Paulina Klepacz poleca: „Sex Education” - 3. sezon, Netflix 

Wybór jednego serialu nie był łatwy. Bo podobnie jak sporo osób z redakcji zachwyciła mnie i poruszyła „Sprzątaczka” na platformie Netflix. Ostatnie dni spędziłam zaś z „Wielką” z brawurową rolą Elle Fanning. To drugi sezon, na który bardzo, bardzo czekałam i mnie nie zawiódł. Bawił mnie do łez, ale i wzruszał. Dawał też porządnie do myślenia, skłaniał do zrewidowania swoich poglądów na temat ludzi, ale i ciekawie mówił o feminizmie oraz roli kobiet w świecie. Podobał mi się też trzeci sezon „You” / „Ty”, choć to akurat coś z gatunku guilty pleasure. Wszystkim bez wyjątku rekomenduję również piękny serial „Normal People” – adaptację bestsellerowej powieści Sally Rooney.

Jednak ostatecznie koronę przyznaję trzeciemu sezonowi „Sex Education”. Uwielbiam ten serial! Takiego serialu dawno już nam było trzeba. Żałuję wciąż, że nie było go, kiedy dorastałam. Trzeci sezon to mistrzostwo. Dbałość o jak największe zróżnicowanie postaci, pokazywanie w pozytywny sposób różnorakich odcieni seksualności, świetne poprowadzenie dojrzewania postaci – i to nie tylko tych dorastających. Wspaniała rola Jemimy Kirke jako dyrektorki Hope. Ocean śmiechu i wzruszeń. Najbardziej jestem jednak wdzięczna twórczyniom i twórcom tej produkcji za poruszenie wątku naszych wulw, tego, że są szalenie różnorodne i wszystkie piękne! To jest coś, co powinno być na zajęciach z seksedukacji w szkołach. Pamiętam doskonale, jak stresował mnie wygląd mojej cipki, asymetria warg sromowych, kiedy byłam nastolatką. Przy okazji powstała strona, na której można pooglądać cipki bardzo, bardzo różne. Bo ogromnym plusem „Sex Education” jest to, że to nie tylko wciągająca historia z bezboleśnie wplecionym wątkiem edukacyjnym, który jest przydatny niezależnie od wieku, lecz także mnóstwo realnych sekspozytywnych działań wokół premiery każdego sezonu.

Ewa Stępień poleca: „Mare z Easttown”, HBO GO

Brakuje wam dreszczyku emocji? Kryminalnych zagadek? Serial Mare z Easttown już po pierwszym odcinku wywołał spore poruszenie, a na każdy „epizod” czekały miliony widzów i to na całym świecie. I trudno się temu dziwić - Kate Winslet w roli detektyw po przejściach jest genialna. Jej postać policjantki z przedmieść Pensylwanii to kobieta z krwi i kości, pełna zalet, ale i wad.  Choć w swoim zawodzie jest dobra, to w życiu prywatnym nie jest już tak różowo. Brytyjka odczarowuje nam dobrze schemat, czyli nieomylnego policjanta-bohatera. Widać jej zmęczenie, udrękę z powodu niewyjaśnionego śledztwa, ale i zawziętość czy kobiecą zazdrość. Problemy rodzinne tylko się piętrzą, a nowa sprawa jest na ustach wszystkich. Łatwo w takim przypadku o załamanie.

Sama fabuła nie ujawnia niczego zbyt wcześnie. W pewnym momencie widz podejrzewa już każdego, a kolejne dowody czy przesłanki pojawiają się w idealnym momencie. Smaczku dodaje fakt, że mieszkańcy Easttown dobrze się znają, co więcej, pojawiają się też powiązania rodzinne między podejrzanymi i nie tylko. Trudno w takim momencie o obiektywność, ale tytułowa Mare robi, co może.

Magda Matuszek poleca: „Halston”, Netflix

Pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów mody. Tytułowy Halston (a właściwie Roy Halston Frowick) to nazwisko, które w latach 60. i 70. było na ustach wszystkich. Charyzmatyczny projektant, w którego w serialu Netflixa wciela się znakomity Ewan McGregor, sławę zdobył, ubierając w kapelusz Jackie Kennedy – na zaprzysiężenie jej męża. Nie trzeba było czekać długo, by jego ubrania chciała nosić cała Ameryka. Dlaczego więc o modowym imperium Halstona mało kto dziś pamięta? W 5-odcinkowym serialu Netflixa śledzimy jego upadek. Za to w atmosferze najlepszych imprez z epoki. Zaglądamy więc do studia 54 i za kulisy branży mody. A także dotykamy świata mediów i show-biznesu z czasów najlepszej świetności. Must see!

