Nie chce czy nie może? Z dorosłością jest ten problem, że ta definiowana przez kulturę jako stan posiadania – własnego mieszkania, sformalizowanego związku, rodziny, komfortu finansowego – jest dla coraz większej liczby osób zwyczajnie niedostępna. Obstawianie się gadżetami z dzieciństwa, od zabawek po ubrania z bohaterami ulubionych kreskówek, to eskapistyczny odruch. Ucieczka od wyzwań, obowiązków, problemów do tego czasu w życiu, który może był trochę bardziej sielski, radosny, dawał więcej poczucia bezpieczeństwa.
WIDEO…
Kidulci: tożsamość z wyboru
W obecnym kontekście ekonomiczno-politycznym takie nostalgiczne zwroty ku przeszłości w ogóle nie dziwią, więc zmienia się również emocjonalne nastawienie do samych kidultów. Jeszcze do niedawna wydźwięk słowa był raczej pejoratywny, bo określał nieznośne zdziecinnienie nieodpowiedzialnych dorosłych, tych wszystkich wiecznych piotrusiów panów, którzy całe życie bimbają bez zważania na konsekwencje. Dziś kidult to tożsamość, którą wybiera się świadomie, dobrowolnie, z akceptacją, a nawet dumą, bo świadczy o nonszalancji, luzie i rebelianckiej naturze dorosłego dzieciucha.
Z raportu agencji BrandTrends, który opublikowano w 2024 roku, wynika, że aż 75 proc. ankietowanych dorosłych z ochotą określiło się mianem kidulta. Klocki, gry planszowe, puzzle czy lalki to dla nich narzędzia troski o dobre samopoczucie.
To akurat zostało potwierdzone w badaniu, które przeprowadziła firma Lego, od wielu lat produkująca zestawy dla dorosłych. Dziewięć na dziesięć ankietowanych osób przyznało, że budowanie z klocków działa relaksująco, pomaga mierzyć się z codziennym stresem. W jeszcze innej ankiecie z kolei policzono, że 40 proc. dorosłych Amerykanów i Amerykanek posiada pluszaka, którym się bawi (a nie że się kurzy gdzieś w piwnicy). Te deklaracje odbijają się w globalnych statystykach sprzedaży. Rynek zabawek dla dorosłych rośnie w ekspresowym tempie, a jego wartość wycenia się obecnie na 43 mld dolarów. Takiego wyniku nie wykręcili ekscentryczni kolekcjonerzy rzadkich figurek z „Gwiezdnych Wojen”, bo kidulci są wszędzie, nie chowają się już na zamkniętych forach tematycznych dla fanów niszowych zajawek. Tylko czy każdy kidult jest niedojrzały emocjonalnie i – co za tym idzie – żyjemy w kulturze nierozsądnego przyzwolenia na infantylne zachowania?
Kidulci: dorośli i ich potrzeby
Zdefiniujmy dojrzałość. – Nauka mówi, że nasza kora przedczołowa, odpowiedzialna m.in. za kontrolę impulsów, dojrzewa najdłużej ze wszystkich struktur mózgu, a ten proces rozciąga się na całą trzecią dekadę życia. Dojrzałość fizjologiczna nie musi być jednak tożsama z dojrzałością psychiczną – wyjaśnia Anna Cyklińska, psychoterapeutka z poradni Można Zwariować, edukatorka i autorka książki „Przewodnik po emocjach”. – Dojrzałość w psychologii jest pewnym zasobem, który budujemy. To rodzaj strategii, na jej kształt często ma wpływ kultura, która mówi nam, co jest wyznacznikiem dojrzałego, odpowiedzialnego zachowania, więc tym bardziej nie jest łatwo jednoznacznie ją określić. Możemy jednak szukać dowodów na dojrzałość w systemie wyznawanych wartości, w zasadach moralnych. Osoba dojrzała nie krzywdzi innych, troszczy się o siebie i swoich bliskich. I w ogóle zastanawia się, czym jest dojrzałe zachowanie.
Taka zdolność do autorefleksji zdecydowanie jest przejawem dojrzałości, którą można wzmacniać w psychoterapii czy innych praktykach rozwojowych – tłumaczy.
