Balea z Niemiec, Apivita z Grecji, Bee Beauty z Turcji czy EVA Cosmetics z Egiptu – wakacyjna kosmetyczka może wyglądać znacznie ciekawiej niż półka z pamiątkami. Nie wszystkie zagraniczne kosmetyki są tańsze niż w Polsce, ale lokalne marki potrafią kosztować na miejscu równowartość kilku czy kilkunastu złotych, a część produktów jest u nas trudno dostępna. Sprawdzamy, czego szukać podczas urlopu w siedmiu popularnych kierunkach i co rzeczywiście warto kupić dopiero na miejscu.

WIDEO

player placeholder

Kosmetyki z wakacji zamiast kolejnego magnesu

Oliwa z Włoch, ceramika z Grecji i magnes z Egiptu? Beauty girl może mieć trochę inną listę pamiątek. Podczas wakacji warto zajrzeć do lokalnego supermarketu, apteki albo drogerii, bo kosmetyczna mapa popularnych urlopowych kierunków jest znacznie ciekawsza, niż sugerują identyczne perfumerie przy głównych ulicach kurortów. Najważniejsza zasada jest jedna: nie zakładamy, że produkt będzie tańszy tylko dlatego, że kupujemy go w kraju pochodzenia. Przy międzynarodowych markach różnice bywają niewielkie, promocje zmieniają się z tygodnia na tydzień, a kurs waluty potrafi zjeść część oszczędności. Najciekawsze są lokalne marki, własne linie drogeryjne i produkty, których w Polsce albo nie ma, albo nie spotykamy ich na każdym kroku. To właśnie na nich zbudowałyśmy naszą wakacyjną beauty shopping listę.

Niemcy. Balea i ISANA to dopiero początek

Zaczynamy najbliżej, bo do Niemiec nie trzeba nawet czekać na dwutygodniowy urlop. Berlin, Drezno czy Lipsk wystarczą na weekend połączony z beauty shoppingiem. Pierwszy przystanek to dm i jego Balea, czyli marka własna z ogromną ofertą pielęgnacji twarzy, ciała i włosów. Szczególnie interesująca jest linia Balea MED oraz produkty Ultra Sensitive, ale warto też spojrzeć na sera, pielęgnację włosów i sezonowe edycje, które często zmieniają się szybciej niż zdążą trafić na zagraniczne marketplace’y. Druga półka to alverde, czyli marka własna dm skoncentrowana na kosmetykach naturalnych. Jeśli lubimy makijaż, warto zatrzymać się również przy trend !t up – w sierpniu 2026 roku część produktów do ust kosztuje na niemieckiej stronie dm około 2–3 euro, np. Blurring Matte Lipstick 2,25 euro czy Pretty in Tint Peel Off Lip Tint 2,75 euro. W Rossmannie odpowiedzią na Balea jest ISANA, która ma rozbudowane linie serum, pielęgnacji twarzy, ciała i włosów. To właśnie niemieckie marki własne, a nie kosmetyki dostępnych wszędzie globalnych koncernów, wrzucałabym do koszyka jako pierwsze.

Zobacz także:

Grecja. Apivita i Korres prosto z greckiej apteki

Jeżeli jedziecie do Aten, na Kretę, Rodos, Korfu czy którąś z greckich wysp, zapiszcie jedno słowo: apteka. Grecja ma własną, bardzo ciekawą kulturę kosmetyczną, a jej dwie najbardziej rozpoznawalne lokalne marki to Apivita i Korres. Apivita została założona w Atenach przez farmaceutów i zbudowała swoją tożsamość wokół składników takich jak miód, propolis i śródziemnomorskie rośliny. Jednym z najłatwiejszych beauty souvenirs są jej małe maseczki do twarzy – nie zajmują miejsca w walizce, można dobrać kilka wariantów i nie wymagają inwestowania w całą nową rutynę pielęgnacyjną. Korres również wyrósł z greckiego świata aptecznego, a na miejscu spojrzałabym przede wszystkim na pielęgnację ciała, żele pod prysznic, zapachy oraz serie inspirowane greckimi składnikami. Obie marki można znaleźć poza Grecją, więc przy droższych produktach nie zakładałabym automatycznie, że trafiliśmy na okazję życia. Cała przyjemność polega raczej na wejściu do lokalnej apteki po drodze z plaży i sprawdzeniu produktów, zestawów oraz promocji dostępnych właśnie na miejscu.

