Reklama

Sympatia do drugiego człowieka często wydaje się intuicyjna. Poznajemy kogoś, rozmawiamy kilka minut, w głowie zapala się lampka „lubię ją” albo „to nie mój człowiek”. Z punktu widzenia psychologii to nie magia, tylko konkretna konfiguracja czynników, które składają się na tak zwaną atrakcyjność interpersonalną. Chodzi o ogólną, pozytywną postawę względem drugiej osoby, która obejmuje i emocje, i sposób myślenia, i gotowość do wchodzenia w bliższą relację. Na tę atrakcyjność nie wpływa wyłącznie uroda, choć wygląd ma znaczenie. Liczy się to, jak często się widujecie, ile dobrych skojarzeń niesie czyjaś obecność, na ile ta osoba przypomina ciebie samego oraz jak się przy niej czujesz. Do tego dochodzi subtelna ekonomia relacji: co dostajesz, co oddajesz i czy ten bilans wydaje się fair. Z tych małych cegiełek powstaje coś, co później nazywamy przyjaźnią, fascynacją albo przeciwnie, dystansem.

„Im częściej, tym bliżej”. Siła obecności

Jednym z najlepiej opisanych zjawisk jest tak zwany efekt ekspozycji. Oznacza on, że im częściej widujesz daną osobę, tym większe prawdopodobieństwo, że zaczniesz ją lubić. Nie trzeba intensywnych rozmów ani spektakularnych gestów. Wystarczy codzienne mijanie się na korytarzu, siedzenie w tej samej sali wykładowej czy wspólny open space. Klasyczne badanie Leona Festingera i jego zespołu z lat 50. bardzo obrazowo to pokazało. Analizowano, gdzie mieszkają osoby, które ankietowani wskazywali jako swoich najbliższych przyjaciół. Okazało się, że aż 65 procent „ulubionych ludzi” pochodziło z tego samego budynku w akademiku. Nie decydowały tylko charaktery. Istotny był czysty fakt powtarzających się spotkań, dzięki którym obca twarz z czasem przestaje być obca i zaczyna kojarzyć się bezpiecznie.

Sfekt aureoli i samospełniające się oczekiwania

Wygląd fizyczny działa jak filtr, przez który patrzymy na inne cechy człowieka. To właśnie nazywa się efektem aureoli. Osobie atrakcyjnej łatwiej przypisać inteligencję, ciepło, uczciwość, nawet jeśli w rzeczywistości niewiele o niej wiemy. Umysł skraca sobie drogę: „skoro dobrze wygląda, pewnie ma też inne zalety”. Ten mechanizm uruchamia kolejne koło zębate. Pięknym, zadbanym osobom częściej mówi się komplementy, łagodniej ocenia ich zachowanie, chętniej pomaga. Odbiorca takiego traktowania z czasem zaczyna widzieć siebie w podobny sposób. Pojawia się tak zwane samospełniające się proroctwo. Kto słyszy, że jest miły i ciekawy, częściej się tak zachowuje, co tylko wzmacnia sympatię otoczenia. Z zewnątrz wygląda to jak „ma szczęście do ludzi”, w środku pracuje cały system społecznych luster.

Podobni przyciągają: swój swojego pozna

Z badań nad relacjami jasno wynika, że lubimy ludzi, których postawy i sposób myślenia są zbliżone do naszych. Nie chodzi o identyczne biografie, bardziej o poczucie, że „nadajemy na tych samych falach”. Podobieństwo sprawia, że czujemy się wzmocnieni we własnych przekonaniach. Kiedy ktoś myśli podobnie o pracy, bliskości, polityce czy wychowaniu dzieci, dostarcza nam cichego potwierdzenia: „to, co uważam, ma sens”. Z tej perspektywy sympatia staje się rodzajem społecznego wsparcia dla obrazu siebie. Łatwiej wtedy otworzyć się, odsłonić wrażliwsze obszary, a to z kolei pogłębia więź. Osoba bardzo odmienna, nawet jeśli intrygująca, potrafi uruchomić raczej czujność niż ciepło.

