Obejrzałam „Jedynego świadka” na Netfliksie i nadal mam natłok myśli. Trudno uwierzyć, że to wydarzyło się naprawdę
Pogodny poranek w londyńskim parku, młoda kobieta na spacerze z psem i synkiem, a kilka minut później miejsce zbrodni, której jedynym świadkiem zostaje dwuletnie dziecko. „Jedyny świadek” opowiada o tym, co działo się po tej tragedii, a nie o samym śledztwie. Netflix udostępnił serial 4 czerwca i niemal od razu trafił on na pierwsze miejsce zestawień w kilkudziesięciu krajach, w tym w Polsce.

Nie potrzeba dziesięciu odcinków, żeby zostawić widza z gulą w gardle. „Jedyny świadek” robi to w trzech. Netflix opowiada w nim prawdziwą historię rodziny, która straciła wszystko w kilka minut, i policji, która latami szukała sprawcy w niewłaściwym miejscu. W weekend premierowy serial rządził platformą w ponad pięćdziesięciu krajach.
O czym jest „Jedyny świadek”? Zbrodnia w biały dzień na oczach dwulatka
Akcja serialu sięga lipca 1992 roku, kiedy 23-letnia Rachel Nickell została zaatakowana i zabita podczas porannego spaceru po Wimbledon Common w Londynie. Towarzyszył jej dwuletni syn Alex i pies. Wszystko rozegrało się w parku pełnym ludzi, w środku dnia, a jedyną osobą, która była najbliżej, okazało się małe dziecko. „Jedyny świadek” nie jest jednak klasycznym serialem śledczym, w którym liczy się pościg za mordercą. Twórcy przesuwają punkt ciężkości na to, co działo się później. Oglądamy André Hanscombe, partnera Rachel i ojca Alexa, który z dnia na dzień zostaje sam z chłopcem, traumą i lawiną pytań bez odpowiedzi. Serial śledzi kolejne lata ich życia, próby odbudowania normalności i moment, w którym dorastający Alex zaczyna mierzyć się z własną pamięcią o tamtym dniu. Całość powstała na podstawie wspomnień Alexa Hanscombe zatytułowanych „Letting Go”. To jego perspektywa, a nie policyjne akta, organizuje opowieść.
Prawdziwa historia Rachel Nickell. Śledztwo, które poszło nie tym torem
Sprawa Rachel Nickell przez lata była w Wielkiej Brytanii synonimem nieudolnego śledztwa. Policja skupiła się na jednym podejrzanym i tak mocno trzymała się tej wersji, że prawdziwy sprawca przez długi czas pozostawał na wolności. Mężczyzna, którego oskarżono jako pierwszego, został ostatecznie oczyszczony z zarzutów, a metody zastosowane podczas dochodzenia stały się przedmiotem ostrej krytyki. Serial pokazuje to z perspektywy rodziny, która płaciła cenę za każdy błąd śledczych. Zamiast wsparcia dostawała kolejne ciosy, od medialnej presji po poczucie, że sprawiedliwość oddala się zamiast zbliżać. André i Alex Hanscombe brali udział w pracach nad produkcją jako konsultanci, więc to, co widzimy na ekranie, jest bliskie temu, co przeżyli naprawdę. Tego samego dnia co serial Netflix udostępnił też towarzyszący mu dokument „Morderstwo Rachel Nickell”, w którym do sprawy wracają osoby z nią związane.
Obsada „Jedynego świadka”. Kto gra André i małego Alexa?
W rolę André Hanscombe, ojca chłopca i partnera Rachel, wcielił się Jordan Bolger. Dorastającego Alexa gra Max Fincham, a Alexa jako kilkuletnie dziecko Jahsaiah Williams. Rachel Nickell na ekranie to Eleanor Williams. W dalszych rolach pojawiają się Kerry Godliman jako babcia June, Neil Maskell jako prowadzący sprawę detektyw Keith Pedder, Mark Stanley, Kevin Eldon, Claire Rushbrook w roli psycholożki dr Jean Harris-Hendriks oraz Paul Chahidi. Za scenariusz i pomysł na serial odpowiada Rob Williams, reżyserię poprowadził Alex Winckler, a produkcją zajęło się studio STV Studios.
Dlaczego „Jedyny świadek” odniósł tak duży sukces?
Po pierwsze, format. Trzy odcinki sprawiają, że całość ogląda się w jeden wieczór, bez dłużyzn typowych dla rozciąganych na siłę miniseriali. Po drugie, prawdziwa historia, która w Polsce jest mało znana, więc spora część widzów poznaje ją dopiero teraz i odbiera kolejne zwroty akcji bez wcześniejszej wiedzy o finale. Liczby mówią same za siebie. Tuż po premierze serial trafił na pierwsze miejsce Netfliksa w 54 krajach, w tym w Polsce. Krytycy też byli po jego stronie, na Rotten Tomatoes zebrał komplet pozytywnych recenzji, a ocena widzów na IMDb utrzymywała się w okolicach 6,6. Trzeci powód jest najprostszy. To opowieść o ojcu i synu, którzy zostają sami, a nie o efektownej intrydze. Emocje robią tu więcej niż zwroty akcji.
„Jedyny świadek”: opinie widzów. Jedni płaczą, inni oglądają jednym tchem
W komentarzach po premierze najczęściej wraca wątek emocji. „Jako matka cały czas płakałam” to jedna z reakcji, która dobrze oddaje ton rozmów o serialu, zwłaszcza wśród rodziców. Inni podkreślają, że to po prostu „super miniserial”, który ogląda się bez ani jednej nudnej sceny. Powtarza się też słowo, że całość jest „trzymająca w napięciu”, szczególnie dla osób, które wcześniej nie znały sprawy Rachel Nickell. Dla nich kolejne odcinki są zaskoczeniem, bo nie wiedzą, w którą stronę pójdzie historia. Część widzów zwraca uwagę, że momentami trudno uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Pojawiają się też głosy mniej entuzjastyczne. Niektórym zabrakło emocji w pewnych fragmentach, a finał wydał się im zbyt mocno podkreślający swoje przesłanie. To jednak pojedyncze zastrzeżenia na tle bardzo ciepłego odbioru.
Czy warto obejrzeć „Jedynego świadka”?
Po „Jedynego świadka” sięgniesz, jeśli lubisz true crime oparte na faktach, ale szukasz czegoś więcej niż relacji z procesu. To serial o stracie, rodzicielstwie i o tym, jak długo ciągnie się cień jednego dnia. Jeśli wolisz mocne, szybkie kryminały z dużą liczbą zwrotów akcji, możesz poczuć pewien niedosyt, bo tempo jest tu spokojniejsze, a napięcie buduje się na emocjach, nie na śledczej układance. Trzy odcinki sprawiają, że to dobra propozycja na jeden wieczór, kiedy chcesz obejrzeć coś, co naprawdę zostaje w głowie. Warto tylko pamiętać, że to ciężki temat, więc po seans lepiej sięgnąć w odpowiednim nastroju.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
