Film Matta Johnsona wchodzi do polskich kin 4 września i jest obowiązkową pozycją dla wszystkich, którzy wychowali się na „Kitchen Confidential" i „Bez rezerwacji".

WIDEO

player placeholder

O czym właściwie jest „Tony"? Jedno lato, które zmieniło wszystko

Zacznijmy od sprostowania pewnego mitu, bo krąży o tym filmie sporo nieporozumień. „Tony" nie jest sagą o latach staczania się nowojorskiego kucharza. To kameralna, precyzyjnie wycelowana opowieść o jednym jedynym lecie - 1975 roku, w Provincetown na przylądku Cape Cod. Poznajemy Tony’ego (Dominic Sessa) jako dziewiętnastolatka z aspiracjami literackimi i kompletnym brakiem pomysłu na życie. Marzy, żeby zostać pisarzem, próbuje zaimponować komisji stypendialnej w Vassar, a gdy to nie wychodzi  - rusza za pewną dziewczyną do nadmorskiego miasteczka pulsującego wolnością, seksem i letnią energią. Tam, żeby dorobić, ląduje na zmywaku w knajpie z owocami morza. I to właśnie w tej gorącej, chaotycznej, brudnej i cudownie żywej kuchni odkrywa coś, o czym nie miał pojęcia: że jego miejsce jest tu, przy garach, a nie nad kartką papieru. Tony przez całe lato jest przekonany, że chce pisać, a odkrywa, że urodził się, by gotować. I choć oczywiście ostatecznie zrobi jedno i drugie, to napięcie między tym, kim chce być, a tym, kim naprawdę jest, napędza tę historę.

Tony
Zobacz także:

Zanim został słynnym Anthonym Bourdainem, już był kimś niezwykłym. Matt Johnson rozumie to najlepiej

„Tony" to pierwszy fabularny film o Bourdainie,  po głośnym dokumencie „Roadrunner" z 2021 roku kolejny etap opowiadania tej postaci, tym razem od zupełnie innej strony. Za kamerą stanął Matt Johnson, kanadyjski reżyser znany z brawurowego „BlackBerry", a produkcję firmuje A24,  studio, które w ostatnich latach stało się synonimem ambitnego, autorskiego kina. Dlatego nie jest to żadne studyjne widowisko z rekonstrukcjami podróży po świecie. To kameralny, letni, oddychający film, rozgrywający się głównie w ciasnej kuchni i na plażach P-town. Zamiast klasycznego „od zera do bohatera" Johnson pokazuje, że Anthony Bourdain, którego pokochały miliony, właściwie już wtedy istniał. Ten sam czar, ten sam tupet, ten sam głód świata i ta sama nonszalancka bezbronność. Tyle że w wersji surowej, jeszcze nieoszlifowanej.

