się odżywiamy, nasz organizm jest wypoczęty, zregenerowany, działa prawidłowo, nie cierpi na niedobory, mamy dobre samopoczucie, to też nasze libido będzie zapewne na odpowiednim poziomie. Dlatego zbilansowana dieta, jak i dobra kondycja fizyczna sprawiają, że mamy energię do uprawiania seksu. Warto zatem stawiać przede wszystkim na sezonowe warzywa i owoce, które bogate są w cenne mikro- i makroelementy. Poza tym ich kształt czy zapach może budzić pozytywne seksualne skojarzenia, które ożywią naszą seksualną wyobraźnię. Trzeba też pamiętać, że to, co jemy, ma w pewnym stopniu wpływ na smak i zapach naszych ciał, ich wydzielin, więc warto i pod tym kątem zwracać uwagę na jadłospis. I pamiętać, że zwłaszcza różne używki w dużych ilościach nie służą naszemu organizmowi! I mogą sprawiać, że sperma czy wydzieliny z cipki będą gorzkie, ostro pachnące.

Food porn

Nie można pominąć również zjawiska food porn, które najlepiej pokazuje, jak dużą moc ma jedzenie, zwłaszcza atrakcyjnie podane. Jak może budzić pozytywne emocje, skojarzenia, sprawiać przyjemność, nie tylko erotyczną. Nic dziwnego, że najlepsi szefowie kuchni nie tylko dwoją się i troją, by wyczarować oszałamiające smaki, lecz także dbają o każdy detal podania swoich dań. A my jemy również oczami i uwieczniamy potrawy na zdjęciach, które publikujemy w social mediach. Bo skoro erotyka jest tam zwykle banowana, to choć zdjęciami pięknych potraw możemy się podzielić ze światem. Bo chcemy się dzielić tym, co nas podnieca, co budzi dobre skojarzenia i jest pozytywnie odbierane. A przecież jeszcze jest youtubowy trend mukbang – ludzie nagrywają wideo lub streamują siebie podczas jedzenia – chrupią, ciamkają, siorbią. Podobno niektórych to podnieca, innych relaksuje.

W jedzeniu jest bardzo duży potencjał. Już gotowanie jest szalenie przyjemne, ożywcze dla wszystkich zmysłów. Wystarczy tu wspomnieć choćby kuchenną boginię Nigellę Lawson. Albo Sophię Loren – polecam wyszukanie jej zdjęć, kiedy przyrządza spaghetti albo je ze smakiem zjada. A pamiętacie film Czekolada i zmysłowe przygotowywanie pralinek? A w ogóle czekolada przecież uchodzi za afrodyzjak! Wystarczy mały kawałek, by poczuć się błogo, by po podniebieniu rozlał się słodki, aksamitny smak i po chwili poczuć przypływ energii. Tutaj znajdziecie 12 afrodyzjaków, dzięki którym podkręcicie temperaturę na maksa!

Jeszcze muszę wspomnieć o artystce Stephanie Sarley, która... palcuje owoce czy warzywa, wykorzystując ich podobieństwo do ludzkich genitaliów. Jej misją jest afirmacja seksualności, zwłaszcza kobiecej, oswajanie tematu i zachęcanie do czerpania frajdy z ciała. Trzeba przyznać, że Stephanie znalazła dobry sposób, by w przestrzeni publicznej mówić o seksie bez pokazywania ciała. Inna jeszcze sprawa, że coraz więcej tekstów o seksualności ilustrowanych jest zdjęciami fallicznych czy waginalnych produktów spożywczych, podobnie jak w reklamach erotycznych produktów bazuje się na owocow-warzywnych metaforach. To sposób na kreowanie przekazu o seksie we wciąż pruderyjnym społeczeństwie. Poza tym takie metafory często działają lepiej niż przekaz wprost i oswajają z tematem, który może być trudny, biorąc pod uwagę choćby braki w edukacji seksualnej.

