Wygląda na to, że jesteśmy świadkami rewolucji. Do łask wraca garsonka (czy ktoś pamięta jeszcze to słowo?), a power dressing przestaje oznaczać obszerną marynarkę z poduszkami na ramionach. Kobiety nie muszą już ubierać się do pracy jak mężczyźni, by udowodnić, że są równie profesjonalne co oni. Nie trzeba przypominać, że głęboki dekolt i spódnica nie wykluczają kompetencji menedżerskich.

WIDEO

player placeholder

Corporate core as its finest

Wcześniej bywało różnie. Wystarczy wspomnieć Coco Chanel, której garsonka, czyli zestaw złożony z żakietu i spódnicy, uchodzi za jeden z pierwszych projektów wpisujący się w nurt power dressing (ubrań mających dodać kobietom siły). Projektantka, której zawdzięczamy uproszczenie damskiej garderoby i uwolnienie rąk dzięki torebce wyposażonej w łańcuszek, by uszyć dla kobiet strój elegancki, a jednocześnie wygodny, sięgnęła po tweed – tkaninę dotychczas zarezerwowaną dla męskiej odzieży sportowej. Na podobny krok 20 lat później zdecydował się Yves Saint Laurent. W 1966 roku zaprezentował Le Smoking – dostosowany do kobiecej sylwetki wieczorowy garnitur (jeden z legendarnych projektów domu mody), który ze względu na wykorzystanie spodni w damskiej garderobie potrzebował trochę czasu, by się przyjąć. Pomógł w tym Giorgio Armani i jego „power suit” z lat 80. To jemu zawdzięczamy marynarki z mocno zaznaczonymi ramionami, przeskalowane poły i fasony oversize, które zdeterminowały to, jak 40 lat temu (sic!) wyglądały pracujące dziewczyny, coraz śmielej wkraczające na rynek pracy i pragnące przebić szklany sufit. Garniturowe kamizelki, białe koszule, spodnie z kantem, pudełkowe marynarki i inne elementy garderoby rodem z męskiej szafy długo wyznaczały korporacyjny look.

Le Smoking
Le Smoking, 1967 rok / fot. Getty Images / Reg Lancaster
Zobacz także:

Zmysłowa karierowiczka z TikToka

Coś drgnęło w 2024 roku, kiedy wiralem stał się tiktokowy trend office siren, który sprawił, że stylizacje do pracy zyskały uwodzicielski vibe. Synonim? „Business casual dla gorących dziewczyn”. Inspiracja? Grana przez Gisele Bündchen Serena z „Diabeł ubiera się u Prady”, a także – skoro mowa o Pradzie – kolekcja jej „młodszej siostry” Miu Miu na jesień i zimę 2023/2024. Właśnie wtedy przekonałyśmy się, by do biura zakładać ołówkowe spódnice, dopasowane kardigany i inne bliższe ciału fasony, prześwitujące rajstopy oraz okulary w zmysłowych kocich oprawkach. Wbrew pozorom wcale nie chodziło o spełnienie męskich fantazji o ponętnej sekretarce. Raczej o możliwość wyboru.

Ladylike, czyli office siren 2.0

Teraz mamy jeszcze więcej możliwości. Podziękowania należą się takim domom mody jak Gucci, Alexander McQueen, Chanel i Tod’s. Nie tylko postawiły one na kobiece fasony: taliowane żakiety i opływające biodra spódnice (do kolan lub mini), ale też ozdobiły białe bluzki wielkimi kokardami, kryzami oraz kwiatowymi aplikacjami, co sprawiło, że biurowy dress code nabrał romantyzmu. Le Smoking Saint Laurenta również stał się bardziej kobiecy.

Saint Laurent, jesień-zima 2026/27
fot. Spotlight / Launchmetrics

W interpretacji Anthony’ego Vaccarello na swoje 60. urodziny dostał satynowe poły i głęboki dekolt, a także przyzwolenie, by nosić go bez koszuli, na gołe ciało, z biżuterią XXL i mrocznym smokey eye. Swoje pięć minut ponownie ma też legendarny „bar jacket” Diora, przywrócony do łask przez Jonathana Andersona i wyposażony w jeszcze bardziej spektakularną baskinkę. Do tego powraca rozkloszowana spódnica midi. Każdy znajdzie coś dla siebie. Tym bardziej że na wybiegach nie zabrakło klasycznych garniturów i prostych zestawów w stylu lat 90. Co wybierasz?

Gucci, jesień-zima 2026/27
Gucci, jesień-zima 2026/27 / fot. Spotlight / Launchmetrics


Artykuł pochodzi z październikowego numeru GLAMOUR z Lilą Janowską na okładce: