Reklama

Gdy we wspólnocie narasta napięcie, najpierw pojawia się lęk, a zaraz potem potrzeba prostego wyjaśnienia. Zamiast przyglądać się złożonej układance przyczyn, ludzie instynktownie szukają jednego nazwiska, jednego twarzą w twarz „winnego”, który przyjmie na siebie całą odpowiedzialność. Ten stary jak świat mechanizm dziś nie zawsze kończy się stosami i egzekucjami, ale wciąż potrafi skutecznie niszczyć czyjąś psychikę, poczucie tożsamości i miejsce w grupie. Współczesny kozioł ofiarny częściej niż na placu miejskim pojawia się przy domowym stole, na korytarzu szkolnym albo w zamkniętej grupie znajomych. Mechanizm jest jednak ten sam: cała wspólnota odczuwa ulgę, bo zło zostało zlokalizowane i nazwane, a ktoś konkretny ma „zapłacić” za niepokój wszystkich. To szybkie rozwiązanie, ale odbywa się kosztem jednego człowieka, który za chwilę zacznie wierzyć, że naprawdę jest źródłem całego problemu.

Bajka o ośle jako instrukcja przemocy. La Fontaine miał rację

Jean de La Fontaine w „Radzie zwierząt” rozebrał ten mechanizm na części pierwsze, tylko ubrał go w kostium bajki. Świat zwierząt dopada zaraza, kolejne organizmy padają, a napięcie w stadzie rośnie. Ocalałe zwierzęta próbują zrozumieć, co się dzieje, lecz zamiast analizy faktów rozpoczynają śledztwo w starym stylu: musimy znaleźć winnego. Kolejni silniejsi uczestnicy sceny wychodzą z tej sytuacji obronną ręką, aż w końcu odzywa się osioł. Przyznaje, że zjadł trochę trawy z uświęconej łąki, bo był skrajnie głodny. Nie broni się, nie racjonalizuje, nie atakuje innych. Ta szczerość i pokora wystarczają, by reszta mogła odetchnąć: oto mamy sprawcę całego nieszczęścia, można go ukarać i poczuć ulgę. La Fontaine pokazuje mechanizm, który później został opisany już w języku naukowym. W tym scenariuszu grupa nie chce widzieć własnych błędów ani przypadkowości zdarzeń. Woli włożyć cały ciężar winy w jedną postać, która nie ma siły się bronić.

Projekcja, przerzucenie winy, ulga. Co mówią psychologia i antropologia?

Zygmunt Freud opisywał ten proces jako projekcję, czyli przerzucanie na innych własnych, niechcianych treści psychicznych. Wszystko, czego w sobie nie akceptujemy, co nas zawstydza lub przeraża, ląduje na zewnątrz, w wygodnej figurze „tego złego”. Nasz umysł odczuwa ulgę, bo to, co ciemne, niebezpieczne i trudne, zostało odsunięte od „ja”. René Girard patrzył na to szerzej, z perspektywy całych wspólnot. Zauważał, że gdy system się chwieje, ludzie potrzebują symbolicznego aktu, który przywróci im poczucie porządku. Wtedy rodzi się potrzeba ofiary: kogoś, kogo można obciążyć winą za kryzys moralny, polityczny czy ekonomiczny, a potem usunąć z pola widzenia. W praktyce wygląda to jak zbiorowe szukanie „dowodów” na to, że dana osoba albo grupa od zawsze była zła, niszcząca, toksyczna dla wspólnoty. Potem następuje faza prześladowania, a na końcu wykluczenie albo symboliczne unicestwienie. Grupa wchodzi w ten mechanizm nie dlatego, że jest „zła z natury”, ale dlatego, że przeraża ją chaos i utrata kontroli. Kozioł ofiarny staje się więc psychologicznym narzędziem do przywrócenia pozornego ładu.

Cena „oczyszczenia”. Dlaczego ofiara musi zniknąć?

W tym wzorcu kluczowa jest jedna rzecz: kozioł ofiarny ma zapewnić całej wspólnocie poczucie, że zło zostało usunięte. Żeby ta iluzja zadziałała, ktoś musi ponieść realną konsekwencję. W wersji skrajnej to były niegdyś rytualne egzekucje, wypędzenia, przemoc fizyczna. Dziś równie często mamy do czynienia z wykluczeniem społecznym, ostracyzmem, symbolicznym „uśmierceniem” kogoś w grupie. Ofiara zostaje wyrzucona poza nawias: z rodziny, z klasy, z towarzystwa, z kraju. Grupa może wtedy opowiedzieć sobie historię o odnowie, oczyszczeniu, odzyskaniu moralnego porządku. Tyle że ta narracja stoi na bardzo konkretnym cierpieniu kogoś, kto często nie miał realnego wpływu na źródło kryzysu. Paradoks polega na tym, że mechanizm, który ma przynieść uzdrowienie, tak naprawdę tylko przerzuca ból z jednego miejsca na drugie i podtrzymuje iluzję, że problemy da się rozwiązać przez wskazanie jednego winnego.