Dopytuję, jak rozpoznać osobę, która dba o siebie w sposób dorosły. W świecie, który stymuluje kompulsywne zachowania czy radykalne oddanie wellnessowym trendom z internetu, łatwo się nabrać i wpaść w pułapkę źle pojmowanej troski. Mnie bliskie jest podejście całościowe, w którym uznajemy, że głowa nie jest oderwana od ciała. To oznacza, że wiem, iż na mój psychiczny dobrostan ma wpływ to, jak traktuję swoje ciało. Czy się wysypiam, czy zdrowo się odżywiam, czy uprawiam aktywność fizyczną – odpowiada ekspertka. – Dojrzałość psychologiczna częściej jest postrzegana jako kompetencja relacyjna, widać ją w kontaktach z innymi ludźmi. Tyle że to są naczynia połączone. Wszyscy przecież wiemy, że niewyspani i głodni jesteśmy bardziej drażliwi. Łatwiej nas zirytować, jest więc ryzyko, że zamiast spokojnie porozmawiać, zaczniemy na kogoś krzyczeć, a to odbije się na relacji. Dojrzałość to rozumienie własnych potrzeb i umiejętność ich zaspokojenia, w tym potrzeby przynależności i rozwoju, a nie tylko tych podstawowych z piramidy Masłowa – podkreśla Anna Cyklińska.
Kidulci: nie tyle lat, ile masz, ale na ile się czujesz
Można czuć się wewnętrznie osobą dojrzałą, a wciąż nie spełniać znormalizowanych społecznie wytycznych dorosłości? Nic prostszego. W zagranicznych mediach pojawiło się niedawno pojęcie „dysmorfii wieku”. To nie jest termin naukowy, medyczny, ale z wysoką celnością rozpoznaje tendencję, która przybiera na sile. Chodzi o niezgodność wieku faktycznego z wiekiem, powiedzmy, performowanym. Czytaj: coraz częściej żyjemy na więcej albo na mniej, niż rzeczywiście mamy. Trzydziestokilkuletnia bezdzietna singielka według sztywnej normy sprzed lat może być widziana jako osoba skrajnie niedojrzała, bo przecież już dawno powinna się ustatkować, znaleźć partnera i założyć rodzinę. Podobnie jak jej kolega w wiecznej podróży, który od paru lat żyje na walizkach, nie ma stałego adresu i utrzymuje się z dorywczych zajęć, kiedy osiądzie gdzieś na kilka miesięcy. A dwudziestoletnia zetka, która oświadcza na TikToku, że spędza piątkowy wieczór na kanapie, z kubkiem ziołowego naparu i kryminałem, bo wybiera życie w trybie #grandmacore, jak nobliwa seniorka?
O dysmorfii wieku mówimy, gdy dochodzi do zaburzenia przyjętego scenariusza, bo przecież uznaje się, że życie przebiega linearnie, są pewne etapy, każdy z nich się czymś charakteryzuje.
I tak stereotypowo osoby dwudziestoletnie dużo imprezują, spędzają czas ze znajomymi, pracują za barem i wiecznie brakuje im kasy. Trzydziestolatki biorą pierwszy kredyt na mieszkanie, wchodzą w poważny związek, starają się o awans, ich życie prywatne i zawodowe jest poukładane. Okazuje się jednak, że ten dawny, przewidywalny model przestał obowiązywać.
Dane ze Stanów Zjednoczonych mówią, że rośnie liczba małżeństw wśród osób przed 25. rokiem życia – dokładnie o 30 proc. od roku 2019. A więc młodzi szukają stabilizacji. Z drugiej strony prawie 16 proc. trzydziestolatków z USA wróciło do rodzinnego domu i mieszka z rodzicami, bo samodzielność jest zbyt kosztowna. W Europie – aż 20 proc. Starsi tracą zatem szanse na pełną niezależność. Można na zjawisko dysmorfii wieku spojrzeć z naiwną wiarą, że to optymistyczny sygnał. Każdy żyje tak, jak chce, a nie pod dyktando cudzych wyobrażeń. Tylko czy na pewno wyzwoliliśmy się od kulturowej presji? – Oczywiście, że wciąż czujemy na plecach oddech oczekiwań rodziny czy społeczeństwa – mówi Anna Cyklińska.
Słyszę od osób, które przychodzą do gabinetu, że np. wstydzą się, że nigdy nie były w poważnym związku, choć mają już 30 lat. Brak doświadczeń relacyjnych stygmatyzuje zwłaszcza kobiety, ale dla mężczyzn to także kłopot. Mówią o nieskończonych studiach, o tym, że nie mają własnego mieszkania, że nie założyli rodziny. W domyśle – że nie posiadają albo nie zrobili tego, co każdy normalny człowiek w ich wieku już ma albo zrobił.
