„Ekspedientki” to australijski film z 2018 roku, w którym śledzimy Lisę – nieśmiałą absolwentkę szkoły średniej, podejmującą wakacyjną pracę w eleganckim domu towarowym Goode’s w Sydney. Na jej drodze stają Magda (Julia Ormond), charyzmatyczna europejska emigrantka od ekskluzywnej mody, oraz Fay (Rachael Taylor) i Patty (Alison McGirr), które zderzają własne plany z oczekiwaniami epoki. Reżyser Bruce Beresford, znany z „Wożąc panią Daisy”, łączy historię dojrzewania z portretem Australii końca lat 50., kiedy imigracja z Europy i zmieniająca się pozycja kobiet zaczynają wywracać do góry nogami codzienność. Angourie Rice została za rolę Lisy nagrodzona AACTA Award, a film okazał się jedną z najcieplejszych i najprzyjemniejszych do oglądania australijskich produkcji ostatnich lat.

WIDEO

player placeholder

O czym opowiadają „Ekspedientki”?

Na ten film trafiłam zupełnie przez przypadek, przeglądając w weekend ofertę Netfliksa, pomyślałam: „dobra, jeszcze jeden seans i idę spać”. Zostałam do końca. „Ekspedientki” przenoszą nas do Sydney w 1959 roku, gdzie Lisa czeka na wyniki egzaminów i skrycie marzy o studiach na Uniwersytecie w Sydney, choć jej konserwatywni rodzice widzą dla niej raczej bezpieczną pracę biurową i „porządne małżeństwo”. Dziewczyna zatrudnia się na lato w domu towarowym Goode’s i trafia do działu odzieżowego, którym rządzi Magda – elegancka, charyzmatyczna emigrantka z Europy grana przez Julię Ormond. Wśród wieszaków z czarnymi sukienkami, manekinów i stosów rękawiczek Lisa poznaje też Fay i Patty, kobiety zmagające się z zupełnie przyziemnymi problemami: małżeństwem, samotnością, brakiem perspektyw. Okazuje się, że elegancka przestrzeń domu towarowego jest tylko fasadą – za nią kryją się lęki, ambicje i małe bunty bohaterek. Kilka letnich tygodni zamienia się dla Lisy w lekcję dorosłości i pierwszy świadomy wybór, jakiej przyszłości chce dla siebie naprawdę.

Magda otwiera przed Lisą drzwi do „zbyt ambitnego” życia

Choć zwykle szerokim łukiem omijam postacie mentorek napisane jak z poradnika motywacyjnego, Magdę kupiłam od pierwszej sceny. Europejska emigrantka, która po wojnie trafiła do Australii, zarządza najbardziej szykownym działem Goode’s i wprowadza Lisę w świat prawdziwej mody – nie tej z rodzinnych katalogów, tylko z Paryża i „starego kontynentu”. Dla Lisy, wychowanej w raczej zachowawczym domu, spotkania w mieszkaniu Magdy i jej męża Stefana (Vincent Perez) są jak wejście do równoległej rzeczywistości: przy wspólnym stole miesza się kilka języków, pije się wino, dyskutuje o książkach i przyszłości, a studia dla dziewczyny nie są fanaberią, ale czymś absolutnie naturalnym. A jakby tego było mało, Magda od początku traktuje jej ambicje poważnie – nie udaje, że nic nie rozumie, nie sprowadza rozmowy do sukienek i „ładnego uśmiechu”. Ten wątek imigrancki nie jest tu tylko dekoracją; zderzenie „starej” Europy i powojennej Australii pokazuje, jak bardzo świeże spojrzenie przybyszy potrafi rozhuśtać zastane normy społeczne.

Zobacz także:

Kobieca solidarność jest tu ważniejsza niż jakikolwiek romans

To nie jest typowa opowieść o dziewczynie, która w sklepie poznaje przystojnego klienta i cały film kręci się wokół tego, czy będą razem. „Ekspedientki” mają romanse w tle, ale sednem są relacje między Lisą, Magdą, Fay i Patty. Wbrew temu, do czego przyzwyczaiło nas sporo filmów z modą w tle, bohaterki nie obgadują się za plecami i nie walczą o faceta czy podwyżkę. Zamiast tego komentują swoje wybory, wspierają się w kryzysach i stopniowo zaczynają mówić na głos rzeczy, których nie odważyłyby się powiedzieć w domu. Fay mierzy się z męskim lękiem przed zaangażowaniem, Patty z małżeństwem, które nie wygląda jak w reklamach proszku do prania, a Lisa z ojcem, który ma problem z wyobrażeniem sobie córki na uniwersytecie. Film pokazuje, jak bardzo te rozmowy „na zapleczu” – przy przymiarkach, w szatni, na przerwie – potrafią zmienić czyjąś decyzję o całym życiu. Płakałam i śmiałam się na zmianę, bo te sceny są jednocześnie pełne czułości i bardzo celnie punktują, ile kosztowało wtedy każde, nawet najmniejsze odstępstwo od normy.

