Kupujesz z drugiej ręki? W Europie to już pierwszy wybór, nie plan B
Jeszcze niedawno „z drugiej ręki” brzmiało jak wytłumaczenie – brak budżetu, kompromis, coś, o czym się nie mówi głośno. Dziś w Szwajcarii i Grecji to po prostu sposób kupowania mody. I coraz częściej – ten pierwszy, nie zapasowy.
WIDEO…
Secondhand przestał się tłumaczyć
Przez lata rzecz kupiona „z drugiej ręki” wymagała komentarza – że ekologicznie, że budżetowo, że wyjątkowo. Dziś w wielu krajach Europy ten komentarz po prostu znika, bo nikt go nie oczekuje. Platforma Vinted zamknęła 2025 rok przychodem 1,1 miliarda euro – to wzrost o 38% rok do roku, a wartość towarów przechodzących przez rękę do ręki (GMV) wzrosła o 47%, do 10,8 miliarda euro. Firma działa dziś w 26 krajach, w styczniu 2026 weszła po raz pierwszy poza Europę, do USA. To nie jest wykres startupu na chwilę – to skala, przy której trudno mówić o niszy.
W Grecji, gdzie Vinted wystartował w maju 2024 roku, badania samej platformy pokazują coś ciekawego: 44% kupujących wybiera ją nie z konieczności, tylko dlatego, że można tam znaleźć „markowe rzeczy w bardziej dostępnych cenach”. Ekologia jako główny motyw deklaruje tylko 26% – reszta po prostu poluje na dobrą markę w dobrej cenie. To brzmi znajomo każdej, kto choć raz przekopała się przez wieszaki w outlecie.
Polowanie, nie oszczędzanie
Różnica jest subtelna, ale kluczowa. Oszczędzanie ma w sobie rezygnację – kupuję gorsze, bo mnie nie stać na lepsze. Polowanie ma w sobie satysfakcję – znalazłam coś, czego inni nie znaleźli, i to za ułamek ceny z metki. Sprawdzam czasem wieczorem, co nowego wrzucili sprzedający w mojej okolicy, tak jak kiedyś przeglądało się gazetkę promocyjną – tylko że tu nagroda bywa dużo lepsza. Torebka, która w sklepie kosztowała trzy razy tyle, buty po jednym sezonie noszenia, płaszcz z metką jeszcze przypiętą do rękawa.
Właśnie to tłumaczy, dlaczego na platformach z drugiej ręki najlepiej rozchodzą się nie rzeczy najtańsze, tylko te z rozpoznawalną, ale niewyśrubowaną ceną metki – marki typu Massimo Dutti, COS, Calvin Klein, Tommy Hilfiger, Guess czy Max Mara, a z polskich – Ryłko czy Kazar. To segment, w którym jakość wykonania i krój przetrwają dwa, trzy sezony u kolejnej właścicielki, a cena nowej sztuki wciąż uzasadnia szukanie okazji zamiast automatycznego zakupu w sklepie.
Sprzedający też na tym zyskują
Druga strona transakcji też się zmieniła. Wśród greckich sprzedających 47% traktuje sprzedaż ubrań jako sposób na dodatkowy dochód, a 43% po prostu chce zrobić porządek w szafie – bez poczucia, że robi coś wstydliwego. Szafa przestaje być cmentarzyskiem rzeczy „szkoda wyrzucić”, a zaczyna działać jak konto oszczędnościowe, z którego można wypłacić, kiedy akurat brakuje na coś nowego.
To dokładnie ta logika, która sprawia, że model przyjął się najszybciej tam, gdzie inflacja ostatnich lat najmocniej dała się we znaki portfelom – bo policzenie sobie, ile realnie kosztuje sezonowa wymiana garderoby, szybko prowadzi do wniosku, że część tej garderoby można kupić już raz noszoną.
Co to znaczy dla polskiej szafy
W Polsce Vinted od dawna nie jest nowością – wystarczy zapytać znajome, ile z nich ma na telefonie aplikację, w której sprzedają dziecięce ubrania albo kupują buty córki. Nowe w tym trendzie nie jest samo istnienie platformy, tylko zmiana motywacji: to, co jeszcze niedawno robiło się z konieczności albo dla przyjemności sprzedania niepotrzebnych rzeczy, coraz częściej staje się pierwszym miejscem, w którym w ogóle szuka się konkretnej sztuki – zanim otworzy się stronę sklepu.
Warto sprawdzić, zanim kupi się coś nowego w pełnej cenie, czy nie krąży już gdzieś w drugim obiegu – w niemal nieużywanym stanie i za ułamek metki. To nie jest już wstydliwy plan B. To po prostu jeden ze sposobów kupowania, o którym można powiedzieć wprost, że tak się dziś robi zakupy.