Reklama

O czym są „Gliniarze z Southland”? Codzienność LAPD bez upiększeń

Akcja serialu rozgrywa się w Los Angeles i śledzi pracę funkcjonariuszy oraz detektywów policji LAPD. Nie ma tu jednego głównego bohatera ani jednej sprawy ciągnącej się przez cały sezon. Zamiast tego twórcy pokazują kilka równoległych historii, od patrolujących ulice mundurowych po wydziały zajmujące się zabójstwami. Widz jeździ radiowozem razem z policjantami, słucha zgłoszeń przez radio i trafia na miejsca interwencji, zanim ktokolwiek zdąży ocenić sytuację. Serial pokazuje, jak rodzą się przestępstwa, ale równie dużo miejsca poświęca temu, co dzieje się po służbie. Zmęczenie, rozpadające się relacje, uzależnienia i ciągłe napięcie między obowiązkiem a prywatnym życiem to tematy, które wracają w każdym sezonie. Najmocniejsze jest to, że produkcja nie dzieli świata na czarne i białe. Policjanci popełniają błędy, łamią zasady, bywają zmęczeni i bezradni. To sprawia, że bliżej im do prawdziwych ludzi niż do telewizyjnych herosów.

Kto gra w „Gliniarzach z Southland”? Obsada i najważniejsze nazwiska

Na pierwszym planie stoi Michael Cudlitz jako doświadczony funkcjonariusz John Cooper, który szkoli młodszych policjantów i zmaga się z własnymi problemami. Ben McKenzie, znany z „Gotham” i „Życia na fali”, gra Bena Shermana, nowicjusza wprowadzanego w realia służby przez Coopera. Regina King, późniejsza zdobywczyni Oscara, wciela się w detektyw Lydię Adams, która łączy trudną pracę z opieką nad matką. Shawn Hatosy gra detektywa Sammy’ego Bryanta, rozdartego między obowiązkami a domem. W obsadzie znaleźli się też C. Thomas Howell jako Dewey Dudek, Tom Everett Scott jako Russell Clarke oraz Kevin Alejandro, Arija Bareikis i Michael McGrady. W czwartym sezonie do ekipy dołączyła Lucy Liu jako Jessica Tang, partnerka Coopera. Za serialem stoją nazwiska, które w amerykańskiej telewizji znaczą sporo. Pomysłodawczynią jest Ann Biderman, wcześniej scenarzystka „Nowojorskich gliniarzy”, a producentem John Wells, odpowiedzialny między innymi za „Ostry dyżur” i „Prezydencki poker”.

Na czym polega wyjątkowość „Gliniarzy z Southland”?

Serial od początku wyróżniał się sposobem realizacji. Kręcono go w prawdziwych dzielnicach Los Angeles, kamerą z ręki, bez sztucznego oświetlenia i wygładzania kadrów. Efekt przypomina reportaż, a nie klasyczny serial kryminalny. Sceny interwencji potrafią być gwałtowne i nieprzewidywalne, bo produkcja nie próbuje łagodzić tego, co dzieje się na ulicy. Krytycy docenili to od razu. Kolejne sezony zbierały coraz lepsze noty, a trzeci, czwarty i piąty osiągnęły na portalu Metacritic wyniki w przedziale od 80 do 87 punktów, co oznacza powszechne uznanie. Serial zdobył nagrodę Peabody, a także statuetkę Emmy za koordynację scen kaskaderskich. Historia samej produkcji też robi wrażenie. NBC skasowało serial po pierwszym sezonie w 2009 roku, ale prawa szybko przejęło TNT i dzięki temu powstały kolejne cztery serie. Dla wielu widzów to dowód, że dobry tytuł potrafi przetrwać mimo decyzji wielkiej stacji. Po latach Netflix wprowadził serial do oferty, w Polsce 9 czerwca, i tytuł od razu wskoczył na szóste miejsce listy najpopularniejszych.

Opinie o „Gliniarzach z Southland”. Jak serial przyjęli widzowie i krytycy?

Wśród widzów powtarza się jedno określenie: niedoceniona perła. Serial przez lata funkcjonował jako tytuł znany głównie miłośnikom kina policyjnego, a teraz odkrywa go znacznie szersza publiczność. Najczęściej porównywany jest do „Prawa ulicy”, czyli produkcji uznawanej za jeden z najlepszych seriali kryminalnych w historii. To zestawienie, które w tym gatunku mówi samo za siebie. Należy również wspomnieć, że naprawdę trudno przestać go oglądać. Krótkie, intensywne odcinki i brak rozwleczonych wątków sprawiają, że jeden seans łatwo zamienia się w kilka kolejnych. Część komentarzy to żal, że serial zakończono na pięciu sezonach, bo materiału na więcej było aż nadto. Krytycy z kolei od początku chwalili surowy, chłodny ton i realizm, który w gatunku policyjnym wciąż należy do rzadkości.

Czy warto obejrzeć „Gliniarzy z Southland”?

Po ten serial warto sięgnąć, jeśli lubisz produkcje policyjne, które stawiają na realizm zamiast efektownej akcji. To tytuł dla widzów, którym bliżej do „Prawa ulicy” niż do błyszczących seriali proceduralnych z efektownym finałem co odcinek. Surowa forma, ręczna kamera i bohaterowie z prawdziwymi słabościami to jego największe atuty. Pięć sezonów i 43 odcinki da się obejrzeć bez poczucia, że twórcy sztucznie przeciągają fabułę. Jeśli szukasz czegoś mocnego, konkretnego i pozbawionego taniego patosu, „Gliniarze z Southland” są dobrym wyborem na kolejne wieczory ze streamingiem.

Zwiastun serialu:

fot. mat. pras.
fot. mat. pras.
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...