Reklama

Na papierze wszystko wygląda dobrze. Dwoje dorosłych ludzi, partnerski układ, wspólne cele, dzielenie codzienności. W praktyce coraz częściej okazuje się, że to partnerka jest centrum sterowania całym emocjonalnym życiem pary. To ona pamięta, kto w rodzinie ma urodziny, wyjaśnia konflikty, motywuje do badań lekarskich, łagodzi napięcia po pracy. I jeszcze wysłucha, gdy „świat się wali”, choć swój własny ma już dawno na skraju przeciążenia. To właśnie ten cichy, a bardzo wymagający pakiet obowiązków badacze nazywają dziś „mankeepingiem”. Zjawiskiem, które odsłania, jak daleko nam jeszcze do prawdziwego partnerstwa, nawet w związkach, które same siebie tak określają.

Czym jest mankeeping: emocjonalne zarządzanie dorosłym mężczyzną

Mankeeping można opisać jako stałe doglądanie emocjonalnego dobrostanu partnera. Chodzi o codzienne, często rutynowe działania: pytanie, jak się czuje, wyciąganie z niego tego, co go gryzie, szukanie rozwiązań, kiedy przeżywa kryzys. Do tego dochodzi troska o relacje z jego rodziną, podtrzymywanie kontaktów towarzyskich, przypominanie o ważnych terminach, umawianie wizyt u lekarza. Ta praca nie ma swojej rubryki w domowym budżecie ani godzin w grafiku. Działa w tle, po cichu, zwykle wieczorami, w przerwach w pracy, „przy okazji”. Partnerzy traktują ją często jak naturalny element relacji. Zły dzień w firmie, spięcie z szefem, konflikt z kumplem – wszystko to trafia do jednej osoby. Ona ma wysłuchać, uspokoić, czasem „naprawić” sytuację, doradzić, pocieszyć. Bez pytania, czy ma na to zasoby. Mankeeping pojawia się zarówno w długoletnich małżeństwach, jak i w rozmytych układach typu situationship, gdzie nic nie jest nazwane, za to emocjonalna opieka nad mężczyzną i tak trafia do kobiety. Różnica polega tylko na tym, że w luźniejszych relacjach bywa jeszcze mniej doceniana, bo „przecież to nie jest poważny związek”.

Samotność mężczyzn i recesja męskich przyjaźni

Za tym, że to kobiety przejmują rolę emocjonalnych menedżerek, stoją szersze procesy społeczne. Zespół badawczy z Uniwersytetu Stanforda zwraca uwagę na coś, co określają mianem recesji męskich przyjaźni. Mężczyźni coraz rzadziej mają bliskich kumpli, z którymi mogą porozmawiać szczerze o lękach, wątpliwościach, kryzysach. W pracy „Theorizing Mankeeping: The Male Friendship Recession and Women’s Associated Labor as a Structural Component of Gender Inequality” Angelica Ferrara i Dylan Vergara opisują ten trend wprost: rośnie męska samotność, a wraz z nią rośnie obciążenie kobiet emocjonalną pracą na rzecz partnerów. Zamiast sieci wsparcia jest jedna osoba, na której spoczywa wszystko. Taki układ może na początku wydawać się dowodem zaufania. On nie ma z kim pogadać, więc otwiera się przed „tą jedyną”. Z czasem okazuje się jednak, że partnerka stała się jedynym filtrem, regulatorem, amortyzatorem jego emocji. Jeśli ona zawiedzie albo po prostu nie ma siły, cały system się sypie.

Mankeeping jako element systemu, nie „prywatny problem”

Badanie Ferrary i Vergary pokazuje coś jeszcze: mankeeping nie jest przypadkowym zbiegiem okoliczności w pojedynczych związkach. To objaw strukturalnej nierówności płci, osadzonej w patriarchalnym porządku. O podobnej pracy pisała już cztery dekady temu socjolożka Arlie Hochschild, wprowadzając pojęcie pracy emocjonalnej. Kobiety są od pokoleń socjalizowane do troski o cudze przeżycia. Mają dbać o nastrój przy stole, łagodzić konflikty, być wyrozumiałe, „nie robić scen”. W dorosłym życiu ten trening przekłada się na gotowość do zajmowania się emocjami innych kosztem siebie. W tak ustawionym świecie uczucia mężczyzn ustawiają się w centrum. To ich złość, frustracja, lęk stają się priorytetem, wokół którego inni mają się zorganizować. Kobiece zmęczenie, irytacja, smutek często są spychane na margines, bo „on ma teraz trudniej”, „jemu się zawaliło”, „jego praca to presja”. W efekcie powstaje układ, w którym jedna strona jest stale otoczona troską, a druga ma nauczyć się „nie przesadzać” i „rozumieć sytuację”.

