„Primetime” Lance’a Oppenheima, nagrodzone w Wenecji kilkuminutową owacją na stojąco, opowiada prawdziwą historię programu telewizyjnego, w którym "łapano" przestępców na wizji. Najmocniej uderza jednak w kogoś innego: w nas, widzów. Film wchodzi do kin 9 października. Jeśli wychowałyście się na memach, znacie Chrisa Hansena, nawet jeśli nigdy nie widziałyście jego programu.

WIDEO…

player placeholder

Wystarczy jedno zdanie, wypowiedziane spokojnie, niemal uprzejmie: „Why don’t you have a seat?”. W połowie lat dwutysięcznych padało ono w amerykańskich telewizorach regularnie. Słyszeli je mężczyźni, którzy przyjeżdżali do domu na przedmieściach przekonani, że czeka tam na nich nastolatek poznany w sieci. Tymczasem zamiast dziecka czekała kamera NBC i Hansen w nienagannym garniturze. Program nazywał się „To Catch a Predator” i był telewizyjnym hitem.

Historia, której zakończenie zna cała Ameryka

„Primetime” to fabularny debiut Lance’a Oppenheima, dokumentalisty, który w „Coś na kształt raju” zaglądał za fasadę florydzkiego osiedla dla seniorów. Scenariusz Ajona Singha opiera się na reportażu Luke’a Dittricha z magazynu „Esquire”. Jest rok 2006. Program Hansena, dotąd segment magazynu „Dateline”, dostaje wymarzony prime time: środowy wieczór. O uwagę widzów rywalizuje z kultowym serialem “Lost”. Stacja chce więcej, mocniej, głośniej. Drobni przestępcy przestają wystarczać do tego by utzrymać uwagę publiczności, potrzebny jest „wieloryb”, ktoś, o kim będą mówić wszyscy. Tym kimś okazuje się zastępca prokuratora z Teksasu. Kto zna tę historię, wie, jak skończyła się obława: mężczyzna odebrał sobie życie, zanim ktokolwiek zdążył zadać mu pytanie. Jego siostra pozwała NBC, sprawa skończyła się ugodą, a program wkrótce zniknął z anteny. Oppenheim zgrabnie nie robi z tej tragedii zwrotu akcji. Robi z niej końcową scenę i wyrok na głównym bohaterze, który choć ma się za strażnika moralności sam na co nieco za uszami.

Zobacz także:

Maska pod maską

Rola Pattinsona jest naprawdę wspaniała. Cóż rzecz - wręcz demoniczna. Aktor od lat konsekwentnie ucieka od chłopca ze „Zmierzchu” ( co też udaje mu się w genialnym "Zgiń kochanie". Tu robi prawdziwy przewrót. Jego Hansen ma twarz, która prawie się nie porusza, zaciśnięte usta i głos ciepły jak studyjne światło. Film otwiera ekstremalne zbliżenie: prezenter recytuje wiadomości wysłane przez przestępcę do nastolatki, z namaszczeniem aktora przed premierą. Za chwilę ten człowiek zapuka do drzwi. Ta rola nie prosi o sympatię .Zresztą i tak by jej nie dostał - bo szczerze, nie znoszę tej postaci od pierwszego kadru. Tej sztuczności, pompatyczności. Pattinson gra genialnie i składa bohatera z drobnych rzeczy: próżności, zazdrości o słupki, przekonania o własnej misji. Nie ma tu demona, jest facet, który bardzo lubi, kiedy kamera na niego patrzy. A kiedy tabloid przyłapuje go w dwuznacznej sytuacji z kobietą, która nie jest jego żoną, łowca sam staje się zwierzyną. Krytycy po weneckiej premierze porównują tę kreację do Jake’a Gyllenhaala w „Wolnym strzelcu”, a dystrybutor otwarcie mówi o pierwszej w karierze aktora nominacji do Oscara. Prawdziwy Hansen filmu nie widział, ale po zwiastunie uznał grę Pattinsona za przesadnie dramatyczną. Sam aktor odpowiedział, że w Hansenie jest coś magnetycznego. Obaj mają trochę racji.