Obsada „Tony’ego": Sessa, który zostaje gwiazdą, i Banderas w życiowej formie

Dominic Sessa, którego pokochaliśmy za debiut w „Przesileniu zimowym" kradnie ten film. Dostał tu rolę, jakiej aktorzy szukają całe życie. Jego Tony jest jednocześnie arogancki, czarujący, irytujący, pogubiony i rozbrajająco ludzki - dupek, któremu z jakiegoś powodu i tak kibicujemy... Sessa gra całym ciałem: nerwowym papierosem, napiętym karkiem, spojrzeniem, które ucieka z kadru. To jest ten moment, który potrafi wychwycić każdy kinoman: kiedy na własnych oczach widzi, jak rodzi się gwiazda. Z kolei Antonio Banderasjest tu absolutnie brawurowy w roli mentora, którego się nie zapomina. Aktor wciela się w szefa kuchni i właściciela restauracji, który bierze młodego Tony’ego pod swoje skrzydła i otwiera przed nim świat gotowania na najwyższym poziomie. To nie jest (wbrew temu, co można wyczytać w niektórych zapowiedziach) toksyczny „ojciec z piekła rodem".Raczej postać znacznie ciekawsza: bezwzględny, wymagający, chwilami szorstki, ale pod tą skorupą kryjący prawdziwą czułość i mądrość. Banderas gra go z takim ciepłem i błyskiem w oku, że to jedna  z najlepszych ról na późnym etapie jego kariery. Jest tu też miejsce do popisu dla innych wschodzących gwaizd. Emilia Jones i Leo Woodall  - ten duet brzmi jak lato, miłość i złe towarzystwo  Serce filmu jest w gruncie rzeczy zbudowane jak romans. Emilia Jones (znana z „CODA") gra Nancy - dawną znajomą ze szkoły, za którą Tony rusza do Provincetown i wokół której kręci się cała jego letnia gorączka. Z kolei Leo Woodall, którego pokochaliście za „The White Lotus 2" i „One Day", jest tu tym kumplem, o którym z góry wiadomo, że nie wróży nic dobrego, ale ...obiecuje świetną zabawę. Woodall świadomie "brudzi" swój wizerunek złotego chłopaka i wychodzi mu to znakomicie. W obsadzie jest też smaczek dla fanów wielkiego kucharza: w epizodzie pojawia się Eric Ripert, wieloletni przyjaciel prawdziwego Bourdaina.

Tony

Recenzja „Tony’ego": lekki jak letnia bryza, a jednak coś ściska za gardło

Powiem wprost: spodziewałam się kina miażdżącego (znając prawdziwą historię wielkiego kucharza), tymczasem „Tony" okazał się filmem lekkim, ciepłym i naprawdę zabawnym. To komediodramat, coming-of-age o odnajdywaniu powołania, nakręcony z czułością i humorem. Krytycy nie mają wątpliwości: na Rotten Tomatoes film ma około 97 procent pozytywnych recenzji, a amerykańska prasa okrzyknęła go jedną z filmowych perełek roku i popisem Sessy. To „lekki kąsek, a nie pełny obiad" - jak ujął to jeden z recenzentów- ale kąsek o zapadającym w pamięć smaku. A jednak nie wyszłam z kina jedynie rozbawiona, wyszłam wzruszona. To jest w tym filmie  przewrotne, bo „Tony" opowiada radosną, pełną nadziei historię początku, którą my oglądamy, znając jej koniec. Wiemy, że ten roześmiany dzieciak stanie się globalną ikoną. I wiemy też, jak ta historia się skończy - w 2018 roku, w hotelu w Strasburgu. To ironia w najczystszej postaci: patrzymy, jak ktoś dopiero zaczyna żyć, mając w głowie wszystko, co  go czeka. I dlatego ten pozornie lekki film zostawia po sobie cichy, słodko-gorzki ślad. 

„Tony" w szerszym kontekście: gastronomia, „The Bear" i mit Bourdaina

Anthony Bourdain od dawna jest czymś więcej niż szefem kuchni czy gwiazdą telewizji. To symbol autentyczności w świecie, który coraz bardziej przypomina filtr z Instagrama - buntownika, outsidera, człowieka głodnego świata i prawdy o innych. „Tony" dokłada do tego mitu coś cennego: pokazuje, że zanim stał się ikoną, był po prostu zagubionym chłopakiem, który wśród brudnych garów po raz pierwszy poczuł, że gdzieś przynależy. Film świetnie rezonuje też z całą współczesną rozmową o kulisach gastronomii - od „The Bear" po reportaże o wypaleniu i presji w kuchni. Tyle że „Tony" pokazuje moment, w którym ta gorączka jeszcze uwodzi, jeszcze jest czystą miłością do adrenaliny, chaosu i wspólnoty. To opowieść o tym, jak rodzi się powołanie i o tym, że czasem znajdujemy siebie tam, gdzie w ogóle nas nie było w planach.To naprawdę lekki film, który swoje waży - nie tyle opowiada o legendzie, ile przypomina, że każda legenda była kiedyś kimś, kto po prostu szukał swojego miejsca. Warto to zobaczyć. Najlepiej na dużym ekranie, a potem... pójść coś zjeść.