Historia kocha proste winy. Od Sokratesa po współczesne polowania

Jeśli spojrzeć na historię, widać ten sam scenariusz w różnych dekoracjach. Sokrates został skazany, bo jego myślenie i sposób zadawania pytań zagrażały porządkowi polis. Chrystus stał się ofiarą konfliktu polityczno-religijnego, który potrzebował jednego ciała, by rozładować napięcie. Później przychodzi czas masowych prześladowań: chrześcijanie w starożytnym Rzymie, kobiety oskarżane o czary, Żydzi w czasie II wojny światowej. W każdym z tych przypadków jedna grupa zostaje uznana za nośnik zła, chorób, nieszczęść czy „moralnego zepsucia”. Zaznaczenie jej wizualnie, jak w przypadku opasek z gwiazdą Dawida, ma ułatwić identyfikację i izolację. Rewolucje w Anglii, Francji czy Rosji również korzystały z tej logiki. Król i arystokracja zostali obsadzeni w roli głównych sprawców biedy, niesprawiedliwości i cierpienia. Ich fizyczna eliminacja miała przynieść sprawiedliwość i ulgę „ludowi”. Współczesne polowania na „innych” w niektórych regionach świata, na przykład na osoby z albinizmem traktowane jak źródło magii, pokazują, że zmieniają się czasy i język, ale głęboki wzorzec pozostaje zaskakująco stabilny.

Kiedy lęk wyłącza rozsądek. Jak wybierana jest ofiara?

Girard podkreślał, że w sytuacji kryzysów politycznych, gospodarczych, zdrowotnych czy kulturowych ludzie dosłownie „tracą głowę”. Lęk, gniew i poczucie zagrożenia zagłuszają logiczne myślenie. Zamiast przyczyn szukamy wroga. W takiej atmosferze ofiarą może stać się każdy, kto odstaje od większości. Wystarczy rzadsza choroba, widoczna niepełnosprawność, zaburzenie neurologiczne, odmienny wygląd ciała, nietypowe zachowanie, inne pochodzenie klasowe lub kulturowe. W przeszłości wystarczył napad padaczki, zachowanie odbierane jako „dziwne” czy inny akcent, by otoczenie zobaczyło w kimś znak zła. Osoby, które są spokojniejsze, bardziej uległe, skłonne do przyznawania się do winy, stają się wręcz idealnym celem. Dokładnie jak osioł z bajki: nie protestuje, więc łatwo przykleić mu etykietę sprawcy. U wielu moich pacjentów, którzy dorastali w roli „tej winnej osoby”, widać, jak głęboko ten schemat wchodzi potem w dorosłe życie. Zaczynają automatycznie przepraszać, biorą odpowiedzialność za emocje innych, zanim ktokolwiek o to poprosi.

Rodzinny teatr ról. Jak powstaje „czarna owca”?

W mniejszych wspólnotach mechanizm działa równie skutecznie. W rodzinach często pojawia się figura silnego „alfa”, który trzyma władzę, kontroluje zasady i wyznacza normy. Po drugiej stronie układu stoi ktoś, kto przyjmuje na siebie ciężar bycia najsłabszym ogniwem. To on lub ona „psuje atmosferę”, „ciągle sprawia kłopoty”, „jest problemem”. Potocznie mówi się wtedy o „czarnej owcy”, chociaż w praktyce zwykle jest to dziecko, które najmocniej pokazuje pęknięcia całego systemu. Czasem buntuje się wobec przemocy, czasem nie potrafi udawać, że wszystko jest w porządku, kiedy rodzina tonie w uzależnieniach, zdradach czy długach. Rodzice, którzy za wszelką cenę chcą utrzymać obraz „normalnego domu”, nieświadomie kierują frustrację na to jedno dziecko. Łatwiej jest uwierzyć, że to ono „psuje rodzinę”, niż spojrzeć na własne zachowania. W rodzinach dotkniętych alkoholizmem ten scenariusz powtarza się wyjątkowo często. Jedno z dzieci zostaje obarczone winą za wszystkie konflikty, porażki zawodowe czy wstyd rodziców. Dorasta z wewnętrznym przeświadczeniem, że gdziekolwiek się pojawi, prędzej czy później „zepsuje” sytuację.

