Co Cię w ogóle pchnęło do internetu? Dlaczego zaczęłaś bloga?
WIDEO…
Lila: Jestem z bardzo małego miasta (Gorlice w Małopolsce –przyp. red.). Zawsze czułam się tam trochę jak outsiderka, nierozumiana przez rówieśników w szkole. Byłam kreatywna, ale nie miałam wybitnych osiągnięć ani w sporcie, ani w nauce. Choć chodziłam do klasy sportowej, byłam totalną „nogą” z siatkówki, zawsze wybierano mnie ostatnią do zespołu. To moda była czymś, co mnie naprawdę pasjonowało. Oglądałam wybiegi, przerabiałam ciuchy, chodziłam do lumpeksów i robiłam stylizacje z rzeczami vintage i z drugiej ręki. Mój pierwszy chłopak zachęcił mnie do założenia bloga, ja nie miałam wtedy nawet aparatu. Te 10 lat temu internet wyglądał zupełnie inaczej. Nikt nie myślał, że można na tym zarabiać. To był mój sposób, żeby pokazać siebie. I takie „safe space”, bo w internecie czułam się bezpieczniej niż z moimi rówieśnikami. W liceum nie miałam przez to łatwo. Dużo osób się ze mnie śmiało. Pamiętam rozmowę z moim wychowawcą na koniec szkoły, który powiedział mi: „Lila, wiem, że byłaś w tej klasie niezrozumiana, ale myślę, że osiągniesz wielkie rzeczy”.
I miał rację. Ale na ten sukces musiałaś ciężko zapracować.
Lila: Po liceum wyjechałam z moim ówczesnym chłopakiem do Krakowa i poszłam do studium wizażu, ale nie miałam tam w ogóle znajomych. Z tego okresu wspominam głównie to, że pracowałam. Mocno skupiłam się na YouTubie. Codziennie nagrywałam, montowałam i wypuszczałam trzy-cztery filmiki w tygodniu. YouTube i blog to było całe moje życie. Nauczyłam się wtedy, jak ważna w internecie jest systematyczność i dzięki niej przez te 10 lat zbudowałam sobie to, co mam aktualnie.
A masz sporo: markę kosmetyczną Lilaland, biżuterię Lila Tingz, podcast Besties, który prowadzisz razem z Werką Białek, Besties Club, do tego agencję talent management. Często mówi się, że dziewczyny się nie wspierają. Z drugiej strony mamy ideę siostrzeństwa, która mocno przyświeca i Wam jako Besties, i nam w Glamour. To jak jest z tym kobiecym wsparciem według Ciebie?
Lila: Myślę, że przez to, że nigdy nie miałam grupki przyjaciółek, którym mogłabym powiedzieć wszystko, to było dla mnie bardzo ważne, by stworzyć wokół siebie taką społeczność. Werka była pierwszą osobą, którą dopuściłam do siebie naprawdę blisko. Poczułam z nią połączenie, od razu złapałyśmy flow. Idea Besties kiełkowała we mnie od dłuższego czasu. Takiego kobiecego wsparcia mocno potrzebowałam i chciałam dawać je innym kobietom. Stąd też pomysł na rozwinięcie naszej ekipy. To ważne, żebyśmy jako kobiety, wspierały się w tym świecie pełnym zawiści i konkurencji. Wiem, że cokolwiek by się nie działo, zawsze mogę zadzwonić do dziewczyn i one zrobią wszystko. Nawet pojechałyby na drugi koniec świata, gdyby trzeba było mnie ratować. Wiem, że stoimy za sobą.
Niedawno zakończyłaś swój wieloletni związek. Jak to jest publicznie rozstać się z klasą?
Lila: Bardzo mi zależało, żeby pozostał między nami wzajemny szacunek. Nie chciałam, żeby żadna ze stron poczuła się skrzywdzona. To była świadomie podjęta, dojrzała decyzja. Obydwoje czuliśmy, że to jest moment, żeby każdy poszedł w swoją stronę. Tak jak mówiłam, nie jestem osobą, która się kłóci. Nie lubię dram internetowych, stresuje mnie to. Czuję, że ten rok, zresztą ostatni przed 30-tką, jest dla dla mnie przełomowy, wywraca mi życie do góry nogami. Ale wyciągnęłam z niego dużo lekcji.
Cały wywiad przeczytacie w magazynie Glamour 10/26.





















