Jean Patou Joy, czyli ulubione perfumy Sophi Loren. Pachną jak wielki bukiet jaśminu!
To właśnie kultowe perfumy Joy od Jean Patou były tymi, które Loren wymieniła jednym tchem obok zapachu morza i stajni. Ta kompozycja z 1929 roku przez dekady nosiła tytuł najdroższych perfum świata, co wynikało z abstrakcyjnej wręcz ilości naturalnych esencji. Do stworzenia zaledwie jednej uncji ekstraktu potrzebowano ponad dziesięciu tysięcy kwiatów jaśminu i dwudziestu ośmiu tuzinów róż. W praktyce oznacza to, że Joy uderza w nozdrza gęstym, niemal duszącym bukietem, który na współczesnych nosach może początkowo robić wrażenie onieśmielającego, a nawet staroświeckiego.
WIDEO…
Na skórze ten zapach nie ma nic wspólnego z dzisiejszymi, lekkimi wodami kwiatowymi. Po początkowym, ostrym uderzeniu utlenia się do formy bardzo ciepłej, cielesnej, a z czasem wręcz lekko zwierzęcej. Ta drapieżna nuta idealnie tłumaczy upodobania samej gwiazdy. Sophia Loren wielokrotnie powtarzała przecież w wywiadach, że zapach końskiej stajni, surowy, przesiąknięty skórzanym siodłem, sianem i naturalną wonią, jest jednym z jej absolutnie ulubionych. W perfumach Joy jaśmin w tak potężnym stężeniu traci swoją pierwotną świeżość właśnie na rzecz głębokiej, miodowej lepkości, która osiada w załamaniach skóry i utrzymuje się tam przez cały dzień. To wymagająca kompozycja, która najlepiej sprawdza się nakładana oszczędnie. Punktowo na nadgarstki i kark. Tam naturalne ciepło ciała pozwala jej powoli uwalniać zmysłowy aromat, zamiast tworzyć wokół noszącej duszącą chmurę.
Jeśli zamiast wanilii wolisz zapach luksusowego pudru, Creed Irisia skradnie twoje serce!
Podczas gdy Joy reprezentował absolutny przepych, w 1968 roku w garderobie Loren pojawił się zapach o zupełnie innym charakterze: Creed Irisia. To kompozycja zbudowana wokół florenckiego irysa, który w świecie perfumiarstwa uchodzi za składnik niezwykle szlachetny, ale też trudny w noszeniu. Irys nie jest słodki ani przymilny. Pachnie pudrowo, lekko ziemiście, kojarzy się z zapachem luksusowego kosmetyku do makijażu lub czystej, wyprasowanej bawełny.
Miks mchu dębowego i ambry sprawia, że ten zapach jest na skórze dość chłodny i elegancki. Po psiknięciu nie narzuca się otoczeniu, ale tworzy wokół ciebie luksusową aurę. Z czasem żywiczne nuty trochę go ocieplają, jednak to wciąż perfumy idealne do wełnianego płaszcza czy jedwabnej bluzki, a nie na letnią plażę. Pachną po prostu czysto i z klasą, więc zapomnij o wszechobecnej dzisiaj słodyczy!

Złota era lat osiemdziesiątych i perfumy dla Sophi Loren
Lata osiemdziesiąte przyniosły modę na perfumy, które miały zaznaczać swoją obecność w pomieszczeniu na długo przed tym, zanim ich właścicielka w ogóle się odezwała. W tym czasie Sophia Loren chętnie sięgała po Ungaro Diva, zapach na wskroś nasycony tuberozą, drzewem sandałowym i cytrusami. Tuberoza w tej kompozycji jest głośna, odurzająca i bardzo kremowa. Na skórze daje efekt gęstego, niemal namacalnego balsamu, który mocno wtapia się we włosy i ubrania, potrafiąc przetrwać na nich nawet kilka dni.
W 1981 roku aktorka doczekała się także własnego zapachu, stworzonego przez markę Coty. Była to potężna mieszanka goździków, cynamonu, orchidei i skóry. Noszenie tego typu historycznych kompozycji dzisiaj wymaga rozwagi. Są to zapachy bardzo esencjonalne, które w zamkniętych, małych przestrzeniach mogą okazać się zbyt dominujące. Jeśli chcesz eksperymentować z tak wyrazistymi profilami, zrezygnuj z rozpylania ich na dekolt czy szyję. Jedno psiknięcie w zgięcie łokcia lub pod kolana sprawi, że zapach będzie unosił się subtelnie wraz z ruchem ciała, nie przytłaczając ani ciebie, ani twojego otoczenia.



















