Niektórzy z nas wciąż głowią się nad tym, jak to się stało, że przed chwilą był czerwiec i najlepsze w życiu wakacje w Grecji, a za chwilę będzie kupowanie cioci prezentów i zastanawianie się, czemu znowu przegrałam życie w sylwestra. Tak, został nam już niecały miesiąc do świąt. Jeśli na ich perspektywę cieszycie się nieprzesadnie, mamy coś specjalnie dla was. Świąteczne filmy dla tych, którzy nie przepadają za świętami. No dobrze, świąteczne może nie w ścisłym tego słowa znaczeniu, ale Boże Narodzenie się w nich pojawia i odgrywa ważną rolę. Nie do końca wprawią was w uroczysty nastrój, ale przynajmniej będziecie się na nich dobrze bawić. Enjoy!

„Czarne święta”, reż. Bob Clark (1974)

Ten film możecie pokazać przy świątecznym stole wszystkim, którzy nie są w stanie pojąć, że istnieją większe tragedie na świecie niż to, że nie jecie mięsa, od bigosu wolicie mandarynki i wydłubujecie rodzynki z sernika.

Akcja rozgrywa się tuż przed Bożym Narodzeniem. Jesteśmy w żeńskim akademiku, do którego wkrada się morderca i - niezauważony - ukrywa się na strychu. Niedługo potem ginie pierwsza dziewczyna, śmierć pozostałych to tylko kwestia czasu. Koszmar, jaki się rozgrywa, mrozi krew w żyłach.

Warto dodać, że horror w reżyserii Boba Clarka z Olivią Hussey w jednej z ról głównych w 2006 r. otrzymał krwawy remake z Katie Cassidy w obsadzie. Niech wam nie przyjdzie do głowy oglądaniem tego ostatniego.

„Żywot Briana”, reż. Terry Jones, 1979

Choć nie ma tu choinki, bez dwóch zdań jest to film idealny na święta. W końcu wszystko zaczyna się od tego, że „w Betlejem w Betlejem wielka radość się dzieje”. Oto w wigilijną noc w stajence na świat przychodzi dziecię o imieniu Brian. I tak się dziwnie składa, że ludzie biorą go za Mesjasza.

Obrazoburcza komedia z 1979 r. w reżyserii Terry’ego Jonesa, w której wystąpili m.in. Graham Chapman, John Cleese, Terry Gilliam, Eric Idle, Terry Jones i Michael Palin, to klasyka Monty Pythona. Jeśli jakimś cudem jeszcze jej nie widzieliście, zróbcie sobie prezent - obejrzyjcie „Żywot Briana”,  będziecie zadowoleni.

„Edward Nożycoręki”, reż. Tim Burton (1990)

Ten fakt sprawi, że na chwilę między neuronami w waszym mózgu nastąpi zwarcie. „Edward Nożycoręki” ma już ponad… 30 lat. To z pewnością nie jedyny, ale na pewno doskonały powód, by go obejrzeć go ponownie, zwłaszcza przy okazji Bożego Narodzenia. I zwłaszcza, że – nawet jeśli to nie będą białe święta – Edward (Johnny Depp) ponownie przypomni nam wszystkim, skąd się bierze śnieg, rzeźbiąc przepiękne rzeczy w lodzie.

Zobacz także:

Chyba trzeba mieć kamień zamiast serca, żeby nie wzruszyć się tą opowieścią o niedokończonym dziele szalonego wynalazcy… Chłopak z ostrymi jak brzytwa nożycami zamiast dłoni, który zakochuje się w pięknej nastolatce (Winona Ryder), przypomina nam, że wszyscy jesteśmy trochę niedopasowani. Świetny przekaz do zapamiętania - dobrze mieć go w głowie nie tylko przy wigilijnym stole.