Asia Twaróg poleca: „Sukcesja”, sezon 3., HBO GO

Ten rok obfitował w świetne seriale. Nowy sezon „Sex Education”, „Sprzątaczka”, „Mare of Easttown”... To tylko kilka produkcji, które ostatnio zrobiły na mnie wrażenie. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wspomniała o „Sukcesji”, która pod koniec 2021 roku powróciła na platformę HBO GO. W trzecim sezonie ponownie spotykamy się z dysfunkcyjną rodziną Royów. Bezkompromisowy Logan Roy (w tej roli wielokrotnie nagradzany Brian Cox), a także jego dzieci – Kendall (Jeremy Strong), Siobhan (Sarah Snook), Roman (Kieran Culkin) i Connor (Alan Ruck) kontynuują swoją walkę o przejęcie sterów w rodzinnej korporacji. Jednocześnie muszą jednak zadbać o sojusze, które pozwolą utrzymać im się na powierzchni. Serial trzyma w napięciu od pierwszych do ostatnich minut. Jest nieprzewidywalny (podobnie jak cała rodzina Royów) i totalnie wciągający. Całość dopełnia natomiast świetna muzyka. Uwielbiam ten serial i naprawdę polecam każdemu.

Anna Jastrzębska poleca: „Sprzątaczka”, Netflix

Już jakiś czas temu napisałam, że „Sprzątaczka” to najlepszy i najważniejszy serial Netflixa od lat. Podtrzymują to, co pisałam, i powiem więcej: to w moim przekonaniu najlepszy i najważniejszy serial tego roku. Opowieść stworzona przez Molly Smith Metzler na podstawie wspomnień Stephanie Land jest historią o przemocy, której nie widać, i biedzie, którą widać aż zanadto. Ale nie myślicie, że to kolejna smutna przypominajka o tym, że „inni mają gorzej”!  Gdy główna bohaterka show, Alex, odchodzi o przemocowego partnera, ma przy sobie bardzo niewiele (córeczkę i 18 dolarów). Ale jednocześnie ma wszystko, czego potrzebuje: determinację, opanowanie, cel, niebywałą klasę (świetna kreacja, stworzona przez 26-letnią, wybitną aktorkę Margaret Qualley, której na ekranie w roli matki partneruje Andie MacDowel, matka również poza ekranem). I wiecie co? „Sprzątaczka” to jest prawdziwy obraz woman power. Moc, która rodzi się w trudach, ale jednocześnie taka, której nie da się zatrzymać. Nie ma tu pustych haseł, deklaracji, sztucznie (i koniunkturalnie!) wciśniętej poprawności politycznej. Jest czysta dziewczyńska siła. Choć unurzana w brudach.

Zobacz także:

Agnieszka Oleszek poleca: „Martwa góra. Tragedia na przełęczy Diatłowa”, Canal+

Rok 2021 obfitował w świetne seriale. Obok hitów Netflixa, które biły rekordy popularności, pojawiło się też kilka niedocenionych produkcji. Jedna z nich przypadnie do gustu słuchaczom i słuchaczkom podcastów z serii Kryminatorium oraz ogólnie miłośnikom i miłośniczkom niewyjaśnionych historii. Fani i fanki  teorii spiskowych nie mogą pogodzić się z brakiem odpowiedzi na wiele pytań i snują domysły na temat faktycznego przebiegu wydarzeń. Nurtuje ich historia Madeleine McCann, losy Kris Kremers i Lisanne Froon i sprawa piątki z Yuby, czyli amerykańskiej przełęczy Diatłowa. Ja również śledzę takie historie. Z tego powodu zaintrygował mnie rosyjski serial „Martwa góra. Tragedia na przełęczy Diatłowa”. Wcześniej znałam już kilka możliwych scenariuszy tej historii, więc od pierwszego odcinka czekałam, co zaproponują mi twórcy. Wydarzenia z 1959 roku zostały przedstawione z dwóch perspektyw, które zmieniały się co drugi odcinek. Z jednej strony śledziłam czarno-białe losy wyprawy pod przewodnictwem Diatłowa, a z drugiej obserwowałam śledztwo prowadzone już po tragicznych wydarzeniach, które było przedstawione w kolorze. Twórcy zastosowali też inne ciekawe triki, które różnią sposób przedstawienia tych dwóch nieodległych od siebie historii. Scenografia i kostiumy to dodatkowa uczta dla oka.

