Jesteś marzycielem i często bujasz w obłokach? „Maladaptive daydreaming” może być niebezpieczne
Przez lata marzycielstwo kojarzyło się z czymś niewinnym i romantycznym. Dziś coraz częściej mówi się o jego ciemnej stronie, w której wyobraźnia zamienia się w prywatną ucieczkę od świata. Tak właśnie działa maladaptive daydreaming, czyli nałogowe fantazjowanie.

Zwykłe bujanie w obłokach może pomagać w myśleniu, planowaniu i oswajaniu lęków. Istnieje jednak forma śnienia na jawie, która zaczyna izolować, dezorganizować dzień i zastępować relacje. To „maladaptive daydreaming”, zjawisko wciąż badane, ale już wywołujące wiele pytań.
Czym właściwie jest maladaptive daydreaming?
Marzycielstwo przez długi czas miało niemal wyłącznie pozytywny wydźwięk. Wyobrażaliśmy sobie kogoś z książką na kolanach, zapatrzonego w okno, trochę nie z tego świata, może mniej praktycznego, ale za to pełnego twórczych pomysłów. Od kilku lat ten obraz zaczyna pękać. Coraz częściej mówi się o marzeniach, które nie są już tylko przyjemnym odpoczynkiem dla głowy, lecz czymś, co potrafi wciągnąć jak serial i zająć większą część dnia. W takim właśnie kontekście pojawia się termin „maladaptive daydreaming”. Chodzi o specyficzny sposób śnienia na jawie. Fantazje są bardzo intensywne, rozbudowane, mają swoją logikę, bohaterów, ciągłość. Kluczowe jest jednak coś innego. Ten wewnętrzny świat staje się atrakcyjniejszy niż to, co dzieje się dookoła. Człowiek coraz częściej „znika” w swoich wyobrażeniach, kosztem kontaktów, obowiązków, zwykłych codziennych spraw. Marzenia przestają być delikatnym tłem, a zaczynają przypominać alternatywne życie, w którym spędza się więcej czasu niż w realnym.
Od ślicznego marzyciela do niebezpiecznego nawyku
Tradycyjnie marzenie na jawie romantyzowano. Postać marzyciela kojarzyła się z kimś, kto potrafi mentalnie dopisać więcej barw do szarej rzeczywistości. Współczesna dyskusja przesuwa akcent. Coraz częściej pada pytanie, co się dzieje, kiedy fantazjowanie zaczyna całkowicie odrywać od świata, zamiast go uzupełniać. Zwraca się uwagę na granicę, po której przekroczeniu ucieczka w wyobraźnię przestaje być lekkim sposobem na nudę, a zaczyna przypominać nałóg. Brytyjskie Towarzystwo Psychologiczne używa terminu maladaptive daydreaming m.in. w odniesieniu do sposobu radzenia sobie z trudnymi doświadczeniami. W tym ujęciu śnienie na jawie pojawia się jako odpowiedź na traumę, przemoc, przewlekłą samotność. Ma przynieść ulgę, dać przestrzeń, w której można być kimś innym, żyć inaczej, nie czuć tak mocno bólu. Z czasem ta strategia, jeśli nie jest świadomie kontrolowana, może zacząć dominować nad innymi formami radzenia sobie.
Od filozofów do współczesnych badań: krótka historia marzeń na jawie
Sam pomysł, że człowiek oddaje się marzeniom w pełni świadomie, fascynował myślicieli znacznie wcześniej niż pojawiły się współczesne definicje. Immanuel Kant i John Locke pisali o tym, jak wyobrażenia tworzone w stanie „oderwania” od zadania potrafią wpływać na nasze wybory i sposób, w jaki interpretujemy rzeczywistość. Dostrzegali dużą siłę tego procesu, zarówno w kontekście poznawczym, jak i życiowych decyzji. Na początku XX wieku belgijski badacz Julien Varendonck poświęcił temu zjawisku osobną książkę „The Psychology of Day-Dreams”. Zwracał uwagę na to, jak bardzo marzenia na jawie wpływają na to, co o sobie myślimy, jak się postrzegamy i w jaki sposób analizujemy własne doświadczenia. Jego praca, opatrzona przedmową Zygmunta Freuda, była jednym z pierwszych naukowych ujęć tego tematu. Kilka dekad później amerykański psycholog Jerome L. Singer spędził praktycznie całą naukową karierę, badając śnienie na jawie. Opisywał jego pozytywną stronę, związaną z kreatywnością, planowaniem i twórczym myśleniem. Zauważył jednak również, że osoby z trudnościami w koncentracji łatwiej „odpływają” w fantazje. Według niego częstym powodem nadmiernego uciekania od realności jest lęk przed przyszłością. Głowa zaczyna wtedy albo nawracać do negatywnych wspomnień, albo produkować niezliczone warianty tego, co może pójść źle. Eli Somer, izraelski profesor psychologii klinicznej, kilka lat temu zaproponował wyraźniejsze wyodrębnienie maladaptive daydreaming jako osobnego zjawiska. Zauważył, że intensywne fantazjowanie może działać jak środek przeciwbólowy, poprawiać nastrój i dawać poczucie chwilowej ulgi. Zaznaczał jednak, że jeśli zaczyna zastępować realne relacje, pracę, rozwój, może utrudniać funkcjonowanie i powodować długotrwałą izolację.
