Kiedy spotkałyśmy się po raz pierwszy, a było to 10 lat temu podczas otwarcia jej butiku Lui Store z autorską selekcją ubrań, dodatków i wyposażeniem wnętrz (który prowadzi do dziś), mówiła, że nie planuje założenia własnej marki. Choć jest absolwentką projektowania w prestiżowej londyńskiej szkole mody Central Saint Martins, stażystką Diora, Marchesy i Charlie May. – Gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że będę w miejscu, w którym jestem teraz, nie uwierzyłabym – mówi mi Luiza Kubis podczas rozmowy, na którą umówiłyśmy się w sklepie Monday Artwork przy ulicy Mokotowskiej w Warszawie. – Robię dokładnie to, co zawsze chciałam robić, chociaż wówczas bałam się jeszcze o tym marzyć – dodaje.
WIDEO…
Ponadczasowa elegancja z twistem. Tak w skrócie można opisać styl Monday Artwork
Odważyła się cztery lata temu, ale zaczęła nieśmiało. Nie afiszowała się, że startuje z własną marką. – Jestem ostrożna, miewam wątpliwości i stresuję się każdą premierą. Nie lubię głośno mówić o sobie, wolę, by projekty broniły się same – wyznaje. Pierwsze rzeczy Monday Artwork wprowadziła do sprzedaży w Lui Store, nie zdradzając, że to jej dzieło. Klientki jednak szybko się domyśliły. Rozpoznały charakterystyczny dla niej styl – ubrania proste i ponadczasowe, ale uszyte z fantazją. Jakościowe i dopracowane w detalach. Z przewagą marynarek – bez klap, za to na guziki. Luiza ma do nich szczególną słabość. To produkty flagowe, np. model Frank. – Gdy mam go na sobie, zawsze czuję się dobrze ubrana – mówi. Cieszy się, że to samo czują jej klientki.
Nic dziwnego, że do niej wracają. Są też coraz odważniejsze. – Polski rynek mody działa inaczej niż pozostałe. Na Zachodzie, kiedy pojawia się coś nowego, każdy chce to mieć, by się wyróżnić. W Polsce potrzeba dwóch sezonów, żeby ludzie się z czymś oswoili i dopiero zechcieli to nosić – zdradza. Powoli się to jednak zmienia, dlatego w Monday Artwork znaleźć można coraz więcej charakterystycznych dodatków, takich jak kołnierz kryza, który choć powstał z myślą o sesji zdjęciowej, spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem. – Moda bywa kapryśna, nie wszystko można przewidzieć – podkreśla Luiza. Musiała nauczyć się tego, że nie na wszystko ma wpływ. – Skąd nazwa Monday Artwork? – pytam na koniec. – Lubię poniedziałki, lubię sztukę i lubię swoją pracę. Siadło – odpowiada Luiza. Najwyraźniej nie jest w tym sama.
Ten i wiele innych artykułów można przeczytać w numerze GLAMOUR z Lilą Janowską na okładce (a nawet dwóch):