Turcja. Zamiast Golden Rose sprawdzamy Bee Beauty

Golden Rose tym razem zostawiłabym na boku. Marka rzeczywiście pochodzi z Turcji, ale w Polsce znamy ją doskonale, więc trudno uznać błyszczyk czy lakier dostępny w polskich drogeriach za szczególnie ekscytującą pamiątkę z wakacji. Znacznie ciekawsze jest wejście do Gratis, jednej z największych tureckich sieci beauty, i odnalezienie półki Bee Beauty, czyli jej marki własnej. Tutaj ceny potrafią być naprawdę niskie: w aktualnej ofercie Gratis pięć peelingujących płatków Bee Beauty kosztuje 55 TL z kartą, hydrożelowa maska pod oczy 45 TL, a 400 ml płynu micelarnego 115 TL. Ciekawą pamiątką jest również kolonya – tradycyjny turecki produkt zapachowy na bazie alkoholu, używany w tym kraju od pokoleń. Bee Beauty sprzedaje małe wersje o zapachach od klasycznej cytryny po mandarynkę z Bodrum, wanilię czy jaśmin, a 50-ml opakowania kosztują obecnie od 32 TL z kartą. I właśnie takich rzeczy szukałabym w Turcji: tanich, lokalnych i mocno związanych z miejscem, zamiast produktu międzynarodowej marki, który po powrocie zamówimy w pięć minut. Gratis

Hiszpania. Tutaj beauty shopping zaczynamy od SPF-u

W Hiszpanii beauty shopping zaczęłabym od lokalnej apteki, a pierwszym nazwiskiem na liście byłby ISDIN. Hiszpańska marka jest szczególnie mocno kojarzona z ochroną przeciwsłoneczną i ma szeroką gamę produktów do twarzy i ciała, dlatego podczas wakacji warto sprawdzić lokalny asortyment SPF-ów, zwłaszcza formuły i pojemności, których nie widujemy regularnie na polskich półkach. Drugim adresem na beauty wishliście jest Sesderma, marka założona przez hiszpańskiego dermatologa Gabriela Serrano, a jeśli zależy nam na bardziej budżetowej pielęgnacji, warto rozejrzeć się również za Babarią. Nie obiecywałabym jednak, że ISDIN czy Sesderma będą w Hiszpanii zawsze o połowę tańsze niż w Polsce – obie marki są sprzedawane międzynarodowo, a internet bardzo szybko wyrównuje część cen. Hiszpania wygrywa przede wszystkim dostępnością, wyborem lokalnych produktów i możliwością trafienia na apteczne promocje. Jeśli więc przed wakacjami kończy wam się SPF, zamiast robić duży zapas w Polsce można zostawić miejsce na jeden zakup już na miejscu.

Francja. Francuska pharmacie wciąż jest obowiązkowym adresem

Beauty girl we francuskiej aptece to żadna nowość, ale ten rytuał nadal ma sens – pod warunkiem że nie wrzucamy do koszyka wszystkiego, co ma francusko brzmiącą nazwę. Nuxe, Avène, Bioderma, SVR, Embryolisse, Klorane czy La Roche-Posay to marki, które regularnie pojawiają się na listach produktów przywożonych z Francji. W świeżych rekomendacjach z 2026 roku przewijają się m.in. Cicaplast, Bioderma Atoderm, produkty Caudalie, Nuxe i francuskie SPF-y. Największą pułapką jest jednak przekonanie, że każda butelka będzie tańsza niż w Polsce. La Roche-Posay, Biodermę czy Avène możemy kupić u nas bez większego problemu, często również w promocji, dlatego przed zrobieniem półrocznego zapasu warto porównać ceny w telefonie. Ja polowałabym przede wszystkim na produkty, warianty i zestawy dostępne lokalnie oraz marki trudniejsze do znalezienia w Polsce. A jeśli chcemy jednej klasycznej beauty pamiątki, mała butelka Nuxe Huile Prodigieuse albo francuski krem kupiony w pharmacie nadal wygrywa z kolejnym breloczkiem z wieżą Eiffla.