Slow food, slow sex

Jak widać jedzenie może mieć pod wieloma względami erotyczny potencjał. Trzeba go tylko dostrzec. I jeść dobrze. Stawiać na jakość a nie na ilość. To dokładnie tak jak z seksem. Szybka akcja jest fajna od czasu do czasu. Jednak głęboka intymność potrzebuje czasu, uważności, skupienia na ciele, świadomości swoich potrzeb, jak i rytuałów – pięciu filarów, o których opowiada sex coach Marta Niedźwiecka w książce Slow sex – uwolnij miłość. Idea slow, za którą stoi jakość, jak widać może sprawdzić się i w kuchni, i w sypialni. Zakłada czerpanie przyjemności z życia, z jedzenia, z seksu. Opiera się na byciu tu i teraz. Na zatrzymaniu się w biegu. Na pewno pamiętacie też film 9 i pół tygodnia z lat 80. i scenę przy lodówce, w której dobre północy bohater (Mickey Rourke) karmił i poił swoją kochankę (Kim Basinger). Więc seks jak widać to wcale nie muszą być zawsze wymyślne pozycje. Nasze zmysły możemy nakarmić też w zupełnie inny sposób i to taki, który w zasadzie mamy na wyciągnięcie ręki. Wystarczy czasem przenieść się z sypialni do kuchni. I wcale nie trzeba mieć pod ręką typowych afrodyzjaków. I tu znów pozwolę sobie zacytować fragment książki Sex & cook: „Każda potrawa może mieć afrodyzujące działanie, ponieważ to nie samo danie, ale erotyczny kontekst wzmaga pożądanie. Udane jedzenie i udany seks opierają się na tych samych elementach: chęci sprawienia przyjemności drugiej osobie, wyrażaniu emocji, zaspokajaniu potrzeb, wspólnym zaangażowaniu, bliskości. Powodzenie w seksie w dużej mierze zależy od zdolności zaangażowania się, nieskrępowanej wyobraźni i wyczulenia na sensualność”.

Rozkoszna gra wstępna

Uczta dla zmysłów może z powodzeniem zastąpić więc klasyczny stosunek seksualny czy być świetnym wstępem do niego (a po co nam w ogóle gra wstępna piszemy tutaj). Wspólne gotowanie, karmienie się, pozwalanie, by sok ściekał nam po palcach, zlizywanie go, także samodzielnie – bo przyjemność zmysłowego jedzenia jak najbardziej można odkrywać również w pojedynkę – to wszystko może na nas niesamowicie podziałać. Tutaj przychodzi mi na myśl scena z serialu Wielka, kiedy kochanek uczy Katarzynę, jak jeść brzoskwinię z odchyloną do tyłu głową, aby jej sok spłynął powoli po gardle, przyjemnie łaskocząc i podbijając smak. Bo liczy się jakość potraw, lecz także właśnie technika jedzenia, skupienie na tym akcie, wyostrzenie zmysłów. Można zamknąć oczy i rozkoszować się smakiem, zapachem, usłyszeć, jakie jedzenie wydaje dźwięki w kontakcie z naszym językiem i naszymi zębami. I jak najbardziej można robić to wszystko z innymi osobami, lecz także solo – dotykać chropowatej czy zamszowej skórki owocu, wąchać go, wgryzać się z niego, wysysać sok i w ten sposób nastroić się po prostu pozytywnie czy poczuć ochotę na samomiłość.

Oczywiście to tylko przykład. Każda osoba ma swoje własne upodobania i warto się nimi kierować, choć też mieć w sobie otwartość na nowości, na eksperymenty. I na koniec cytat z książki Sex & cook: „Elementem gry miłosnej może być w zasadzie wszystko, o czym najłatwiej się przekonać podczas posiłku. Erotyczne napięcie rodzi się już na etapie przygotowywania potraw, rośnie przy stole, by wybuchnąć w końcu w pełni w łóżku. Odpowiednio przyrządzone i podane potrawy prowadzą do kulinarnej rozkoszy. Działają na wzrok, powonienie, słuch i oczywiście na kubki smakowe. Dokładnie tak samo przebiega akt seksualny. Kochając się, opieramy się na zmysłach, to one zapewniają nam tak ekscytujące doznania”.

PAULINA KLEPACZ: Po pierwsze feministka i wyznawczyni siostrzeństwa. Po drugie absolwentka filologii polskiej i dziennikarka, która uwielbia pisać o seksie – nie ma dla niej tematów tabu. Jest redaktorką naczelną feministyczno-erotycznego magazynu G'rls ROOM oraz współautorką książek: „#girlstalk. Dziewczyny, rozmowy, życie” oraz „CIPKOnotesu”.