Można to nazwać kreatywnością. Albo lenistwem. Ja wolę nazywać to doświadczeniem. Dużo podróżuję, często śpię w namiocie i nie chce mi się tachać kosmetyczki pełnej rzeczy na każdą okazję. Szczerze? Oprócz szczotki i pasty, czegoś do mycia i filtra, często niewiele więcej tam jest. Ale mam też ulubione produkty-matrioszki (niby jeden, a w środku drugi), czyli kosmetyki wielofunkcyjne.

1. Serum z witaminą E, Ecooking

Dla mnie to: krem, baza pod oczy oraz opatrunek na ukąszenia i obtarcia.

Dlaczego? Bo witamina E to najlepsza substancja łagodząca jaką wymyśliła ludzkość. A w zasadzie to wymyśliła ją natura, a ludzkość tylko sobie przywłaszczyła. Rozpuszczalna w tłuszczach genialnie wtapia się w naskórek i pomaga mu szybciej odtwarzać naturalną ochronę lipidową (jest też częścią budulcową naskórka). Eliminuje też szkodliwe wolne rodniki z powierzchni naskórka. Dlatego takie serum stosuję sobie często zamiast kremu, albo pod niego. Kiedy mam zmęczoną lub przesuszoną skórę wokół oczu nakładam grubszą ogrzaną w dłoniach warstwę na dolną powiekę jako maseczkę. Wtedy rano po obudzeniu spojrzenie wygląda w miarę ok, a nie jak u zombie po całonocnym maratonie na Netflixie. Przekonałam się jako uczuleniowiec, że różne ukąszenia, które wywołują silne reakcje alergiczne, też szybciej się goją w obecności tej witaminy. Poza tym przekonuje mnie to, co powiedziała mi założycielka marki – że wszystko, co jest w tych buteleczkach sporządziła (przynajmniej prototypy) we własnej kuchni i można to spokojnie zjeść. Więc może w sumie to będzie czwarte zastosowanie w momencie ostatecznego kryzysu ;)

Kosmetyczne hity na marzec 2020 – co warto kupić? Polecają redaktorki Glamour.pl

2. Błyszczyk na bazie olejku Lip Comfort, Clarins

Dla mnie to: błyszczyk, natłuszczający glow do policzków i... produkt na puszące się końcówki.

Ma tę zaletę, że jest tłustawy w ten wspaniały sposób, iż nie spływa od razu, tylko dosyć długo utrzymuje się na skórze. Dzięki temu lubię ochronę jaką daje ustom. Ale też sprawdziłam w warunkach polowych, kiedy nie zabrałam innych kosmetyków do malowania się (tylko tusz), że świetnie radzi sobie jako nabłyszczacz do kości policzkowych i skroni jeśli chce się osiągnąć modny efekt mokrej skóry (idealny w połączeniu w mokrymi włosami i opalenizną, czyli wakacyjne bingo). Wtedy przez chwilę rozcieram go w opuszkach palców aby nabrał temperatury i wklepuję w oczyszczoną skórę twarzy. Nie stosuję wcześniej podkładu! I jeszcze jedno zastosowanie – kiedy moje włosy osiągają ten stan, że w zasadzie żyją własnym życiem, a ja przestaję nad nimi panować wystarczy, że roztartym na końcach palców ogrzanym błyszczykiem podkreślę końcówki i od razu nieposłuszne włosy wracają do szeregu.
 

3. Krem CC+, It Cosmetics

Dla mnie to: podkład, silnie maskujący korektor oraz wysoki filtr UV.

Ta marka jest niezwykła – jej założycielka sama borykała się z tak potwornymi zaczerwienieniami twarzy że aż trudno uwierzyć, że w ogóle dało się je zamaskować. Byłam sceptyczna, ale gdy zaaplikowałam sobie ten CC Cream (najlepiej płaskim i dosyć gęstym pędzelkiem) nie mogłam uwierzyć, że wygląda tak naturalnie przy takim kryciu. W dodatku dobrze stapia się ze skórą, więc nawet jeśli użyjesz go tylko punktowo, aby zakryć jakiś mały dramacik (w moim przypadku np. zaczerwienioną brodę) nie odcina się od reszty skóry. Kosmetyk ma też bardzo wysoki filtr, więc w zasadzie spokojnie można używać go zamiast faktora na plażę lub na rower.
 

4. Szampon w kostce, Alepia

Dla mnie to: szampon do włosów, żel pod prysznic i mydło do rąk.

Zwłaszcza jeśli wyjeżdżam na krótko i chcę spakować się wyjątkowo minimalistycznie. Wtedy nie grozi mi rozlanie tych wszystkich szamponów i żeli w kosmetyczce. Poza tym zauważyłam już, że szampony w kostce z reguły maja pielęgnacyjne dodatki (ten np. olej arganowy) bo muszą od razu „robić” za odżywkę, więc umyta nimi skóra jest ładnie zabezpieczona i nie przesusza się tak szybko. Poza tym to kosmetyki, których skład jest w większości organiczny, a przynajmniej neutralny, więc przyznam, że zdarzyło mi się myć nimi w rzece czy jeziorze. Nosiłabym go też na basen, ale zbyt rzadko tam chodzę.
 

5. Serum przeciwzmarszczkowe Infusion z rollcitem, Yonelle

Dla mnie to: domowy zabieg, kuracja przeciwzmarszczkowa i maseczka typu wow.

Ma w swoim składzie te wszystkie składniki (peptydy i kwas hialuronowy), które sprawiają, że skóra natychmiast wygląda jak milion dolców, nawet jeśli jeszcze chwilę wcześniej nie dałabyś za nią złamanego grosza. W dodatku w zestawie jest mikroroller który jest naprawdę bardzo skuteczny w pobudzaniu skóry. Robię sobie nimi raz w tygodniu piątkową kurację, gdy nigdzie nie wychodzę (a więc teraz mogę ją w zasadzie robić codziennie) która polega na energicznym wyrolowaniu umytej i osuszonej skóry. Przyznam, że zwłaszcza lubię go stosować na dekolt i szyję. Fakt, skóra po wygląda dosyć drastycznie jak po starciu ze wściekłym kotem. Po rolowaniu nakładam serum i zaczerwienienie się wycisza, a skóra fajnie pracuje. Jeśli nie mogę sobie pozwolić na mechaniczne podrażnienia używam po prostu samego serum i stosuję je na noc. Kiedy planuję większe wyjście (wiem, że w obecnej sytuacji brzmi to jak żart) najpierw robię szybki peeling enzymatyczny, a następnie nakładam dosyć gruba warstwę kosmetyku na 7-10 minut. Zanim wysuszę włosy zdąży się wchłonąć. Pozostałość ścieram wacikiem i nakładam makijaż. Jest różnica!
 

Zobacz także: Pielęgnacja twarzy i ciała w domu - jak zadbać o skórę podczas domowej kwarantanny?