Kasandra Zawal poleca: „Sceny z życia małżeńskiego”, HBO GO 

Obok ukazanej w tym serialu historii miłosnej nie da się przejść obojętnie. Zdecydowanie nie należy ona do cukierkowych i lekkich, więc na seans zarezerwuj sobie wieczór bez rozpraszaczy wokół. Jeżeli nie jesteś fanką wieloodcinkowych produkcji albo (podobnie jak ja) nie masz na nie czasu, ten miniserial będzie dla ciebie wyborem idealnym – pochłoniesz go w weekend. To produkcja inspirowana słynnym, szwedzkim melodramatem autorstwa Ingmara Bergmana (z 1973 roku). We współczesnej odsłonie oglądamy sceny z życia amerykańskiej pary. W tym przypadku genialnie przedstawiono wielowymiarowość skomplikowanej relacji, którą niespodziewanie(?) dotyka kryzys.

„Sceny z życia małżeńskiego” to przejście krok po kroku przez kilka etapów związku. Ta wspólna droga niesie ze sobą porządną dawkę (skrajnie różnych) emocji. Bez lukru. Bez ocen. Bez zbędnych słów. Tutaj znaczenie ma każdy gest i każdy dialog (a tych jest wiele). Nie bez znaczenia jest również, przewijający się w każdym odcinku, motyw poszukiwania własnej tożsamości. Fenomenalna gra aktorska głównych bohaterów sprawia, że podczas seansu niemal na własnej skórze odczuwamy ich niepewność, żal i ból.

Przed rozpoczęciem każdego odcinka prezentowany jest backstage – ten interesujący zabieg zgrabnie pokazuje, jak każdego dnia odgrywamy role, często biernie w nie wkraczając. Ten, starannie budowany na iluzorycznym szczęściu, świat okazuje się wówczas… zupełnie nie być naszym światem.

Po tym seansie w głowie pojawia się wiele pytań. Jak długo walka o związek ma sens i czy zawsze liczymy się z jej ceną? Jaką cząstkę siebie zachować, aby nie rozpaść się, kiedy relacja się kończy? I, przede wszystkim, jakie są konsekwencje przekroczenia nieprzekraczalnych granic? To pozycja obowiązkowa dla wszystkich wrażliwców, którzy – poza bielą i czernią - lubią dostrzegać różne odcienie szarości. Zdecydowanie warto.

Robert Choiński poleca: „Mogę cię zniszczyć”, HBO GO

Okrzyknięty jednym z najważniejszych seriali 2020 roku, dla mnie był jednak najważniejszym serialem tego roku. Nagrodzony dwoma Emmy, czyli telewizyjnymi Oscarami, w tym za najlepszy scenariusz. Obejrzałem go parę miesięcy temu i przyznam się, że wciąż nie mogę przestać o nim myśleć. Dzieło Michaeli Coel, którą możecie pamiętać z „Gumy do żucia” i „Black Mirror”, to głos na temat kultury gwałtu, jakiego w popkulturze jeszcze nie słyszano. Uwiera, wywołuje lawinę myśli i przywołuje niewygodne wspomnienia. Razem z bohaterami uzmysławiamy sobie, czym tak naprawdę jest consent, czyli świadoma zgoda, i zarazem jak przerażająco powszechna jest w naszym życiu kwestia nadużyć i przemocy na tle seksualnym. Jak wiele zachowań, które dotychczas uważaliśmy za normalne i niewinne, tak naprawdę podchodzi pod definicję napastowania seksualnego, czegoś, co tak naprawdę powinno się zgłosić na policję. Do tego niespotykana, eklektyczna formuła, łącząca elementy dramatu, thrillera i komedii (sic!). Barack Obama umieścił „Mogę cię zniszczyć” na liście swoich ulubionych seriali ubiegłego roku. Wy też powinniście.