„Pitbull” ma już 21 lat, a dalej ogląda się go jak film, który mógłby wejść do kin dzisiaj. Patryk Vega (tak, ten sam, którego współczesne tytuły często omijacie szerokim łukiem) w 2005 roku zrobił coś, co wtedy było kompletną świeżynką: kryminał, który wyglądał jak z życia wzięty, a nie jak wykład z „Jak udawać Hollywood za pół budżetu”. Inspirował się autentycznymi historiami warszawskich policjantów, zamiast wymyślać przestępców jak z komiksu.
WIDEO…
Surowy obraz Warszawy, poczucie chaosu i brudu, dziwne poczucie humoru wbijane między naprawdę mocne sceny – wszystko to sprawia, że „Pitbull” do dziś ma reputację jednego z najuczciwszych polskich filmów o policji. Zamiast gładkiej propagandówki dostaliśmy świat, w którym nikt nie jest do końca „dobry” i nikt nie jest tylko „zły”, a każda decyzja ma swoją cenę. I chyba właśnie dlatego, mimo upływu lat, ta historia się nie rozchodzi – bo bardziej przypomina podsłuchiwany raport z komisariatu niż klasyczny scenariusz „dobry glina kontra zły bandyta”.
O czym jest „Pitbull”? Warszawa, wydział zabójstw i zero ściemy
Akcja „Pitbulla” rozgrywa się w Warszawie, w wydziale zabójstw. Nie ma tu efektownych pościgów co piętnaście minut ani pięknie oświetlonych panoram miasta. Jest codzienność: trup, dokumenty, przesłuchania, śledztwa, wieczne kombinowanie, jak ogarnąć kolejne sprawy przy ograniczonych zasobach i nie zwariować. W centrum wszystkiego stoi Despero, grany przez Marcina Dorocińskiego. To policjant, który swoje już widział i który coraz częściej ma wrażenie, że granica między tym, co wolno w imię „sprawiedliwości”, a tym, co już dawno poleciało za daleko, praktycznie nie istnieje. Vega pokazuje jego świat od środka – od rozmów na papierosie na komisariacie, przez brutalne zderzenia z przestępcami, po prywatne życie, które zawsze przegrywa z pracą.
Ważne jest to, że „Pitbull” nie dodaje do tego otoczki bohaterskiej legendy. Nie ma tu superbohaterów z odznaką, są ludzie, którzy na zmianę robią rzeczy godne podziwu i takie, których sami się wstydzą. Dzięki temu film ogląda się bardziej jak dokumentalny zapis środowiska niż klasyczny thriller, w którym wszystko musi się zgadzać jak w równaniu. To nie jest typowa sensacja – napięcie budują dialogi, poczucie zagrożenia i świadomość, że ten świat naprawdę mógł wtedy tak wyglądać.
Dorociński, Gajos, Grabowski. Obsada, która robi całą robotę
Jednym z powodów, dla których „Pitbull” tak dobrze się trzyma, jest obsada. Marcin Dorociński jako Despero to była rola, która naprawdę go ustawiła w polskim kinie. Jasne, później przyszły „Róża”, „Jack Strong”, „Gambit królowej”, ale już tutaj widać było aktora, który ma naturalny magnetyzm i potrafi zagrać gościa twardego, a jednocześnie kompletnie pogubionego we własnym życiu. To jedna z tych ról, do których Dorociński zawsze będzie porównywany.
Obok niego pojawia się cały gwiazdozbiór. Janusz Gajos, który nigdy nie wchodzi na plan na pół gwizdka, dorzuca do tej układanki ciężar doświadczenia starszego pokolenia. Andrzej Grabowski, kojarzony wtedy głównie z lżejszym repertuarem, pokazuje, jak dobrze czuje mroczniejsze klimaty – kilka lat później Smarzowski wykorzystał to w „Drogówce”, ale już w „Pitbullu” było jasne, że to jest dobry kierunek.
Są też Krzysztof Stroiński, Jacek Braciak, Danuta Stenka, Rafał Mohr – nazwiska, które później widywaliśmy w najważniejszych filmach ostatnich lat. Tutaj tworzą bardzo konkretną ekipę, w której praktycznie każdy ma swoją charakterystyczną energię. To jest ten rzadki przypadek, kiedy wchodzisz w świat filmu nie tylko przez głównego bohatera, ale przez cały ansambl, i po seansie pamiętasz nie jedną, a kilka postaci, z ich tekstami, manierami, porażkami.
Dlaczego „Pitbull” nadal robi takie wrażenie?
Zdarza się, że wracam do dawnych „hitów” i mam wrażenie, że oglądam skamielinę – coś, co wtedy może działało, ale dziś wygląda jak relikt. „Pitbull” ma ten komfort, że jego niedoskonałości są wpisane w konwencję. Jest brudny, poszarpany, momentami aż zbyt intensywny i właśnie dlatego się nie zestarzał. Tak, widać tu realia połowy lat 2000: inne telefony, inne samochody, inne ubrania. Ale pod tym wszystkim siedzi uniwersalne pytanie: jak funkcjonować w systemie, który zjada swoich ludzi od środka. Nie ma tu prób „dogonienia Zachodu” na siłę, tylko bardzo polska, bardzo lokalna opowieść, która broni się przez uczciwość wobec materiału. To nie jest film do niedzielnego prasowania, tylko do pełnego zanurzenia – za każdym razem, gdy go włączam, odpada mi ochota na kolejne wygładzone kryminały, w których wszyscy wyglądają jak po wizycie u stylisty.
„Pitbull” wraca na Netflix. Gdzie obejrzeć film?
Najważniejsza informacja: „Pitbull” z 2005 roku wraca na Netflix i od 12 sierpnia będzie dostępny w ramach abonamentu. Jeśli dawno go nie widziałaś albo w ogóle nie miałaś jeszcze z nim styczności, to jest idealny moment, żeby nadrobić. Aktualnie film nie jest dostępny w subskrypcji żadnej innej dużej platformy streamingowej, więc Netflix będzie najprostszym sposobem, żeby go obejrzeć legalnie i w sensownej jakości. Zawsze można też polować na wydania płytowe albo cyfrowy zakup w serwisach VOD, ale warto przed seansem sprawdzić aktualną ofertę – katalogi platform i ceny wypożyczeń lub zakupu potrafią zmieniać się szybciej, niż zdążysz napisać „Despero”.





