Jak działa zdrowe śnienie na jawie?
Każdy umysł ma momenty, w których odpina się od pełnej koncentracji. To chwile, gdy spojrzenie błądzi po krajobrazie za oknem, a myśli skręcają w bok. W neurobiologii opisuje się wtedy aktywację tzw. sieci stanu spoczynkowego. Można ją porównać do trybu, w którym mózg nie jest skupiony na jednym zadaniu, ale intensywnie przetwarza wspomnienia, wyobrażenia i plany. W takim stanie powstają nasze wewnętrzne opowieści o tym, co było i co może się wydarzyć. To swoista „próba generalna”, w której testujemy w głowie różne możliwości. Takie marzenie pełni ważną funkcję. Pozwala oswajać lęki przez powtarzanie trudnych scen w bezpiecznym środowisku, dodaje kolorów rutynowej codzienności, pomaga też spojrzeć na siebie z dystansu. Badania pokazują, że osoby, które potrafią korzystać z tego trybu w elastyczny sposób, częściej analizują swoje zachowania, częściej też zastanawiają się nad tym, jak ich decyzje wpływają na innych. Problem pojawia się, gdy naturalne „odpływanie” przestaje być krótką przerwą, a zamienia się w główny sposób spędzania wolnego czasu. Zamiast funkcji porządkującej i ochronnej, śnienie na jawie zaczyna wtedy działać jak prywatny azyl od wszystkiego, co trudne, wymagające, frustrujące.
Własny serial w głowie: kiedy fabuła nigdy się nie kończy
Osoby opisujące doświadczenie maladaptive daydreaming mówią często o długich, rozciągniętych w czasie scenariuszach. W głowie istnieje cały świat, stała obsada bohaterów, powracające motywy. Taka wewnętrzna opowieść potrafi toczyć się latami. Zmieniają się jedynie szczegóły, dodawane w odpowiedzi na nowe doświadczenia czy aktualny nastrój. Zdarza się, że fantazje przybierają bardzo silne, czasem bolesne formy. Niektórzy wyobrażają sobie skrajnie dramatyczne sytuacje, na przykład śmierć kogoś bliskiego. Pozwalają sobie przeżyć całą emocjonalną falę aż do płaczu, a później wracają do codzienności z poczuciem ulgi, że to, co najgorsze, rozegrało się tylko w wyobraźni. Ten rodzaj mentalnej „inkubacji” lęków bywa na pierwszy rzut oka kojący, ale im częściej się do niego wraca, tym trudniej jest czerpać ukojenie z realnych relacji i zdarzeń. Ważnym sygnałem staje się moment, w którym fantazjowanie zaczyna zajmować coraz więcej miejsca w planie dnia. Pojawia się złość, gdy ktoś przerywa „w ważnym momencie sceny”, rośnie też pokusa, by wycofywać się z sytuacji społecznych tylko po to, by móc spokojnie wrócić do głowy. Prawdziwe życie służy wtedy głównie jako źródło inspiracji, które można później przetworzyć i wpleść w kolejne odcinki wewnętrznego serialu.
„Przyjemne, łatwo dostępne i legalne” – potencjał uzależniający
Badania prowadzone na Harvardzie sugerują, że umysł, który chronicznie błąka się po alternatywnych rzeczywistościach, nie jest szczególnie szczęśliwy. Chodzi o sytuację, w której uwaga większość czasu spędza daleko od tego, co realnie się dzieje, a człowiek coraz mniej uczestniczy w własnym życiu. Eli Somer zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt. Śnienie na jawie bywa wyjątkowo kuszącą formą ucieczki, bo nie wymaga żadnych środków z zewnątrz. Jest dostępne zawsze, natychmiast, w pełni dyskretne. Ten mechanizm komfortu ma swoją cenę. Z czasem może pojawić się przestawienie priorytetów: fantazja pierwsza, rzeczywistość w drugiej kolejności. Wtedy to, co wymaga wysiłku, czekania, frustracji, zaczyna przegrywać z tym, co można w głowie zaprojektować dokładnie tak, jak się chce. Tak kształtuje się ryzyko uzależnienia od własnej wyobraźni. Nie chodzi o klasyczny nałóg w sensie substancji, lecz o przywiązanie do stanu, który daje natychmiastowe ukojenie, mimo że na dłuższą metę utrudnia budowanie realnego życia.