„Oczy szeroko zamknięte” reż. Stanley Kubrick (1999)

To taki dziwny świąteczny film, który ma formułę erotycznego thrillera, a od opowieści wigilijnej ważniejsza jest tu perwersja. Nie zmienia to faktu, że Boże Narodzenie w „Oczach szeroko zamkniętych” widać, słychać i czuć: cała akcja zawiązuje się przecież na świątecznej imprezie, a ulice Nowego Jorku są upstrzone świątecznymi światełkami i dekoracjami. Co jeszcze widzimy na ekranie?

Stanley Kubrick portretuje towarzyską śmietankę Manhattanu, nieco znudzoną, nieco rozpasaną. Nicole Kidman i Tom Cruise wcielają się w atrakcyjne małżeństwo, które wikła się w sieć seksualnych obsesji i zazdrości. Poszukiwanie erotycznego spełnienia wystawia na próbę nie tylko ich związek.

„Carol”, reż. Todd Haynes (2015)

Nowy Jork, lata 50 XX w., akurat zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Na zakupy do sklepu, w którym pracuje Therese (Rooney Mara) przychodzi szykowna Carol (Cate Blanchett), chcąca kupić dla swojej córki prezent. Pozostawiona w sklepie rękawiczka staje się pretekstem do kolejnego spotkania, a między kobietami rodzi się uczucie… Co będzie dalej? Powiem tylko tyle, że adaptacja głośnej powieści Patricii Highsmith w reżyserii Todda Haynesa została okrzyknięta jednym z najpiękniejszych filmów o miłości poprzedniej dekady.

Jakbyście jeszcze nie byli przekonani: Rooney Mara za swoją rolę została nagrodzona Złotą Palmą na 68. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes. Film był też nominowany w sześciu kategoriach do Oscarów. I choć żadnej statuetki nie dostał, ręczę – „Carol” warto obejrzeć.

„A Very Murray Christmas”, reż. Sofia Coppola (2015)

Uprzedzę: to nie będzie najlepszy film, jaki zobaczycie w życiu. Ale jeden z bardziej pojechanych na pewno. Musicie się z nim zapoznać chociażby dlatego, że wyreżyserowała go Sofia Coppola, a wystąpiły w nim same gwiazdy. Kogo tu nie ma! Jest Bill Murray, George Clooney, Paul Shaffer, Amy Poehler. Na tym nie koniec. Towarzyszą im: Michael Cera, Chris Rock, David Johansen, Maya Rudolph. I jakby to powiedzieć… To wciąż dopiero początek. Na ekranie zobaczymy jeszcze takie znakomitości jak: Jason Schwartzman, Jenny Lewis, Rashida Jones, Miley Cyrus, Julie White i Dimitri Dimitrov. A o co w ogóle chodzi? W wigilijny wieczór Bill Murray czeka na zaproszonych gości. Jednak z powodu śnieżycy oczekiwani nie przybywają. Zaczyna się więc dość niezwykłe „karaoke”… Jest muzycznie, komediowo, melancholijnie, dziwacznie. Nic, tylko oglądać.

„Cicha noc”, reż. Piotr Domalewski (2017)

No dobrze, na tym filmie za dobrze nie będziecie się bawić. Ale musi się pojawić w tym zestawieniu na wypadek, gdybyście zapomnieli: dlaczego nie znosicie świąt, a czasem też swojej rodziny i kraju, w którym, żyjecie. Mamy tu szarą zimę bez śniegu, brzydką jak noc prowincję, uwalaną w błocie, kradzioną choinkę i prezent przekazywany z pokolenia na pokolenie: alkoholizm. Ta wigilia na zawsze odmieni życie rodziny, którą oglądamy.

Niezwykle dojrzały debiut filmowy Piotra Domalewskiego z Dawidem Ogrodnikiem, Tomaszem Ziętkiem i Arkadiuszem Jakubikiem w obsadzie z pewnością skutecznie zagłuszy pierwsze dźwięki „Last Christmas” i innych bożonarodzeniowych szlagierów. Macie to jak w banku.