Włochy. W farmacia szukamy marek, których nie widzimy na każdym kroku w Polsce

We Włoszech zrobiłabym odwrotnie niż podczas typowych zakupów przy Via del Corso czy Corso Buenos Aires i zamiast do dużej perfumerii weszła do lokalnej farmacia albo parafarmacia. Na liście marek do sprawdzenia znalazłyby się przede wszystkim BioNike i Rilastil – włoskie firmy dermokosmetyczne mocno obecne na lokalnym rynku. Jeśli wolimy bardziej lifestyle’ową pielęgnację i makijaż, można również sprawdzić Collistar, choć w tym przypadku przed większym zakupem porównałabym ceny z polską sprzedażą, bo marka jest u nas dostępna. Najciekawszy sposób na włoski beauty shopping jest zresztą mniej instagramowy: zamiast wchodzić do apteki z listą viralowych produktów z TikToka, powiedzieć farmaceucie, czego potrzebuje nasza skóra i poprosić o włoską markę w określonym budżecie. Właśnie wtedy mamy największą szansę wrócić z czymś, czego wcześniej nawet nie znałyśmy, zamiast z kolejnym produktem, który można zamówić z Polski.

Egipt. EVA Cosmetics zamiast anonimowego olejku z bazaru

Egipt potraktowałabym inaczej niż europejskie kierunki. Przy kosmetykach nakładanych na skórę nie kupowałabym anonimowych olejków, perfum czy kremów bez pełnej etykiety tylko dlatego, że sprzedawca przedstawia je jako „naturalne”, „tradycyjne” albo wytwarzane według starożytnej receptury. Znacznie bezpieczniej i ciekawiej jest sprawdzić normalnie oznakowane produkty lokalnych producentów, a jednym z najbardziej rozpoznawalnych jest EVA Cosmetics, egipska firma kosmetyczna wywodząca się z przedsiębiorstwa założonego przez dr. Mounira Armaniousa. Lokalny sklep marki pokazuje, jak niskie mogą być ceny podstawowej pielęgnacji: krem nawilżający z aloesem, pantenolem i witaminą E kosztuje obecnie 30 EGP, tonik z wodą różaną 36 EGP, a zestaw trzech masek w płachcie 90 EGP. To dokładnie ten rodzaj wakacyjnego beauty souvenir, którego szukamy: lokalna marka, niewielki wydatek i produkt, którego nie widzimy przy każdej wizycie w polskiej drogerii. EVA Cosmetics

Czy kosmetyki za granicą naprawdę są tańsze?

Czasami spektakularnie, czasami wcale – dlatego zrezygnowałabym z zasady „za granicą wszystko kosztuje połowę mniej”. Największych okazji szukałabym w lokalnych markach własnych i produktach przeznaczonych przede wszystkim na rodzimy rynek: Bee Beauty w Turcji, Balea w Niemczech czy EVA Cosmetics w Egipcie. Przy markach sprzedawanych globalnie, takich jak ISDIN, Korres, Nuxe, Bioderma czy Collistar, przed zakupem wystarczy wyjąć telefon i sprawdzić aktualną cenę w Polsce. Jest jednak jeszcze jeden argument, którego nie da się wpisać do kalkulatora. Czasem kupujemy kosmetyk na miejscu właśnie dlatego, że staje się częścią podróży: grecka maseczka znaleziona w aptece po drodze z plaży, turecka kolonya, włoski krem polecony przez farmaceutkę czy produkt z niemieckiego dm wrzucony do koszyka podczas weekendu w Berlinie mają zupełnie inny urok niż paczka odebrana kilka dni później z paczkomatu.

Co naprawdę warto przywieźć z wakacji?

Nie próbowałabym wracać z połową lokalnej drogerii. Najlepsza strategia to jeden lub dwa produkty charakterystyczne dla każdego kierunku: Balea albo ISANA z Niemiec, maseczki Apivita z Grecji, Bee Beauty lub kolonya z Turcji, lokalny SPF z Hiszpanii, coś znalezionego we francuskiej pharmacie, włoski dermokosmetyk i EVA Cosmetics z Egiptu. Warto też zostawić w walizce trochę miejsca jeszcze przed wyjazdem i – jeśli lecimy samolotem – sprawdzić aktualne zasady przewozu płynów na konkretnym lotnisku, zamiast zakładać, że nowe skanery zniosły ograniczenia wszędzie. Po kilku takich wyjazdach półka w łazience zaczyna wyglądać trochę jak beauty passport. I chyba właśnie dlatego kosmetyki są jedną z najlepszych pamiątek: zużyjemy je, nie będą zbierały kurzu, a zapach żelu z Grecji albo krem kupiony we Włoszech może przypomnieć wakacje szybciej niż magnes na lodówce.

Berlin