Elitarny snajper dostaje misję, której miał nie przyjmować. Kiedy prezydent USA trafia na listę celów, Bob Lee Swagger wraca do gry, nawet nie podejrzewając, że ktoś właśnie robi z niego idealnego kozła ofiarnego. „Strzelec" znów dostępny jest na Netflixie i to idealna okazja, aby go obejrzeć. Antoine Fuqua w reżyserskim fotelu pokazuje, jak zrobić thriller, który ogląda się jednym tchem.

WIDEO

player placeholder

O czym jest „Strzelec"? Jedna propozycja, która zmienia wszystko

Bob Lee Swagger (Mark Wahlberg) to były elitarny snajper Marines, który po tragicznej misji w Etiopii odciął się od wojska i zaszył w górach. Jego życie ogranicza się jedynie do jego psa i dbania o własny sprzęt. Spokój kończy się, kiedy emerytowany pułkownik Isaac Johnson puka do jego drzwi z propozycją, której trudno nie potraktować poważnie. Ktoś planuje zamach na prezydenta USA, a tylko Swagger potrafi myśleć jak zabójca i wskazać miejsca, z których można oddać strzał. Bob zgadza się pomóc. Problem w tym, że cała akcja jest zastawiona właśnie na niego. Zamiast ochronić prezydenta, zostaje oskarżony o próbę zabójstwa i rusza w pościg przez pół kraju. Musi oczyścić nazwisko, znaleźć prawdziwych winnych i przeżyć, choć ma przeciwko sobie system, w który kiedyś wierzył. To klasyczna struktura thrillera konspiracyjnego z rasowym bohaterem w centrum.

„Strzelec" - obsada. Mark Wahlberg zagrał tu jedną z najlepszych ról

Mark Wahlberg w głównej roli prowadzi cały film. To on kreuje postać zimnokrwistego żołnierza z zasadami, który stopniowo wraca do życia. W jego odkrywaniu prawdy pomaga Michael Peña jako Nick Memphis, młody agent FBI, który jako jeden z nielicznych zaczyna łączyć fakty. Danny Glover gra Isaaca Johnsona, emerytowanego pułkownika z gładką retoryką i znacznie mniej czystymi motywami, niż sugeruje w pierwszych scenach. W filmie zagrali też Kate Mara w roli Sarah Fenn, Elias Koteas jako człowiek od brudnej roboty, a także Rhona Mitra i Ned Beatty. Za kamerą stanął Antoine Fuqua, znany z „Dnia próby" i „Equalizera". Scenariusz zaadaptowany został z powieści „Point of Impact" Stephena Huntera z 1993 roku.

Zobacz także:

Czy warto obejrzeć „Strzelca"?

Kino akcji z połowy lat dwutysięcznych miało swój konkretny rytm. „Strzelec" trafia w ten schemat idealnie. Reżyseria Fuquy stawia na solidne rzemiosło, precyzyjne sceny snajperskie i polityczny thriller w tle. Ciekawie wypadają momenty czysto techniczne, kiedy Bob tłumaczy Memphisowi, jak oblicza się wiatr, odległość czy obrót Ziemi podczas długiego strzału. To elementy, które wyróżniały film na tle typowych produkcji akcji z tamtych lat. Drugi plus to temat. Nieufność wobec władzy, korporacyjne układy i bohater, który nie może już wierzyć w nic poza własną broń. Dziś, po kolejnych sezonach seriali szpiegowskich i thrillerów politycznych, „Strzelec" wciąż broni się konkretem. Nie filozofuje, nie próbuje odkrywać gatunku na nowo, po prostu robi swoje.

Jeśli lubicie kino akcji z czytelnym bohaterem, politycznym kontekstem i precyzyjnymi scenami snajperskimi, „Strzelec" idealnie wpisze się w wasze preferencje. Dobrze odnajdą się w nim fani „Equalizera", „Dnia szakala" czy starszego Jasona Bourne'a. Nie jest to film, który zmieni wasze spojrzenie na gatunek szpiegowski. Z pewnością jednak chętnie włączycie go, kiedy będziecie mieli ochotę na solidny thriller bez zbędnego filozofowania. „Strzelec" dostępny jest na Netflixie.

strzelec_kadr_1
fot. mat. pras.
strzelec_kadr_4
fot. mat. pras.
strzelec_kadr_3
fot. mat. pras.
strzelec_kadr_2
fot. mat. pras.