Wypalone zanim zaczną. Mankeeping a rezygnacja z randkowania

Kiedy ta praca trwa miesiącami albo latami, ciało i psychika zaczynają wysyłać wyraźne sygnały. Zmęczenie, drażliwość, poczucie, że „każdy coś ode mnie chce”, brak przestrzeni na własne potrzeby. Rose Hackman w książce „Praca emocjonalna. Jak niewidzialna praca kształtuje nasze życie i jak poznać się na własnej sile” pisze wprost, że w wielu miejscach jako społeczeństwo doszłyśmy już do ściany. Emocjonalne wypalenie nie dotyczy tylko kobiet w długich związkach. Coraz częściej pojawia się już na etapie randkowania. Ferrara i Vergara zwracają uwagę, że wiele kobiet dopiero wtedy orientuje się, jak wiele robią. Zauważają, że po kolejnych rozmowach online, długich wiadomościach pełnych zwierzeń, nocnych telefonach z „pilnym kryzysem” czują się jak po dyżurze w poradni, nie jak po miłym poznawaniu kogoś nowego. W pewnym momencie przychodzi proste, ale mocne pytanie: „Czy ja mam partnera, czy pacjenta?”. I równie prosta odpowiedź: „Nie chcę dłużej tego dźwigać”.

„Nie jestem twoją terapeutką”: granica, która wybrzmiewa coraz mocniej

To zdanie, „Nie jestem twoją terapeutką”, pojawia się dziś w memach, na TikToku, w felietonach. To znak, że wiele kobiet przestało traktować emocjonalne ratownictwo jako naturalny składnik relacji. Historie publikowane choćby w „New York Post” pokazują podobny schemat. Bohaterki nie rezygnują z bliskości, bo nie wierzą w związki albo „boją się zobowiązań”. Rezygnują, bo nie chcą kolejny raz wchodzić w rolę, w której oprócz własnego życia muszą prowadzić cudze. Mają swoje obowiązki, swoje obciążenia, swoją terapię czy własne kryzysy. Dodawanie do tego całodobowej dostępności na cudze emocje staje się ponad siły. Jednocześnie badania nie pozostawiają złudzeń. Singielki, które nie dźwigają na co dzień partnera i dzieci, statystycznie częściej deklarują wyższy poziom satysfakcji z życia, lepszy stan zdrowia i dłuższą oczekiwaną długość życia. Samotni heteroseksualni mężczyźni, czyli ci, którzy nie są „zaopiekowani” przez kobiety, żyją krócej i gorzej się czują. Według danych Pew Research tylko 38 procent samotnych kobiet w USA aktywnie szuka związku. W przypadku samotnych mężczyzn to 61 procent. Różnica mówi sama za siebie: dla kobiet związek bywa dziś bardziej ryzykiem dodatkowej pracy niż oczywistym zyskiem.

Kiedy romans zamienia się w emocjonalny etat

Z zewnątrz może to wyglądać jak paradoks. W kulturze, która idealizuje romantyczną miłość, coraz więcej kobiet wybiera życie w pojedynkę. W praktyce to często bardzo racjonalna decyzja. Jeśli praca zawodowa już jest wymagająca, jeśli do tego dochodzi obciążenie rodzinne, trudno dobrowolnie fundować sobie jeszcze jeden obszar, w którym ma się „ogarniać” kogoś innego. Oczywiście mankeeping nie jest jedynym powodem rosnącej popularności singielstwa. Dokłada się do tego sytuacja ekonomiczna, zmiana norm społecznych, możliwość samodzielnego życia bez stygmatyzacji. Jednak świadomość, czym jest praca emocjonalna i jak bardzo jest wyczerpująca, sprawia, że kobiety ostrożniej podchodzą do relacji, w których od początku słychać podtekst: „Potrzebuję kogoś, kto mnie uratuje”. Tam, gdzie od razu widać, że mężczyzna oczekuje nie tyle partnerki, ile opiekunki jego psychiki, coraz częściej zapala się czerwone światło. Pojawia się decyzja, że to nie jest propozycja na życie, tylko przepis na kolejne wypalenie.

Co można zmienić: równość zaczyna się na poziomie uczuć

Mankeeping nie zniknie tylko dlatego, że nazwiemy go po imieniu. Samo uświadomienie sobie zjawiska jest jednak kluczowe. To pierwszy moment, w którym kobieta może zobaczyć, że to, co robi, nie jest „naturalną kobiecą troską”, tylko konkretną pracą. Pracą, która ma swoją cenę. Zmiana wymaga kilku równoległych procesów. Z jednej strony mężczyźni potrzebują uczyć się budowania sieci wsparcia poza związkiem: przyjaźni, grup, przestrzeni, gdzie mogą rozmawiać o emocjach bez zrzucania całego ciężaru na partnerkę. Z drugiej strony kobiety potrzebują odwagi, by stawiać granice. Powiedzieć „nie odbiorę teraz telefonu, bo jestem po całym dniu na skraju wyczerpania” albo „z tym tematem warto, żebyś poszedł do specjalisty”. Równość nie wydarzy się tylko w obszarze finansów, podziału obowiązków domowych czy urlopów rodzicielskich. Musi dotknąć także sfery emocjonalnej. Dopóki oczekuje się, że jedna osoba będzie regulować nastroje wszystkich dookoła, system będzie produkował zmęczenie i samotność. Rozmawianie o mankeepingu pozwala zrobić jeszcze jeden ważny krok. Uznaje pracę emocjonalną za realną, wymagającą kompetencji i energii. Wyciąga ją z domowych kuluarów na światło dzienne. A to pierwszy warunek, żeby przestać traktować ją jak niewidzialny obowiązek kobiet i zacząć widzieć w niej coś, co wymaga dzielenia, docenienia i świadomego wyboru.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...