Kiedy marzenia zaczynają szkodzić?
Granica, po której przekroczeniu można mówić o maladaptive daydreaming w sensie klinicznym, nie jest ostra. Somer proponuje jednak kilka orientacyjnych punktów. Problem zaczyna się wtedy, gdy fantazjowanie odbywa się kosztem ważnych obszarów funkcjonowania. Gdy przestajemy spotykać się z ludźmi, coraz rzadziej wychodzimy z domu, odkładamy obowiązki, rezygnujemy z rozwoju czy kariery, bo „przeszkadzają” w marzeniach. Istotne jest także subiektywne poczucie kontroli. Jeżeli ktoś ma wrażenie, że nie potrafi przerwać fantazjowania, że jest wciągany w ten stan wbrew własnej woli i zostaje w nim znacznie dłużej niż planował, można mówić o utracie wpływu na własny umysł. Kolejnym sygnałem ostrzegawczym bywa narastające poczucie winy i wstydu – świadomość, że rzeczywistość zaczyna się sypać, a jednocześnie silny przymus uciekania do świata wewnętrznego.
Skąd taka potrzeba ucieczki w wyobraźnię?
Współczesne tempo życia i ilość bodźców, z którymi codziennie mamy do czynienia, tworzą środowisko sprzyjające ucieczkom. Umysł, który stale przetwarza informacje, porównania, oczekiwania, czasem szuka jedynej dostępnej mu pauzy. Najprościej znaleźć ją we własnej głowie. Do tego dochodzi wpływ wyidealizowanych obrazów, które widzimy wokół siebie. Perfekcyjne kariery, ciała, mieszkania, relacje – wszystko to może budzić poczucie, że własne życie jest zbyt zwyczajne, zbyt niedoskonałe. Dla wielu osób marzenie na jawie staje się wtedy sposobem na zamieszkanie przez chwilę w innej wersji siebie. W takiej, która spełnia wszystkie wyobrażenia, jakie podsuwa kultura, ale których trudno doświadczać na co dzień. Badacze zwracają też uwagę na związek między nałogowym marzycielstwem a doświadczeniami bólu emocjonalnego. Przemoc, zaniedbanie, długotrwała samotność tworzą w psychice rany, które domagają się ukojenia. Wyobraźnia jest jednym z najłatwiej dostępnych środków, by choć na moment odsunąć od siebie to, co trudne. Im silniejszy ból, tym większa pokusa, by pozostać w świecie, w którym wszystko da się zmienić jednym ruchem myśli.
Jak korzystać z marzeń, nie tracąc rzeczywistości?
Eli Somer podkreśla, że marzenia same w sobie nie są wrogiem. Mogą być źródłem przyjemności, materiałem do twórczej pracy, narzędziem, które pomaga zrozumieć siebie. Kluczowe staje się nauczenie się, jak je „oswoić”, zamiast pozwalać, by przejęły kontrolę. Praktyka polega między innymi na świadomym wyznaczaniu czasu na fantazje i na zauważaniu momentów, w których zamiast krótkiego odpoczynku zaczyna się w nich znikać. Warto obserwować, po czym najczęściej sięga się po marzenia: czy dzieje się to wtedy, gdy pojawia się stres, konflikt, poczucie porażki, samotności. Taka obserwacja nie służy samooskarżaniu, ale lepszemu zrozumieniu, co tak naprawdę próbujemy przed sobą schować. W przypadku, gdy śnienie na jawie wyraźnie dezorganizuje życie, pomocna bywa rozmowa ze specjalistą. Praca terapeutyczna może dotykać zarówno samego nawyku fantazjowania, jak i tego, co go napędza: dawnego bólu, aktualnych lęków, poczucia bezradności. Celem nie jest wyczyszczenie umysłu z wyobrażeń, lecz odzyskanie poczucia, że to my wybieramy, kiedy z nich korzystamy, a kiedy stajemy twarzą w twarz z realnym światem.