Polski film o samosądzie, który ogląda się z przerażeniem. A wszystko wydarzyło się naprawdę
Bohaterowie „Linczu” przez lata żyli w strachu przed jednym człowiekiem. Kiedy go zabrakło, zamiast ulgi przyszło śledztwo, proces i zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem. Film Krzysztofa Łukaszewicza inspirowany jest samosądem we Włodowie, sprawą, która podzieliła Polskę na tych, którzy rozumieli mieszkańców, i tych, którzy widzieli w nich morderców.

Leszek Lichota dostał za tę rolę nagrodę dla najlepszego debiutu aktorskiego, a sam film Grand Prix w Koszalinie. „Lincz” to opowieść o wsi, która przestała czekać na pomoc i sama wymierzyła sprawiedliwość. To, co dzieje się potem, jest najtrudniejszą częścią.
O czym jest „Lincz”? Zbrodnia, o której milczała cała wieś
Akcja rozgrywa się w niewielkiej miejscowości na Warmii. W jednym z domów ginie sześćdziesięcioletni mężczyzna, a podejrzenie pada na sześciu okolicznych mieszkańców. Ofiara to recydywista, który przez lata terroryzował sąsiadów i okoliczne wsie, groził, niszczył, napadał. Ludzie, którzy wcześniej nie weszli w konflikt z prawem, z dnia na dzień słyszą zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem. Od tego momentu zaczyna się druga część tej historii, dużo mniej oczywista niż sama zbrodnia. Oskarżeni trafiają w tryby śledztwa i procesu, a wieś, na czele z rodzinami zatrzymanych, walczy o ich uniewinnienie. „Lincz” nie układa się w prosty podział na dobrych i złych. Każda kolejna scena przesuwa współczucie z jednej strony na drugą.
Zwiastun „Linczu”:
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Prawdziwa historia za filmem. Co wydarzyło się we Włodowie?
Punktem wyjścia był samosąd we Włodowie z 1 lipca 2005 roku. Mieszkańcy wsi zabili Józefa Ciechanowicza, sześćdziesięciolatka z długą kryminalną przeszłością, który od lat terroryzował okolicę. Tego dnia sąsiedzi trzy razy dzwonili na policję, twierdząc, że mężczyzna biega po wsi z maczetą. Radiowóz przyjechał po kilku godzinach. W tym czasie grupa mieszkańców pobiła Ciechanowicza młotem, łopatami i kijami, a on zmarł wskutek obrażeń. Sprawa nie skończyła się tak, jak sugerowałby pierwszy odruch współczucia dla wsi. Sąd najpierw wymierzył sprawcom kary w zawieszeniu, później dwaj bracia, uznani za głównych winnych, usłyszeli wyrok czterech lat więzienia za zabójstwo z nadzwyczajnym złagodzeniem kary, a pozostali mężczyźni dostali kary od pół roku do roku w zawieszeniu. W grudniu 2009 roku skazanych ułaskawił prezydent Lech Kaczyński, a we wrześniu 2010 roku Sąd Najwyższy ostatecznie zamknął sprawę.
Łukaszewicz nie nakręcił dokumentu o Włodowie. Zmienił nazwiska, stworzył własnych bohaterów i fikcyjną wieś, a z prawdziwej sprawy zostawił sobie najważniejsze pytanie: co robić, kiedy państwo nie chroni, a człowiek bierze odpowiedzialność za siebie i sąsiadów.
Kto gra w „Linczu”? Leszek Lichota i obsada, którą zapamiętacie
W głównej roli Adama Grada zobaczycie Leszka Lichotę. To właśnie ta rola przyniosła mu nagrodę dla najlepszego debiutu aktorskiego na koszalińskim festiwalu „Młodzi i Film”. Jego filmowych braci, Dariusza i Marcina Gradów, grają Łukasz Simlat i Maciej Mikołajczyk. W obsadzie znaleźli się też Izabela Kuna jako Jagoda Słota, Tamara Arciuch w roli mecenas Łubieńskiej, Wiesław Komasa jako Zaranek oraz Agnieszka Podsiadlik, która wciela się w Renatę Grad. Za reżyserię i scenariusz odpowiada Krzysztof Łukaszewicz, dla którego „Lincz” był pełnometrażowym debiutem. Zdjęcia robił Witold Stok.
Dlaczego „Lincz” wciąż robi wrażenie i o co tyle szumu?
Film kręcono na Warmii, między innymi w Olsztynie, Barczewie, Dźwierzutach i Bartołtach Wielkich, a surowy, prowincjonalny krajobraz stał się tłem dla całej historii. Łukaszewicz nie prowadzi opowieści po kolei. Przeskakuje między tym, co działo się przed zabójstwem, samą zbrodnią i procesem, więc widz długo składa zdarzenia jak puzzle. Najmocniejszy jest jednak moralny węzeł w centrum tej historii. Mieszkańcy wsi przez lata byli ofiarami, a w jednej chwili stają się oskarżonymi o morderstwo. „Lincz” nie mówi widzowi, po której stronie ma stanąć, i właśnie z tego bierze się dyskomfort, który zostaje po seansie. Film doceniono na festiwalach: dostał Grand Prix „Złoty Jantar” w Koszalinie w 2010 roku oraz Nagrodę Specjalną na Prowincjonaliach we Wrześni rok później.
Co mówią o „Linczu”? Mocne kino, które dzieli
Opinie po premierze poszły w dwie strony i do dziś trudno je pogodzić. Część widzów uznała „Lincz” za jeden z mocniejszych polskich filmów oparty na prawdziwej sprawie, kino, które wreszcie nie udaje, że trudnych tematów nie ma. Doceniano psychologię strachu, atmosferę wsi i to, że film nie serwuje gotowego wyroku. Z drugiej strony pojawiły się głosy krytyczne. Część recenzentów zarzuciła filmowi rwany montaż, te ciągłe skoki w czasie, które utrudniają wciągnięcie się w akcję i przywiązanie do bohaterów. Niektórzy krytycy uznali, że „Lincz” niebezpiecznie dryfuje w stronę taniej, tabloidowej sensacji i nie do końca wykorzystuje potencjał tematu. Nawet ci, którym film nie podszedł, przyznawali jednak, że daje sporo do myślenia o polskiej rzeczywistości.
Czy warto obejrzeć „Lincz” i gdzie go znaleźć?
„Lincz” trafi do tych, którzy szukają mocnego polskiego kina opartego na faktach i nie mają nic przeciwko trudnym tematom. To film dla widzów, którzy lubią dramaty sądowe i moralne dylematy bez jednoznacznej odpowiedzi, a nie lekki seans na koniec dnia. Jeśli wolicie historie, które wszystko podają na tacy, ten tytuł raczej was zirytuje. Nie jest to film, który zmieni wasze spojrzenie na polskie kino gatunkowe. Daje za to coś rzadszego, czyli historię opartą na prawdziwej sprawie, która zmusza do zajęcia stanowiska, choć żadne nie jest wygodne. „Lincz” obejrzycie na Playerze i w TVP VOD.