Efekt zysku-straty. Im więcej wysiłku, tym więcej sympatii

Ciekawym zjawiskiem jest tak zwany efekt zysku i straty. Badania Elliota Aronsona i jego współpracowników pokazały, że najbardziej lubimy osoby, których nastawienie do nas z czasem wyraźnie się poprawia. Nawet jeśli na początku były powściągliwe, zdystansowane, a dopiero później zaczęły okazywać sympatię, taki „zysk” działa szczególnie mocno. Aronson i Judson Linder przeprowadzili eksperyment, w którym uczestnicy słyszeli różne opinie na swój temat. Najwięcej sympatii budziła osoba, u której od notatek krytycznych przechodzono stopniowo do bardzo pozytywnych. Stabilnie miłe komentarze robiły mniejsze wrażenie. Jeszcze gorzej wypadała sytuacja odwrotna, gdy początkowa życzliwość z czasem słabła. W praktyce oznacza to, że jeśli czyjąś uwagę, szacunek albo zaufanie trzeba było zdobywać stopniowo, ta osoba zyskuje w naszych oczach szczególny status.

Jeśli musisz na to zapracować, będziesz zadowolony

Inny klasyczny eksperyment Aronsona i Mills pokazuje, jak wysiłek wpływa na ocenę grupy czy relacji. Studentki, które brały udział w badaniu, miały dołączyć do dyskusyjnej grupy zajmującej się psychologią seksualności. Część z nich przeszła bardzo wymagającą, krępującą „inicjację”, która polegała na głośnym czytaniu obscenicznych treści. Inne miały wersję łagodną albo zostały przyjęte bez żadnych warunków. Wszystkie później słuchały tej samej, w rzeczywistości skrajnie nudnej i napuszonej dyskusji członków grupy. Co ciekawe, tylko te dziewczyny, które włożyły w dołączenie do niej duży wysiłek, oceniały rozmowę łagodniej i dopatrywały się w niej zalet. Pozostałe widziały ją taką, jaka faktycznie była: męczącą i mało wartościową. Gdy koszt wejścia do grupy jest wysoki, psy­chika zaczyna „ratować sens” tego doświadczenia. W efekcie rośnie przywiązanie do ludzi i miejsca, za które już drogo się zapłaciło. Podobny mechanizm widać w życiu codziennym. Ten sam klub, projekt czy znajomość wydaje się cenniejsza, jeśli pokonałaś sporo przeszkód, żeby tam być. W relacjach międzyludzkich także działa zasada: im więcej emocjonalnego i czasowego wkładu, tym trudniej potem taką więź zbagatelizować.

Drobna wpadka, wielki efekt. Kiedy perfekcja zaczyna męczyć?

W latach 60. Aronson, Willerman i Floyd pokazali coś jeszcze. Uczestnicy słuchali nagrań czterech osób. Jedna wypadała niemal perfekcyjnie, druga była równie dobra, ale w pewnym momencie oblała się kawą i zareagowała dość niezręcznie. Trzecia była po prostu przeciętna, czwarta przeciętna z tą samą niezręczną wpadką. Okazało się, że najbardziej lubiana była osoba kompetentna, której przydarzyło się drobne potknięcie. Niedoskonałość uczyniła ją bardziej ludzką i przystępną. U osób miernych ten sam błąd tylko pogarszał wrażenie. Warto o tym pamiętać, gdy przy kimś „idealnym” czujemy napięcie i dystans. Lekka nieporadność, śmiech z samej siebie czy chwilowa gafa potrafią zbudować więcej sympatii niż tonę nienagannego wizerunku.