– Pracujemy terapeutycznie, żeby poszerzać ten horyzont, rzucać nowe światło, pokazywać schematy kultury. Taki niedokończony etap jak studia czy nieodhaczona sytuacja jak związek nie świadczą o braku dojrzałości – tłumaczy. Kolejne pokolenia rewidują systemy wartości ukształtowane przez poprzednie generacje, to naturalny proces. Takiej samej refleksji podlegają symbole dorosłości, zwłaszcza że dopiero od niedawna możemy mówić o relatywnej akceptacji wobec dobrowolnej bezdzietności.
Osoby z pokolenia baby boomers – to ta demografia, która rodziła się w latach 1946–1964 – nie mogły sobie pozwolić na świadomą rezygnację z rodzicielstwa. A może realizowały pewien przyjęty skrypt bezwolnie, bez zastanowienia się nad tym, czego naprawdę chcą i potrzebują? – Wszystkie przypadki rozważałabym indywidualnie. Nie możemy powiedzieć, że każda osoba z pokolenia naszych rodziców czy dziadków zakładała rodzinę, bo tak było trzeba, a więc podejmowała decyzję bez dojrzałej refleksji nad swoimi potrzebami i możliwościami. Musimy wziąć pod uwagę okoliczności zewnętrzne, chociażby dużo niższą świadomość na temat antykoncepcji – podkreśla Anna Cyklińska. – Tak samo dziś każdy przypadek będzie inny. Niektóre osoby rezygnują z założenia rodziny, nie chcą mieć dzieci z różnych powodów, przemyślały swój wybór – to jest dojrzałe. Ale wciąż będą też ludzie, którzy złapią się na tym, że coś przegapili, coś ich ominęło, na pewne rzeczy jest już za późno – dlatego że do niektórych decyzji nie dojrzeli, nie zajmowali się nimi, inwestowali czas i energię w coś zupełnie innego.
Kidulci: wewnętrzne dziecko domaga się opieki
Nie tylko producenci klocków i puzzli kapitalizują tęsknotę za dzieciństwem. Ten sentyment wybrzmiewa również z kolekcji największych domów mody. Balmain wypuszcza różową okrągłą minitorebkę w stylu lalki Barbie, a Chanel – sweter z przerobionym logo Supermana. Ot, prezenty dla wewnętrznego dziecka. To też figura z psychologii, ważna w procesie emocjonalnego dojrzewania, chociaż dziś niebezpiecznie uwikłana w mechanizmy rynkowe. – W terapii schematu koncepcja wewnętrznego dziecka służy wzbudzaniu współczucia dla siebie z przeszłości – wyjaśnia Anna Cyklińska.
Chodzi o odnalezienie w sobie emocji i potrzeb, które w dzieciństwie nie były zaopiekowane, nie uznawano ich za ważne, nie obdarzano szacunkiem. Nie musimy mieć wcale doświadczenia nadużycia, żeby nasze wewnętrzne dziecko było samotne, zasmucone albo strudzone.
– W procesie terapeutycznym szukamy kontaktu z nim. Możemy sobie to dziecko wyobrazić, możemy je narysować, możemy używać skojarzeń z popkultury lub mediów. Dzięki temu przeżywamy jego smutek czy samotność bez wstydu i wyparcia, ale też bez krytyki wobec dziecięcych uczuć, która często zdarza się dorosłym. Natomiast w poppsychologii wewnętrzne dziecko jest rozumiane jako pretekst do poluzowania sobie, odpuszczenia. Odpuszczenie może być spójne z techniką terapeutyczną, ale i może być potraktowane powierzchownie. Niekoniecznie chodzi o to, żeby kupić sobie lalkę albo pojechać do Disneylandu, choć przyjemność, rozrywka też są narzędziami, których używamy w gabinecie, żeby to swoje wewnętrzne dziecko poczuć – opowiada ekspertka.
Bo dorosły człowiek również potrzebuje zabawy? W Stanach Zjednoczonych przez wiele lat prowadzono badania na grupie 1200 studentów i studentek z różnych pokoleń. Pierwsze ankiety rozpoczęto w latach 80., odświeżano je co dekadę. Okazało się, że pokolenie baby boomers wchodziło w dorosłość bez wielkiego lęku, za to milenialsi zostali wskazani jako generacja najbardziej obawiająca się dorosłego życia. Gdy niemal wszystko, co wydarza się na świecie – od kryzysu klimatycznego po rosnące koszty życia – uruchamia w nas katastroficzne wizje przyszłości, powrót do radosnej przeszłości bez zmartwień wydaje się zrozumiałym i skutecznym remedium. Jeśli tylko beztroska nie jest bezmyślna.
Artykuł ukazał się w nowym wrześniowym wydaniu Glamour (09/26).




















