Wszyscy stawiają sobie jakieś wyzwania podczas domowej kwarantanny, spowodowanej pandemią koronawirusa. Nie podchodzę do tego tematu aż tak zadaniowo, pracuję w trybie home office, nie wychodzę z domu i staram się odnaleźć się w tej nowej, stresującej dla mnie rzeczywistości. Testowanie kosmetyków, szczególnie tych od pielęgnacji, zawsze wpływało na mnie relaksująco, ale od jakiegoś czasu moja skóra nie była zachwycona ilością mikstur, które cały czas na nią nakładam. Pianki do mycia, olejki, serum i kremy - nie oszczędzałam swojej twarzy. A do tego wszystkiego codziennie się malowałam. Co prawda używałam delikatnego podkładu na bazie wody (słynnego Face & Body od Mac Cosmetics), ale to i tak było dla mojej skóry za wiele. W końcu moja twarz była permanentnie zaczerwieniona, podrażniona i piekła mnie. Dlatego zamiast wieczorami testować kosmetyki, postanowiłam zrobić sobie detoks - zarówno od makijażu, jak i pielęgnacji. Poniżej moje wnioski po dwóch tygodniach bez malowania się. 

Glamour Girls Club Testuje - dołącz do naszej grupy i testuj z nami kosmetyki! >>>

Skóra na detoksie - co daje 2 tygodniowa przerwa od makijażu?

Kwarantanna i home office to idealne warunki do tego, żeby zrobić sobie przerwę od makijażu. Mając to szczęście, że nie muszę nigdzie wychodzić - oprócz sklepu spożywczego - postanowiłam wykorzystać tę sytuację i dać odpocząć mojej skórze od kolorowych kosmetyków. Ale ograniczyłam również do minimum produkty do pielęgnacji. Aktualnie moja rutyna to 3 kroki, które praktykuję rano i wieczorem - oczyszczam twarz żelem Milky Jelly Cleanser od Glossier, następnie tonizuję ją naturalnym hydrolatem z rumianku, a na koniec nakładam delikatny krem nawilżający polskiej marki Jardin o wdzięcznej nazwie „Miłość” (i to jest prawdziwa miłość, naprawdę). I nic więcej. Nie dotykam swojej twarzy w ciągu dnia, pozwalam jej oddychać, nie obciążam jej. Kilka razy zrobiłam maseczkę w płachcie - moje ulubione to Pibu Beauty, Magicstripes i Holika Holika - ale traktuję to jako dodatkowe nawilżenie. I jestem zachwycona rezultatami. 2 tygodnie bez makijażu to najlepsze, co mogłam dla siebie zrobić. A przede wszystkim dla mojej cery. Po pierwsze pozbyłam się największego problemu, czyli podrażnień. Skóra nie jest już zaczerwieniona - nie czerwieni się już pod wpływem najdelikatniejszego dotyku (bywało i tak). Nie jest jeszcze idealnie, ale z uwagi na to, że mam cerę naczynkową, to naprawdę duży sukces. Poza tym poprawił się też poziom nawilżenia - wcześniej moja skóra była szorstka w dotyku, towarzyszyło mi też uczucie ściągnięcia. Teraz jest o wiele lepiej. Nie będę Was oszukiwać - nie zyskałam nagle rozświetlonej cery i naturalnego glow. To proces, na który składa się wiele czynników i który musi potrwać. Ale i tak uważam, że było warto i zamierzam kontynuować detoks jak najdłużej. Od dzisiaj zamieniam żel do mycia twarzy na łagodzącą i nawilżającą emulsję. Pokładam w niej bardzo duże nadzieje! 

Podsumowując, moja wrażliwa, alergiczna i sucha skóra bardzo doceniła 2-tygodniowy detoks od makijażu i nadmiaru kosmetyków pielęgnacyjnych. Pracuję nad lepszym nawilżeniem, chociaż to niestety trochę bardziej skomplikowany i długotrwały proces! Polecam Wam spróbować, bo to także niezły sprawdzian z samooceny. Widząc siebie codziennie w lustrze bez makijażu (dodatkowo żyję drugi tydzień w bluzach) przyzwyczaiłam się do tego widoku, zaczęłam doceniać też swoją cerę - w końcu sucha i podrażniona skóra to nie koniec świata. Kiedy zdarzało mi się wychodzić bez makijażu np. do pracy lub na uczelnię, usłyszałam kilka razy coś w stylu: czy dobrze się czuję, bo wyglądam na chorą. Czułam się dobrze, nie byłam po prostu pomalowana, ale moje worki pod oczami i blada cera najwidoczniej nie dodawały mi uroku. Takie sytuacje skutecznie zniechęcały mnie do pokazywania się bez makeupu, chociaż w ogóle nie jestem jego zwolenniczką, jeśli już preferuję „makeup no makeup”. Teraz myślę, że mój detoks nauczył mnie akceptować to, jak wyglądam niepomalowana. Moja skóra czuje się zdecydowanie lepiej, więc postanowiłam zrobić wszystko, żeby utrzymać ten stan jak najdłużej. I malować się tylko wtedy, kiedy naprawdę mam na to ochotę!