Relacja jak mała ekonomia: teoria kar, nagród i wymiany społecznej

Jedna z klasycznych koncepcji widzi atrakcyjność interpersonalną w kategoriach nagród i kar. Sympatię budzą osoby, przy których częściej doświadczamy przyjemnych stanów: śmiechu, wsparcia, ciekawych doświadczeń, ważnych informacji. Niechęć pojawia się tam, gdzie w relacji dominują przykre emocje, krytyka czy poczucie zagrożenia. Schemat przypomina proste warunkowanie znane z badań nad uczeniem się. Na osobę pierwotnie obojętną przenoszą się emocje, które towarzyszą jej obecności. Na tej bazie rozwinęła się teoria wymiany społecznej, która mówi o relacjach trochę jak o miniaturowym systemie ekonomicznym. Każda więź ma swoje „nagrody” i „koszty”. Nagrody to na przykład poczucie bycia rozumianą, wsparcie w kryzysie, wspólny śmiech, bliskość fizyczna, ale też konkretne korzyści: nowe kontakty, pomoc w pracy, inspirujące pomysły. Koszty to z kolei napięcie, konflikty, poświęcony czas, ograniczona wolność, nieprzyjemne emocje po kłótniach. Harold Kelley i John Thibaut opisali mechanizm, w którym każdy z nas nieświadomie robi w głowie bilans. Patrzymy, co dostajemy, co oddajemy i z czym to porównujemy. Istnieje tak zwany poziom odniesienia, czyli wyobrażenie, jakie efekty „powinien” dawać związek czy przyjaźń. Jeśli realność jest spójna z tym prywatnym standardem, relacja wydaje się satysfakcjonująca. Drugi element to porównawczy poziom odniesienia dla związków alternatywnych. Chodzi o cichą ocenę: „czy mogłabym mieć lepszą relację z kimś innym?”. Jeśli ktoś uważa, że bez trudu znajdzie bardziej wspierającego partnera czy ciekawszego przyjaciela, łatwiej zrezygnuje z aktualnej więzi. Osoby przekonane, że trudno będzie trafić na coś lepszego, częściej zostają, nawet jeśli balans korzyści i kosztów nie wygląda idealnie.

Równość w dawaniu i braniu. Kiedy relacja wydaje się „sprawiedliwa”

Teoria równości, rozwijana między innymi przez Elaine Walster, Ellen Berscheid i George’a Homansa, dodaje do obrazu jeszcze jeden ważny element. Liczy się nie tylko suma nagród, ale także to, jak rozkładają się one pomiędzy partnerami. W związkach najbardziej stabilnych i satysfakcjonujących obie strony mają poczucie, że wnoszą i dostają mniej więcej tyle samo. Chodzi zarówno o koszty, jak i zyski. Jeśli jedna osoba bierze na siebie większość obowiązków, emocjonalnej pracy i organizacji, a druga głównie korzysta, prędzej czy później pojawia się napięcie. Paradoksalnie, także ktoś, kto przez długi czas „wygrywa” w takim układzie, może zacząć czuć się nieswojo. Normą kulturową pozostaje przekonanie, że relacje powinny być uczciwe. Osoby czerpiące nadmierne profity miewają poczucie winy albo lęk, że zostaną ocenione jako egoistyczne. Brak równowagi najdotkliwiej przeżywają jednak ci, którzy dostają zdecydowanie mniej, niż dają. W ich przypadku niezadowolenie rośnie najszybciej. Zaczyna się niewinnie: przemęczenie, poczucie niewidzialności, irytacja na siebie, że „znowu się zgodziłam”. Z czasem przeradza się to w świadomą potrzebę zmiany układu albo wyjścia z relacji.

Co z tego wynika dla codziennych relacji?

Z pozoru abstrakcyjne teorie i efekty przekładają się na bardzo konkretne wybory i odczucia. Kiedy nagle orientujesz się, że pomiedzy tobą a kimś z pracy „wytworzyła się” przyjaźń, często stoi za tym efekt częstych kontaktów, podobieństwo światopoglądu i to, że przy tej osobie zwyczajnie czujesz się lepiej. Gdy zaczynasz idealizować kogoś, kogo ledwo znasz, niewykluczone, że zadziałała aureola atrakcyjności. Z drugiej strony, jeśli coraz mocniej męczy cię relacja, w której dużo dajesz, a mało dostajesz, to nie „fanaberia”, tylko naturalna reakcja na zaburzoną równowagę wkładów. Kiedy z kimś wiąże cię duży wysiłek włożony w tę znajomość, może być trudniej zobaczyć, że związek przestał cokolwiek dawać. Wtedy do gry wchodzi mechanizm racjonalizacji kosztów. Świadomość tych prawidłowości nie służy temu, by kalkulować każdy gest. Raczej pozwala lepiej rozumieć, dlaczego przy jednych ludziach rośniesz, a przy innych się kurczysz. Ułatwia też postawienie sobie niewygodnych pytań o to, czy dana więź jest dla ciebie realnym wsparciem, czy już tylko przyzwyczajeniem, w które włożyłaś kiedyś za dużo, by łatwo odpuścić.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...