Angourie Rice i Julia Ormond tworzą duet, od którego nie można oderwać oczu

Nie daję drugiej szansy filmom, w których obsada nie „niesie” historii, a tutaj miałam wrażenie, że casting po prostu nie mógł być lepszy. Angourie Rice, którą większość kojarzy z młodszej wersji Betty z „Mare z Easttown” czy z występów w filmach o Spider-Manie, jako Lisa jest jednocześnie nieśmiała i uparta, trochę nieporadna, ale bardzo świadoma tego, że chce czegoś więcej. Nic dziwnego, że właśnie za tę rolę zgarnęła AACTA Award dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej – to doskonale poprowadzona przemiana, od przygarbionej nastolatki w szkolnym mundurku po dziewczynę, która potrafi zakwestionować plany ojca. Julia Ormond jako Magda jest natomiast dokładnie tak magnetyczna, jak sugerują jej pierwsze wejścia: każdy gest, akcent, spojrzenie budują postać kobiety, która sama musiała zawalczyć o swoje miejsce po wojnie i teraz bardzo świadomie podaje dłoń kolejnemu pokoleniu. Na drugim planie świetnie wypada też Rachael Taylor w roli Fay – to trochę inny typ bohaterki, bardziej „dzisiejszy” w marzeniach o miłości, ale przez to bardzo łatwo się z nią utożsamić.

„Ekspedientki” zgarnęły 4 nagrody AACTA i solidny zestaw nominacji

Ten niedoceniony u nas film w Australii wcale nie przeszedł bez echa. „Ekspedientki” zdobyły cztery nagrody AACTA: dla Angourie Rice za główną rolę, za muzykę Christophera Gordona, kostiumy Wendy Cork oraz za charakteryzację i fryzury. Sam fakt, że nagrodzono właśnie te elementy, sporo mówi o tym, jak bardzo film opiera się na klimacie, detalach i precyzyjnie odtworzonym świecie końca lat 50. Produkcja była też nominowana w kategoriach najlepszy film, reżyseria Bruce’a Beresforda, scenariusz adaptowany, zdjęcia i montaż. W australijskim kontekście to naprawdę solidny wynik, szczególnie jak na tytuł, który nie miał wielkiej międzynarodowej kampanii. „Ekspedientki” pojawiły się również w programach lokalnych festiwali, takich jak CinefestOZ czy Brisbane International Film Festival, co dodatkowo umocniło ich pozycję w tamtejszym obiegu kinowym.

Kostiumy i scenografia budują cały świat – tu nic nie jest przypadkowe

Zwykle po pięciu minutach w „kostiumówkach” zaczynam się zastanawiać, ile w tym prawdziwej epoki, a ile katalogu z sieciówki, ale tutaj nie mogłam oderwać oczu od detali. Wendy Cork, nagrodzona AACTA za kostiumy, wykonała ogromną pracę: od czarnych sukienek ekspedientek, przez wieczorowe suknie z działu mody, po rękawiczki, torebki i kapelusze – wszystko ustawia nas dokładnie w 1959 roku, ale bez wrażenia przebieranki. Równie ważna jest scenografia i wybór lokacji. Ekipa wykorzystała m.in. dawny dom towarowy Mark Foy’s w centrum Sydney, dziś przekształcony w Downing Centre, oraz plenery w Blue Mountains. Bruce Beresford i jego operator Peter James mieli więc do dyspozycji realne przestrzenie z historią, które musieli „oczyścić” z współczesnych elementów i zamienić w miasto sprzed ponad pół wieku. Efekt? Kiedy Lisa wraca wieczorem do domu tramwajem albo idzie po pracy ulicą, naprawdę czuć, że oglądamy moment, w którym powoli kończy się jedna epoka, a druga dopiero nieśmiało puka do drzwi.

Za kamerą stanął twórca „Wożąc panią Daisy”

Bruce Beresford to nie jest reżyser, który przypadkiem trafił do tego projektu – to twórca z Oscarową historią. Ma na koncie „Wożąc panią Daisy”, nagrodzone Oscarem za najlepszy film, oraz „Pod czułą kontrolą”, za które Robert Duvall dostał Oscara dla najlepszego aktora. Przy „Ekspedientkach” Beresford wrócił do spokojniejszego, bardziej kameralnego kina, ale wykorzystał wszystko, czego nauczył się przy poprzednich tytułach: umiejętność prowadzenia aktorów, wyczucie rytmu scen dialogowych, oko do detalu. Scenariusz powstał we współpracy z producentką Sue Milliken i jest adaptacją powieści Madeleine St John „The Women in Black”, która uchodzi w Australii za ważny tekst opisujący moment tuż przed obyczajową rewolucją. Widać, że Beresford zna ten świat – nie tylko miejskie pejzaże Sydney, ale też mentalność klasy średniej tamtych lat, jej lęki, aspiracje i małe hipokryzje.

Z książki powstał nie tylko film. „Ekspedientki” doczekały się serialowej kontynuacji świata

Jeśli po seansie będzie wam mało domu towarowego Goode’s, mam dobrą wiadomość: ekranowe życie „Women in Black” na filmie się nie skończyło. W 2024 roku powstał australijski serial „Ladies in Black”, którego akcja toczy się już w 1961 roku, czyli kilka lat po wydarzeniach z filmu. Za projektem stoi m.in. reżyserka Gracie Otto, a w obsadzie pojawiają się Miranda Otto, Debi Mazar i Jessica De Gouw. Serial wraca do eleganckich pięter domu towarowego, ale pokazuje bohaterki już w momencie, gdy lata 60. zaczynają przyspieszać: zmienia się moda, obyczaje, podejście do pracy i małżeństwa. To nie jest prosta „serialowa wersja” filmu Beresforda, ale raczej rozwinięcie stworzonego przez Madeleine St John świata – z nowymi bohaterkami, nowymi napięciami i jeszcze mocniej zaznaczoną perspektywą kobiet, które wreszcie zaczynają głośniej mówić o tym, czego chcą.

Gdzie obejrzeć „Ekspedientki”?

„Ekspedientki” są dostępne na Netfliksie w ramach abonamentu.

Ekspedientki
Fot. materiały prasowe

Ekspedientki
Fot. materiały prasowe