Serial, który podsunął mi zapach. Tak zaczęła się moja historia z Le Labo

„Stewardessa” to serial łączący thriller, czarną komedię i kryminalną zagadkę. Główną bohaterkę, Cassie Bowden, poznajemy jako stewardessę, której życie nabiera nieoczekiwanego tempa po pewnej nocy spędzonej w Bangkoku. W tej historii nie brakuje tajemnic, zwrotów akcji i podróży, a Kaley Cuoco tworzy postać, od której trudno oderwać wzrok. Serial ma też świetnie uchwycony klimat współczesnego Nowego Jorku, w którym moda, uroda i drobne elementy codzienności składają się na bardzo charakterystyczny obraz bohaterów. To właśnie wtedy po raz pierwszy przyjrzałam się bliżej perfumom Santal 33. Uwielbiam, kiedy zapachy stają się czymś więcej niż kosmetykiem. Potrafią przywołać konkretny obraz, nastrój, a nawet całą historię. W tym przypadku punktem wyjścia był serial, ale prawdziwe spotkanie z zapachem miało dopiero nadejść.

WIDEO…

player placeholder
serial
Materiały prasowe

Pierwszy raz przetestowałam Santal 33 w Berlinie. Od tamtej pory nie mogę przestać o nim myśleć

Pamiętam, że pierwszy raz przetestowałam Santal 33 w Berlinie. I właśnie wtedy wszystko nabrało sensu. Zapach, który wcześniej kojarzył mi się z serialową sceną, nagle stał się bardzo realny. Nie był już tylko intrygującym flakonem, który zapamiętałam z ekranu. Poczułam, jak pięknie rozwija się na skórze, i zrozumiałam, dlaczego tak bardzo chciałam go poznać. Jako redaktorka mody na co dzień oglądam dziesiątki nowych kolekcji, poznaję marki i śledzę trendy. Wiem, jak łatwo zachwycić się czymś na chwilę, a potem zapomnieć o tym przy kolejnej nowości. Z Santal 33 było inaczej. Od tamtego spotkania nie mogę przestać o nim myśleć. To jeden z tych zapachów, do których wraca się myślami nawet wtedy, gdy nie ma ich akurat na swojej skórze. Ma w sobie coś nieoczywistego, a jednocześnie niezwykle przyciągającego. Z pewnością też nie jest łatwy. I może właśnie dlatego tak bardzo mnie urzekł.

Zobacz także:
perfumy
Materiały prasowe / Galilu

Santal 33 Le Labo – drzewny, dymny i zmysłowy. Tak pachnie zapach z charakterem

Santal 33 trudno pomylić z klasycznymi, słodkimi perfumami. To kompozycja uniseks, w której pierwsze skrzypce grają nuty drzewne, przyprawowe i skórzane. Otwarcie przynosi kardamon, a towarzyszą mu irys i fiołek, które dodają całości subtelności. Później do głosu dochodzi australijskie drzewo sandałowe, cedr i papirus. Pojawiają się również akordy piżmowe, ambroksanowe i skórzane, nadające zapachowi głębi. Najbardziej lubię w nim to, że nie jest oczywisty. Ma w sobie ciepło drewna, delikatną suchość, odrobinę dymnego charakteru i zmysłowość, która nie potrzebuje waniliowej słodyczy, by przyciągać uwagę. Przywodzi na myśl rozgrzane drewno, miękką skórę i wieczór, który nie musi mieć żadnego konkretnego planu. Jest nowoczesny, ale nie chłodny. Wyrazisty i niepozbawiony miękkości. Santal 33 nie jest dla mnie zapachem, który ma po prostu ładnie pachnieć. Lubię myśleć o nim jak o elemencie stylizacji – równie ważnym jak dobrze skrojona marynarka, ulubiona para dżinsów czy biżuteria, którą noszę niemal bez przerwy. Nie zawsze musi być widoczny, ale potrafi nadać całości zupełnie inny charakter.

perfumy
Materiały prasowe / Galilu

Le Labo i flakon, który wpisuje się w definicję minimalizmu

Nie bez znaczenia jest dla mnie również sama marka. Le Labo powstało w Nowym Jorku w 2006 roku, a jego nazwa nawiązuje do francuskiego słowa oznaczającego laboratorium. Filozofia marki opiera się na rzemiośle, indywidualnym podejściu i celebracji samego procesu tworzenia zapachu. W wybranych butikach kompozycje są przygotowywane na zamówienie, a flakony ręcznie etykietowane. Na etykiecie można umieścić między innymi imię, co nadaje perfumom bardziej osobisty wymiar. Uwielbiam ten koncept. W świecie, w którym luksus często oznacza przepych, Le Labo idzie w zupełnie inną stronę. Prosty szklany flakon, czarna zakrętka i minimalistyczna etykieta nie próbują udawać czegoś, czym nie są. Jest w nich laboratoryjna estetyka, odrobina surowości i przekonanie, że najważniejsze kryje się w środku. To przedmiot, który świetnie wygląda na toaletce, ale nie potrzebuje być ozdobą w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Lubię rzeczy, które mają własną historię, a w przypadku Le Labo ważna jest również możliwość ponownego napełnienia flakonu. To rozwiązanie pozwala zachować ulubione szkło i wpisuje się w ideę bardziej świadomego podejścia do luksusu.

Przez lata nosiłam Chanel Coco Mademoiselle. Santal 33 to jego zupełne przeciwieństwo

Zanim w moim życiu pojawił się Santal 33, przez wiele lat używałam Chanel Coco Mademoiselle. I wciąż bardzo lubię ten zapach. Ma w sobie elegancję, świeżość cytrusów, kwiatową kobiecość i charakterystyczną, szyprową głębię. Jest dopracowany, klasyczny i niezwykle szykowny. Rozumiem, dlaczego stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych zapachów marki Chanel. A jednak Santal 33 opowiada zupełnie inną historię. Coco Mademoiselle kojarzy mi się z paryską elegancją, jedwabną bluzką i perfekcyjnie skrojonym płaszczem. Jest jak klasyka, do której zawsze można wrócić, niezależnie od zmieniających się trendów. Le Labo ma w sobie więcej surowości, swobody i nieoczywistego magnetyzmu. Zamiast klasycznej kobiecości proponuje coś bardziej androgynicznego. Nie próbuje podkreślać delikatności, a buduje charakter poprzez drewno, przyprawy i skórzane akordy. Nie oznacza to, że jeden zapach zastąpił mi drugi. Coco Mademoiselle wciąż darzę ogromnym sentymentem, ale Santal 33 porusza we mnie zupełnie inną strunę. Być może właśnie dlatego tak mocno zapadł mi w pamięć. Nie jest kolejnym pięknym zapachem, który po chwili zachwytu odkłada się na półkę.