Kamp. Tak należy to dziś traktować. Racjonalnego wyjaśnienia powrotu estetyki (ekhm…) z lat 2000. nie ma. Przynajmniej z perspektywy milenialsów, którzy użyli wszelkich mechanizmów obronnych, by wymazać ten okres z pamięci. Nic dziwnego. Ćwierć wieku temu (sic!) to pokolenie dopiero dorastało, a jak wiadomo, wczesna młodość to najbardziej burzliwy okres w życiu. I najbardziej formujący. Dlatego jeśli macie coś do milenialsów, wińcie nastroje społeczne z początku tysiąclecia.

WIDEO…

player placeholder

Estetyka z lat 2000. powraca (czy nam się to podoba czy nie)

Doskonale pamiętam ten czas. Chodziłam do liceum, byłam po uszy zakochana, a obiekt moich westchnień nie wykazywał za bardzo zainteresowania. Zgodnie z logiką nastolatki starałam się sprostać standardom piękna. Z dzisiejszej perspektywy te wówczas obowiązujące można by określić raczej jako pochwałę brzydoty. Należały do dość wyśrubowanych. Wszystko było nienaturalne: mocna opalenizna w środku zimy, idealnie wyprostowane włosy (nawet gdy padał deszcz) i sylwetka bez grama tłuszczu. W tej kwestii, przyznaję, miałam fory. Jestem wysoka (174 centymetry wzrostu) i wtedy jeszcze nie zdążyłam nabrać kobiecych kształtów, ale pamiętam, jak się głodziłam, by mieć doskonale płaski brzuch i wystające kości biodrowe, na których – zgodnie z ówczesnymi trendami – miały trzymać się dżinsy z ekstremalnie niskim stanem albo wojskowe biodrówki z niezliczoną ilością kieszeni. Nic się nie ukryło. Kobiety miały eksponować ciało, stąd popularność przykrótkich baby tees – nawet jeśli już dawno miało się skończone 18 lat – stringów i dopasowanych minisukienek, łudząco podobnych do tej, jaką na pokazie Gucci na tegoroczną jesień i zimę zaprezentowała sama Emily Ratajkowski.

Emily Ratajkowski jako modelka
Gucci, jesień-zima 2026/27 / fot. Spotlight / Launchmetrics
Zobacz także:

Tego oczekiwano od kobiet. Miały być młode, roznegliżowane i niezbyt mądre. Jak ówczesna ikona stylu Paris Hilton, wystarczająco otrzaskana PR-owo, by wiedzieć, że chcąc robić karierę, zamiast wychylać się z IQ, lepiej włożyć na siebie różową kieckę, a do torebki – uroczą chihuahuę. Nawet Sarah Jessica Parker, czy raczej grana przez nią w „Seksie w wielkim mieście” Carrie Bradshaw, będąca przykładem kobiety wyzwolonej, zajmowała się głównie randkami i zakupami. Swoją drogą to właśnie ona wylansowała torebkę („To nie jest zwykła torebka!”) Baguette od Fendi, która teraz – za sprawą Marii Grazii Chiuri, nowej dyrektorki artystycznej domu mody – znów ma swoje pięć minut. Podobnie jak inne modele do noszenia pod pachą.

Carrie Bradshaw znów nosi torebkę Fendi
fot. Getty Images / James Devaney

Y2K, czyli śmiech przez łzy

Gdy o tym myślę, zaczynam zdawać sobie sprawę, że powrót estetyki z lat 2000. teraz to nie przypadek. I nie jest mi już do śmiechu. W dobie zaostrzonej polityki antyaborcyjnej, rosnącej w siłę manosfery i ogólnie nastrojów prawicowych, także wśród kobiet – o czym najlepiej świadczy wzmożona popularność tradwives, czyli dziewczyn, które rezygnują z kariery na rzecz prowadzenia domu i opieki nad dziećmi – kobiety (znów) są coraz bardziej pod kontrolą. A jednym ze sposobów na jej zwiększenie jest zwrócenie ich przeciwko własnym ciałom. Między innymi poprzez lansowanie na wybiegach krojów, które mają przypominać, o co toczy się walka. Pojawienie się na rynku Ozempicu i innych leków wspomagających odchudzanie tylko temu sprzyja. Podobieństw czasów, w których żyjemy, do lat 2000. jest zresztą więcej. Wystarczy przypomnieć, skąd wziął się skrót „Y2K” określający epokę. To nic innego jak „year 2000” (od ang. „year 2 kilo”, gdzie „kilo” oznacza „tysiąc”), tyle że zapisany w sposób, który niweluje ryzyko „millennial bug” – błędu, który miał sparaliżować systemy komputerowe wraz z nadejściem nowego milenium, tym samym sparaliżować system, na jakim opierał się dotychczasowy świat. Jak wiemy, do niczego takiego nie doszło, ale lęk był prawdziwy. Dokładnie jak ten, który towarzyszy nam teraz w związku z rozpowszechnieniem i ciągłym rozwojem sztucznej inteligencji. Obaw nam zresztą dziś nie brakuje. W Europie Wschodniej i w ogóle w krajach Zachodu. Niewątpliwie porządek na świecie się zmienia i nawet jeśli – w co mocno wierzę – nie sprawdzą się najgorsze scenariusze, nasze życie nie będzie, a właściwie już nie jest takie samo.

Estetyka z lat 2000 powraca
Roberto Cavalli, jesień-zima 2026/27 / fot. Spotlight / Launchmetrics

Dlaczego znów chcemy ubierać się jak w latach 2000.?

Kto nie chciałby więc cofnąć się w czasie i znów poczuć „milenijny optymizm”? Młodzieńczą beztroskę i poczucie, że wszystko jest możliwe (choć późniejsze ceny mieszkań miały zweryfikować tamte nadzieje). To właśnie tego uczucia zetki zazdroszczą dziś poprzedniej generacji. I dlatego sięgają po ubrania sprzed lat: wspomniane już spodnie z obniżonym stanem, crop topy (od zawsze mają do nich słabość), kaszkiety, baletki albo czółenka w szpic na kilkucentymetrowej szpilce, kurtki bomberki odsłaniające nerki (za to z kapturem wykończonym ciepłym futerkiem), róż, cętki, metaliczne tkaniny, denim noszony od stóp do głów (jak Britney Spears i Justin Timberlake na gali American Music Awards 2001) i wszystko inne, co naprawdę kiczowate. Bo kamp pozwala na ucieczkę od rzeczywistości. Nawet jeśli tylko na chwilę. Zetki mają jednak gorzej. Ich fatalne stylówki zostaną uwiecznione na zdjęciach i rozpowszechnione w social mediach. No chyba że, jak milenialsi, wrócą do telefonów z klapką.

Tekst można przeczytać w listopadowym numerze GLAMOUR, który wciąż dostępny jest w sprzedaży: