Nowe „Na wschód od Edenu” to siedmioodcinkowa adaptacja powieści Johna Steinbecka, za którą odpowiada Zoe Kazan. Tym razem znana historia została opowiedziana ze szczególnym naciskiem na Cathy Ames, jedną z najbardziej niejednoznacznych postaci tej opowieści. I chyba właśnie ta perspektywa spodobała mi się najbardziej. Nie dostajemy prostej historii z bohaterami, których łatwo podzielić na dobrych i złych. Wszystko rozwija się powoli, emocje często kryją się pod powierzchnią, a napięcie nie wynika z wielkich scen, tylko z relacji, spojrzeń, przemilczeń i decyzji, których konsekwencje zaczynają być widoczne dopiero później.
WIDEO…
Początek jest trudny, ale warto dać mu szansę
Pierwszy odcinek był dla mnie zdecydowanie najtrudniejszy. „Na wschód od Edenu” ma bardzo spokojne tempo i początkowo można odnieść wrażenie, że właściwie niewiele się dzieje. Serial wprowadza bohaterów, buduje świat i nie spieszy się z wyjaśnianiem, dlaczego powinniśmy się nimi przejmować. Jeśli ktoś oczekuje historii, która natychmiast złapie go za gardło, może szybko się zniechęcić. Ja też potrzebowałam chwili, żeby wejść w ten rytm. Później jednak właśnie ta powolność zaczęła działać na korzyść całej historii. Im więcej dowiadywałam się o bohaterach, tym bardziej interesowało mnie to, co wydarzy się dalej. To serial, który nie tyle gwałtownie przyspiesza, ile stopniowo zaciska wokół widza pętlę. W pewnym momencie orientujesz się, że jesteś już całkowicie zanurzona w tym świecie.
Florence Pugh jest absolutnie hipnotyzująca
Największe wrażenie zrobiła na mnie Florence Pugh. Cathy Ames w jej wykonaniu jest postacią, od której naprawdę trudno oderwać wzrok. Potrafi być chłodna, niepokojąca, wyrachowana, a chwilę później sprawić, że zaczynamy zastanawiać się, co właściwie dzieje się pod tą powierzchnią. Pugh nie próbuje za wszelką cenę sprawić, żebyśmy polubili Cathy. I bardzo dobrze. Zamiast tego buduje bohaterkę pełną sprzeczności, której nie trzeba rozumieć ani usprawiedliwiać, żeby z fascynacją obserwować każdy jej kolejny ruch. Najmocniejsze sceny serialu to dla mnie właśnie te z jej udziałem. Czasami wystarcza jej spojrzenie albo drobna zmiana tonu głosu, żeby całkowicie zmienić atmosferę sceny. Aktorsko to zdecydowanie jeden z największych atutów całej produkcji.
To nie tylko Florence Pugh. Aktorsko ten serial naprawdę się broni
Pugh przyciąga najwięcej uwagi, ale nie miałam poczucia, że wokół niej znajduje się przypadkowa obsada. Christopher Abbott jako Adam Trask bardzo dobrze równoważy jej ekranową energię, a pozostali bohaterowie sprawiają, że rodzinny wymiar tej historii stopniowo nabiera znaczenia. „Na wschód od Edenu” jest przecież przede wszystkim opowieścią o ludziach, którzy kochają, krzywdzą się, próbują uwolnić od przeszłości, a czasami nieświadomie powtarzają dokładnie te same błędy, przed którymi chcieli uciec. Dlatego tak wiele zależało tutaj od aktorów. Nie wszystko zostaje wypowiedziane wprost i często trzeba obserwować to, co dzieje się pomiędzy dialogami. Właśnie wtedy obsada wypada najlepiej.
Krajobrazy są przepiękne, ale nie chodzi wyłącznie o ładne obrazki
Trudno też nie zwrócić uwagi na stronę wizualną. „Na wschód od Edenu” momentami wygląda przepięknie. Rozległe krajobrazy, światło, wnętrza, kostiumy i zdjęcia tworzą świat, w którym łatwo się zanurzyć. Nie miałam jednak wrażenia, że oglądam jedynie efektowną pocztówkę z epoki. Ta przestrzeń bardzo dobrze współgra z bohaterami. Z jednej strony wszystko wydaje się ogromne, otwarte i niemal idylliczne, z drugiej pod tą piękną powierzchnią cały czas czai się coś niepokojącego. To ciekawy kontrast, bo dokładnie tak odbierałam cały serial. Na zewnątrz jest spokojnie, elegancko i pięknie, a pod spodem buzują emocje, zazdrość, poczucie winy, pragnienia i rodzinne konflikty.
Najbardziej podobało mi się to, co dzieje się pod powierzchnią
„Na wschód od Edenu” jest dla mnie bardzo „podskórnym” serialem. Nie próbuje co kilka minut wywoływać szoku. Nie prowadzi też widza za rękę i nie podkreśla każdej emocji grubą kreską. Dużo ciekawsze jest to, co bohaterowie przemilczają, niż to, co mówią wprost. Relacje zmieniają się stopniowo, napięcie narasta powoli, a pozornie niewielkie decyzje z czasem zaczynają mieć ogromne znaczenie. Dzięki temu po skończeniu odcinka łapałam się na tym, że nadal myślę o konkretnych scenach i próbuję inaczej spojrzeć na zachowanie bohaterów. I właśnie tego najbardziej szukam w takich produkcjach. Nie potrzebuję wielkiego zwrotu akcji na zakończenie każdego odcinka, jeśli zamiast niego dostaję historię, która zostaje ze mną jeszcze długo po wyłączeniu telewizora.
Czy warto obejrzeć „Na wschód od Edenu”?
Moim zdaniem zdecydowanie tak, ale warto wiedzieć, na jaki serial się decydujemy. Jeśli po pierwszym odcinku pomyślicie, że wszystko rozwija się za wolno, dałabym mu jeszcze trochę czasu. Sama miałam podobne odczucia, a później przepadłam. Nie uważam, że jest to produkcja bez wad i nie każdy wątek zainteresował mnie równie mocno, ale jako całość zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Świetne aktorstwo, piękne zdjęcia, niespieszne tempo i emocje, które zamiast eksplodować co kilka minut, długo buzują pod powierzchnią, tworzą bardzo charakterystyczny klimat. A Florence Pugh? Dla mnie jest tutaj absolutnie hipnotyzująca. Skończyłam „Na wschód od Edenu”, a mimo to nadal wracam myślami do Cathy i kilku scen z jej udziałem. Chyba właśnie to najlepiej pokazuje, jak mocno ten serial ostatecznie na mnie zadziałał.