Klasa, w której wszyscy są silni. Poza jednym dzieckiem

To, co zaczyna się w domu, często dostaje wzmocnienie w szkole. Grupa rówieśnicza bardzo szybko rozpoznaje, kto już nosi w sobie etykietę „gorszego” i ma mniejsze zasoby, żeby się bronić. To dziecko staje się wygodnym zbiornikiem na złość i frustrację całej klasy. Niby chodzi o drobiazgi: ktoś ma tańszy telefon, nie zna modnych marek, nie jeździ na zagraniczne wakacje, reaguje lękiem zamiast agresją. W praktyce te „drobiazgi” tworzą przestrzeń do systematycznego wykluczania. Pojawiają się wyśmiewanie, niewidzialne podziały, przemoc werbalna, wykluczanie z zabaw czy projektów grupowych. Z zewnątrz można to zignorować jako „naturalną selekcję” czy „dzieci są okrutne”, ale dla osoby w roli kozła ofiarnego to realne potwierdzenie: jestem winna, jestem inny, ze mną jest coś nie tak. Obowiązkiem dorosłych – rodziców, nauczycieli, wychowawców – jest wychwytywanie tych mechanizmów zanim się utrwalą. Dziecko, które nie ma siły się bronić, bardzo łatwo wchodzi w narzuconą mu rolę, a potem niesie ją przez całe życie, często nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

„On mnie zranił, więc zasługuje na karę”. Dlaczego kochamy karanie?

Marshall Rosenberg zwracał uwagę, że duża część przemocy wynika z głębokiego przekonania: mój ból stworzył ktoś inny, więc ten ktoś powinien zostać ukarany. To myślenie automatycznie ustawia ludzi po dwóch stronach: ofiary i sprawcy, sędziego i skazanego. Mechanizm kozła ofiarnego idealnie wpisuje się w tę logikę. Kiedy grupa cierpi, łatwiej jest uwierzyć, że cała krzywda ma jedno konkretne źródło, niż przyznać, że składa się z wielu powiązanych elementów. Gdy wskażemy jedną osobę, można uruchomić dobrze znany scenariusz: osądzić ją, ukarać, wyrzucić, a potem uwierzyć, że teraz wszystko będzie lepiej. Ten wzorzec jest kuszący, bo daje szybkie poczucie sprawiedliwości. Prawdziwa odpowiedzialność bywa dużo trudniejsza. Wymaga przyznania, że każdy ma swój udział w napięciu, że system jest bardziej złożony niż prosty układ „ja – dobry, on – zły”. Dla wspólnoty, która boi się rozpadu, taka refleksja bywa po prostu za trudna, więc wraca do starego, sprawdzonego rytuału wskazywania jednej ofiary.

Jak nie zostać częścią łowów? Świadome wyjście z roli widza

Nie da się całkowicie usunąć z ludzkich relacji tendencji do szukania łatwych winnych. Można jednak zdecydować, czy będzie się ją wzmacniać, czy osłabiać. W praktyce oznacza to czujność na momenty, w których w pracy, rodzinie, klasie czy grupie znajomych pojawia się szybkie: „to wszystko przez niego”, „gdyby nie ona, byłoby dobrze”. Warto wtedy zadać sobie kilka niewygodnych pytań. Co dokładnie się dzieje? Kto jeszcze ma udział w tej sytuacji? Jakie elementy systemu są niewidzialne, bo skupiliśmy się na jednej osobie? Czasem wystarczy jedno dorosłe „poczekajmy, zobaczmy, jaka jest całość”, żeby mechanizm prześladowania stracił impet. W relacjach z dziećmi kluczowe jest, by nie powtarzać etykiet: „zawsze sprawiasz problemy”, „przez ciebie się kłócimy”. Taki język nie tylko ustawia dziecko w roli kozła ofiarnego, ale też sprawia, że zaczyna ono tę rolę traktować jak własną naturę. Dorośli mają realny wpływ na to, ilu ludzi wokół nich dorasta z poczuciem, że od początku byli „ci źli”. Świadomość mechanizmu to nie teoria z książki, ale bardzo konkretne narzędzie, dzięki któremu można przestać dokładać cegiełki do cudzego cierpienia.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...