Chłopak, który chciał śpiewać w „Rent”

Sercem „Primetime” nie jest jednak Hansen, tylko Dan Plumb. Ta postać ma 23 lata, chłopięcą twarz i jedno marzenie: grać w musicalach. Zamiast tego dostaje rolę, której nie wpisze sobie do aktorskiego  CV. Ma udawać nastolatka o dekadę młodszego i otwierać drzwi mężczyznom, którzy przyjechali po coś, czego nigdy nie powinni dostać. Pierwszego dnia spóźnia się na plan, wpada do kuchni w kąpielówkach i dopiero tam rozumie, na co się (o zgrozo) zgodził. Skyler Gisondo, którego możecie pamiętać z „Licorice Pizza”, gra to z bezbronnością, która jest naprawdę ujmujaca. Sam był dziecięcym aktorem, a Oppenheim nie udaje, że to przypadek. W filmie o wykorzystywaniu dzieci obsadził kilku dawnych dziecięcych gwiazdorów, w tym Jonathana Lipnickiego ze „Stuarta Malutkiego” (jego tym razem po drugiej stronie zasadzki). Dan słyszy od Hansena, że jest w tym dobry. Dla kogoś, kto znał dotąd tylko przesłuchania i odmowy, pochwała i czek działają jak narkotyk.

Kobiety po drugiej stronie kamery

Wokół Hansena krążą kobiety, które widzą więcej, niż on chciałby pokazać. Merritt Wever jako producentka Andie Bender dostaje własny, mocny wątek: to ona trzyma harmonogram, budżet i pytanie, ile jeszcze da się wycisnąć z cudzego wstydu. Phoebe Bridgers debiutuje aktorsko jako Del, doświadczona „przynęta”, która potrafi zagrać zarówno chłopca, jak i dziewczynę. Napisała też do filmu piosenkę „On Video”. Anna Faris jako żona Hansena, Mary Joan, zostaje na marginesie kariery, która pochłania jej męża. Ten margines mówi bardzo dużo o cenie takiego medialnego sukcesu.

Telewizor, który jest jak stara gra komputerowa. Albo labirynt bez wyjścia

Oppenheim i operator David Bolen zamykają nas w kadrze 4:3, formacie starych telewizorów kineskopowych. Obraz jest duszny i zielonkawy, jakby oświetlała go jarzeniówka motelu, w którym ktoś czeka już zdecydowanie za długo. Raz przypomina nagranie z domowej kamery, raz kronikę reality show z czasów, gdy telewizja dopiero uczyła się karmić cudzymi emocjami. Krytycy po weneckiej premierze pisali, że to portret prezentera nakręcony jak artystyczny horror. I coś w tym jest. Najstraszniejsze w „Primetime” nie są potwory za drzwiami, tylko czerwona lampka kamery, która zapala się, kiedy ktoś traci grunt pod nogami. Dla nas - pracowników branży informacyjnej wręcz trzeźwiące.

Pręgierz w każdym salonie

W jednej ze scen Hansen tłumaczy, że dawniej w każdym porządnym miasteczku stał pręgierz, a dziś jego rolę przejął telewizor w salonie. Z nim samym na ekranie. Brzmi to jak przechwałka, ale w finale zamienia się w akt oskarżenia. Czy to wciąż dziennikarstwo, czy już rozrywka? Czy publiczne upokorzenie kogokolwiek chroni? I kto odpowiada za śmierć, która wydarzyła się, zanim padło pierwsze pytanie? Łatwo wyjść z kina z poczuciem wyższości: to oni, Amerykanie, telewizja sprzed dwudziestu lat. Tylko że nasze pręgierze mieszczą się dziś w kieszeni. Zasypiamy przy true crime, słuchamy podcastów o zbrodniach w drodze do pracy, przewijamy kciukiem nagrania cudzych upadków. Oppenheim nie odwraca kamery w stronę widowni. Nie musi, po seansie robimy to same. Nie zdradzę, jak kończy się droga Dana. Powiem tylko, że jego marzenie się spełnia. I że to najsmutniejsza scena tego filmu.

Dla mnie „Primetime” to film, po którym długo nie chce się włączać telewizora ani otwierać apki, w której ktoś właśnie zostaje publicznie rozliczony. Pattinson gra tu rolę życia, Gisondo łamie serce, a Oppenheim, dokumentalista z instynktem reportera, udowadnia, że najbardziej przerażające historie to te, w których potwór ma idealnie wyprasowaną koszulę i uśmiech do kamery. To nie jest seans łatwy ani przyjemny. Ale cholernie potrzebny.